Domowe przyjemności i obowiązki

Tak sobie ostatnio myślałam, że gdyby nie fakt, że piszę bloga o bombelku, który zadziwia świat, pewnie pisałabym bloga kulinarnego. Bo ja lubię te dwie rzeczy: pisać i gotować. Z tym, że gonię ostatnio w piętkę i nie mogę palcem do nosa trafić, więc nawet nie marzę o tym, żeby uruchomić witrynę o Matce Ance, co gotuje. Wystarczy, że witryna Matki Anki, co pisze przeżywa tyle samo wzlotów, co spektakularnych upadków, a ja obiecałam ten wpis już chyba jedną środę temu. No nic. W każdym razie na swoje usprawiedliwienie napiszę tylko, że mam wszystko poprasowane i z kosza na brudne ubrania wcale się nie wylewa. Z resztą o wyższości nieprasowania nad prasowniem odbyła się wspaniała dyskusja na naszym facebooku, gdzie co odważniejsze matki przyznawały się do prasowania. Bo te nieprasujące dumnie próbowały nas przekonać, że konflikt z żelazkiem jest seksi. No cóż. Moje bombelki ukochane wydają mi się takie niewyraźne trochę w pomiętych ubraniach, dlatego dopóki nie przeskoczę tego w głowie, to mimo nienawiści do instytucji prasowania, żelazko będzie dumnie prężyło swoją taflę na naszym poddaszu. Mimo, że podobno na prasowaniu dla czteroosobowej rodziny przez rok traci się cztery doby życia, to wydaje mi się, że scrollowanie cudzych żyć na portalach zajmuje nam nieco więcej czasu, a po prasowaniu przynajmniej bluzki nie pomięte. Wróćmy jednak do gonienia w piętkę i wiecznego niedoczasu w moim domu oraz marzeniu i blogu kulinarnym. Bywają dni, że mogłabym nie wychodzić z kuchni. Serio, serio. Brutalna prawda jest taka, że potem wygląda ona jak po ataku kosmitów, bo przy gotowaniu zupy potrafię ubrudzić jakieś sześć łyżek i dwa kubki, ale gotować kocham. Bakcyla łapie też Leoś, który na swoim koncie ma już ciasto dyniowe („piekarnik mogą włączać tylko dorośli, mamo!”) i ostatnio babeczki czekoladowe, do których tylko czekoladę pokroiłam ja i wlałam roztopione masło. Leoś lubi gotować, zgniatać i mielić i uczyć się patentów kuchennych. Spędzamy więc sporo czasu w kuchni. Franc zbiera książki kucharskie – te lidlowskie ma wszystkie, ostatnio rozkochał się w patentach Jamiego Oliviera i tym samym wizyta w empiku zwykle kończy się dylematem – atlas, słownik czy kucharska, zaś z autografu Zosi Cudny w „Make cooking easier” jest prawie tak samo dumny, jak z butów Lewego. Tworzymy więc w kuchni zgrabne trio: Franek wynajduje przepis, Leoś uczy się gotować, ja doglądam i sprzątam. Zwykle na końcu pojawia się postać krytyka kulinarnego – Pan Tata. Tak sobie nawet pomyślałam, że moglibyśmy swoje twory kuchenne wrzucać tutaj, bo czasem jest naprawdę inspirująco, z tym że nie mam jeszcze zatrudnionego operatora telefonu, kamery i aparatu, a sama z jedną ręką od ciasta i drugą na pulsie macierzyńskiej kurateli nie za bardzo mam jak. Wiecie, że najwięcej śladowych ilości gotowania nosi zwykle ambu Franka? Bo jak jest niewydolność oddechowa, to nie ma to tamto. Trzeba wentylować choćby suflet miał opaść a kaczka zrobić się sucha. Na ten przykład (patentów i gotowania) w ostatnią sobotę popełniliśmy tort urodzinowy dla Bola. Ponieważ padło na czekoladę i truskawki, to cud w ogóle, że cokolwiek udało nam się do tego tortu włożyć. Nic tak przecież nie rozgrzewa wyobraźni, jak czekolada i truskawki. Sezon na to średni i tylko część owoców była niemalże prosto z Hiszpanii, mus do tortu zrobiliśmy z naszych, polskich, mrożonych. O czym szacowny Jubilat dowie się, jeśli kiedykolwiek dotrze do tego wpisu. Ostatecznie wyszło bardzo smacznie. Niesieni więc pochwałami planujemy na kolejny weekend tort do użytku że tak powiem domowego.

 

W związku z tym gonimy w piętkę. Franek nadrabia matmę nawet przy kolacji, ja czytanie na treningach Leosia (Leoś od kilku tygodni chodzi na karate, co mega lubi i co sprawia, że dwa razy w tygodniu mamy czas wyliczony na minutki). Z resztą o czytaniu moglibyśmy mieć kolejną serię wpisów, bo każde z nas ma swoich ulubieńców i dumni jesteśmy strasznie, że nasi chłopcy odziedziczyli czytelniczego bakcyla. Franek podchodzi do sprawy rzeczowo, więc totalnie nie kręci go świat fantasy i s-f, kocha się w słowie i rzeczowości. Uwielbia słowniki, atlasy, albumy, ciekawostki i książki kulinarne. Leoś zaś,  to Pan Wyobraźnia. Kocha więc wszystkie książki, gdzie można sobie coś wyobrazić. Szymon jest szpiegowski. Ja – zależy od nastroju, ostatnio Chyłka ale na półce czeka już „Światło między oceanami”. Podobno sztosik. Dziękujemy więc losowi za instytucję biblioteki – bo z naszej całej czwórki tylko Franek inwestuje całe kieszonkowe w książki i płyty, my ciśniemy na zasobach publicznych.

Strasznie więc żałuję, że doba nie ma trzydziestu godzin i raczej muszę się choć trochę wysypiać, bo Franek niestety nie bierze jeńców i ostatnio policzyłam, że od 23 do 6 wstałam do niego siedem razy. Co prawda o poranku obstawiałam, że to było powyżej dziesięciu, ale moja uroda cierpi nawet przy tej marnej siódemce. Stawiam więc naiwnie na maseczki mocno super turbo hiper ekstra odmładzające i zastanawiam się, kiedy przybyło mi zmarszczek pod oczami. Tak sobie nawet pomyślałam, żeby może pisać na tych treningach Leona, bo prawda jest taka, że przy regularności mocno mi wzrasta pisarka (och, ach pisarska!) wydolność, a że na starość postanowiłam mieć postanowienie o wdrażaniu regularności w moim życiu (nie! to jeszcze nie pora na bieganie moja kochana wredna przyjaciółko!) to pisanie w sumie nie byłoby takim złym pomysłem.

Tym samym pokrótce wiecie, co słychać po tej stronie kabla. Chłopaki praktycznie pokonali katary, chociaż wokół Franka ciągle coś krąży. Planujemy trochę fajności na przyszły rok, gonimy z obowiązkami, chyba dopinamy już ostatnie sprzęty (to najdłuższa z naszych życiowych sprzętowych telenowel) i mamy się dobrze. Spokojnie. Nieźle.

Miła nie jestem

Powinnam się uśmiechać, ale nie za bardzo. W sensie nie szczerzyć na całego albo śmiać w głos, tylko tak lekko półgębkiem, ale nie za bardzo półgębkiem, żeby nie wyszło, że udaję tylko tak lekko czule. Powinnam być zadbana, ale znów bez przesady, nie że z brwiami od kosmetyczki, paznokciami od manikiurzystki, włosami prosto od fryzjera. Zadbana, ale tak skromnie – w sensie umyta i nie podarta. Powinnam ubierać się skromnie i zapomnieć o szpilkach, dekoltach i kapeluszach. A także o kolorowych pomadkach. Powinnam być też cicha, w sensie nie że będę biegać, skakać i wariować, tylko zachowywać się zgodnie ze statusem. Statusem Mamy Franka.

A. I przede wszystkim powinnam być miła. Zawsze, wszędzie i o każdej porze i dla każdego. Z tym, że tutaj jest kilka szkół. Dziewczyny z mojego pokoju w pracy twierdzą, że jestem zbyt miła. Od jednej z nich dostałam nawet internetowe szkolenie pod wiele mówiącym tytułem „Jak przestać być miłym”. Nie, że na wszelki wypadek gdybym kiedyś zachciała być niemiła. Według niej jestem zbyt miła. Innego zdania była moja ciotka, która jeszcze za mych czasów dziewczyńskich, czule radziła mojemu Tacie, żeby może zaczął wozić mnie na jakieś dyskoteki albo coś, bo nie jestem zbyt miła, to sobie męża nie znajdę. Inna zaś ciotka twierdziła, że z „taką miną” to ja odstraszam potencjalnych kandydatów na narzeczonego i na bank czeka mnie staropanieństwo. Z resztą do dziś jest znana moja „mina na księżniczkę”, bo podobno jestem strasznie wyniosła. A ja powinnam być miła. Głównie dlatego, że jestem Mamą Franka. TEGO Franka. Dlatego, że piszę takiego ładnego bloga, że byłam kilka razy w telewizji (przez Franka). No i dlatego, że Franek jest chory. Powinnam być miła rano, popołudniu, wieczorem i w środku nocy zerwana z twardego snu. Powinnam być miła nawet wtedy, kiedy ktoś dla mnie nie jest zbyt miły, bo jemu się może nie chcieć, a ja powinnam.

Statystycznie przesypiam co drugą noc w całości. W całości mam – na myśli od 23 do 6. Statystycznie co drugą, bo bywają trzy pod rząd, kiedy od 23 do 6 jestem budzona pięć sześć razy. Jeśli nie ja, to mój mąż. Bywam notorycznie niedospana i zmęczona. Bywam przemęczona.  Bo poza nocnym: przewróć mnie na boczek, daj mi pić, popraw rurę, boli mnie rączka, źle mi się oddycha mam także dzienne: podaj mi książkę, popraw nóżkę, popraw pupę, odessij i przewentyluj. To wszystko poza zabawą, czytaniem książek i gadaniem, na które czasem nie mam już sił i bywa, że ochoty. Mam też drugie dziecko, które potrzebuje tyleż samo uwagi i czasu. Mam męża, dom, rachunki, przepisy. Wiecie, że od trzech miesięcy próbuję kupić Frankowi sprzęt za duuuużo pieniędzy i nie mogę się doprosić wizyty przedstawiciela? Wiecie, że w tym czasie peg Francynia podkrwawiał kilka razy i bolał go tak, że nie pozwalał się dotknąć? Wiecie, że trzy dni temu o czwartej nad ranem Franek tak koszmarnie się zatkał, że kiedy udało się go udrożnić, to on poszedł spać, a ja miałam już po nocy? Wiecie, że Leoś chciałby jutro pojechać do lekarza tylko z mamą i tatą (bo dlaczego nie mógłby ich mieć choć raz tylko dla siebie), ale nie może bo kto zostanie z Franiem? Bywam więc niemiła.

I nie tylko dlatego nie jestem miła. Mnie po prostu bardzo gniotą moje niedoskonałości i brak pewności siebie. Otóż, gdyby spojrzeć na moje koleżanki i mnie, to po minach można stwierdzić, że jestem tą, do której bez kija nie podchodź, bo miażdży wzrokiem. A ja po prostu nie jestem miła, żeby nikt nie zobaczył tych wszystkich moich niedociągnięć. Taka dygresja: w zeszłym roku tort urodzinowy dla Bola był mojego autorstwa. Podobno był przepyszny z idealnym biszkoptem i proporcjami, ale nieco suchawy. I przez to, że był suchawy doszłam już do takiej perfekcji w tortach, że tegoroczny będzie idealny. A mnie przez cały sezon to gryzło. Cała ja. O, albo kiedy na blogu roku Zygmunt Miłoszewski (TEN Zygmunt Miłoszewski) powiedział, że miło mu się czytało mojego bloga i podoba mu się moje pisanie, to przecież zaprzeczyłam, że jak to, że dlaczego tylko dlatego, że dzień wcześniej przeczytałam jakąś pracę na temat mojego bloga oraz kilkunastu innych analizowanych pod kątem poprawności, gdzie byłam w czołówce blogerów popełniających błędy stylistyczne! No właśnie. A Miłoszewski powiedział mi, że fajnie, to nie. Cała ja. I jeszcze ten felieton Pani Ani Dziewit – Meller (tutaj klik) to też jakby o mnie.

No i dlatego nie jestem miła.

Moje gotowanie

Bywają takie dni w moim matczynym życiu, że mogłabym nie wychodzić z kuchni. Gotuję, pichcę, piekę, doprawiam, próbuję i przyrządzam. Najczęściej wtedy mamy obiady na kilka dni, jakieś ciasto, może pasztet. Dopiero od niedawna nauczyłam się nie gotować pod przymusem. To znaczy jeśli mi się nie chce, to nie gotuję. Jeszcze nikt z głodu nie umarł od placków ziemniaczanych na obiad, a ponieważ mąż mój nie od dziś się chwali, że w akademiku to on gotował tak, że mu gwiazdki Michelina z nieba spadały, to w obiady też potrafi.

Kilka dni temu miałam jednak dzień gotowania. Już od rana kombinowałam, co pysznego mogłabym zrobić. Na wszelki wypadek zrobiłam zakupy na sernik, gdyby nic innego nie wpadło mi do głowy. Stanęło jednak na placku z cukinii, cieście którego nie można zepsuć oraz cukiniowym leczo. Leoś wybył do sąsiadów, gdzie nabywał nowe siniaki i otarcia, Szymon coś tam majsterkował, więc kiedy Franek kończył ćwiczenia ja machnęłam Ciasto Marty, na które właśnie jest najlepszy czas, bo przecież można do niego użyć każdego sezonowego owocu.

Kiedy tylko Franciszek skończył ćwiczyć zaprosiłam go na wspólne gotowanie. Franek czytał przepisy i próbował swoich ulubionych składników – czosnku, cebuli, parmezanu. Szerokim łukiem omijał zaś niesmakołyki – jajka i pomidory. W czasie, kiedy leczo smakowicie bulgotało na ogniu, a po domu roznosił się zapach lata, zabrałam się za tarcie cukinii do placka. Mniej więcej w połowie tegoż żmudnego procesu wrócił Leon z czołem, którego stan wskazywał na to, że po pierwsze zabawa była przednia, a po drugie znowu nie wymierzył odległości od jakiegoś ciała stałego w okolicy. Oczywiście od razu zabrał się za pałaszowanie ciasta z jagodami.

W zasadzie ten przepis na placek cukiniowy to na szybko mogę Wam podać, bo jest naprawdę godny polecenia. Należy zetrzeć na dużych oczkach traki dwie cukinie i odłożyć na 15 minut do durszlaka, żeby odsączyła się woda. Dodać sprasowany czosnek, pokrojoną w drobną kosteczkę cebulę, dwie łyżki bułki tartej, trzy jajka, sto gramów tartego sera, szczypiorek, wszystko wymieszać i wstawić do nagrzanego do 190 stopni piekarnika mniej więcej na 30 minut. Prościzna. Tutaj oryginał przepisu.

No chyba, że jest się mną. Bo u mnie dokładnie wtedy, kiedy trzeba było przemieszać bulgocące w garnku leczo, a ręce miałam całe w tartej cukinii Francyś oznajmił, że się zatkał. W takich chwilach nie ma czasu na konwenanse pod tytułem mycie rąk, bo dzieć zwyczajnie się dusi. Chwyciłam więc sól fizjologiczną, ambu, cewnik i ssak we wszystkie swoje wolne ręce, by ratować Starszaka. Dokładnie w tej samej chwili, biegający wokół siedziska Leon potknął się o jedno z kółek i boleśnie zbił sobie kolano, natychmiast wymagając miłości i pocieszenia. Kiedy Starszak walczył o oddychanie z jakimś sucharem w rurce, a Młodszak przytulał się do mojej prawej nogi do domu wszedł mąż mój. Wszedł z miną jakby coś się stało i ręką, z której ciurkiem intensywnie płynęła krew – ot, efekt majsterkowania.

Leczo nadal walczyło od przetrwanie w garnku, cukinia na placek w akcie desperacji wypuściła już wszystkie soki, a ja – kiedy udało się odetkać Francynia z Leosiem uwieszonym prawej nogi, zajęłam się odkażaniem ran mężowskich. Fachowym okiem oceniłam konieczność wizyty na sorze, bo rana wyglądała niefajnie, a kto by chciał mieć niefajną ranę i okleiwszy dziurę w palcu gazikiem jałowym oraz plasterkami w samochody pocałowałam w czoło i wyekspediowałam do szpitala.

Efekt wieczoru był powalający – leczo się przegryzło z ziołami ogródkowymi i trudno było odejść od garnka, ciasto jagodowe trzeba było schować, żeby wystarczyło na jutro, placek z cukinii jest idealny do jajek sadzonych i można go podać na zimno i na ciepło, a ja mam w domu ciągle trzech żywych mężczyzn. Brawo ja!

Trzy szwy mu założyli. Będzie żył.

Mamy, o których chcę Ci powiedzieć

Maj to jeden z moich najbardziej ulubionych miesięcy. Nie tylko dlatego, że jak już buchnie wiosną – no może nie w tym roku – to aż chce się żyć, bo trawa i w naszym ogródku i nawet w tym u sąsiada jest zielona jak z książki. Ale także dlatego, że wychodzę w piżamie do warzywniaka, który co roku tworzą moi teściowie, zrywam rukolę i rzodkiewki do kanapki, za chwilę będą truskawki i poziomki, a czereśnia to już w ogóle zwariowała i jeśli nie wyprzedzą nas ptaki i robale heh, to czereśni będziemy mieli w tym roku po kokardy. Lubię maj także dlatego, że to miesiąc moich urodzin, które bardzo lubię obchodzić, bo przecież w moim wieku każdy rok ociera się już o sukces. Jednak przede wszystkim lubię maj za niedzielę. Tę najbliższą. I za każdy inny dzień tygodnia, kiedy to wypada Dzień Matki. Ciągle uczę się być mamą dla moich chłopaków, ale wiem, że nic lepszego od nich nie mogło mnie w życiu spotkać. Ale my księżniczki jesteśmy przecież skromne, dlatego nie o mnie, a o mamach, które mocno cenię będzie dziś wpis na niedzielne święto.

Zacznę od internetowych sław. Poznajcie Julkę. Julka mieszka w pięknym miejscu, w pięknym domu i sama jest piękna. Kiedy wchodzi się na bloga Julki od razu pachnie domem – ciastem, zupą i taką bardzo… normalnością. To chyba jedna z nielicznych blogerek, po której nie spływa brokat i lukier a nad głową nie latają różowe jednorożce. Nie ma tego całego udawanego internetowego życia z idealnym kadrem na insta. Julka jest mamą dwójki krejzoli. Otwarcie pisze, że czasem nie ma sił, że czasem jej się nie chce. Jest mi tym bliższa, że przy całej sławie (a wierzcie, że Julia Rozumek w internetach to jest gość) ona zachwyca się tym, co zwyczajne i oczywiste. I tego właśnie uczę się od Julki – doceniać to, co mam. Dostrzegać radość, tam gdzie teoretycznie nie ma się z czego cieszyć. I choć rzadko się do tego przyznaję, to wiem przecież mogłoby się wydawać, że w moim przypadku cieszyć nie powinno się nazbyt często.

I kiedy od Julii uczę się bycia kwiatem lotosu na gładkiej tafli oceanu, to inna mama – Daga pokazuje, że w życiu to kurka trzeba walczyć o swoje. Śmieję się, że jak dorosnę, to chciałabym być taka jak ona: odważna w swoich poglądach, dbająca w takim samym stopniu o siebie, swoje dzieci i swoje małżeństwo. Daga idzie przez internety jak burza, nie certoli się z hejterami i w nosie ma to, co ktoś o niej myśli. Nie stara się być zupą pomidorową, więc nie zabiega u poklask u wszystkich. Zna swoją wartość i jest jej pewna. Tak. Jak dorosnę, będę jak ona.

Wyjdźmy już z tych internetów, bo przecież są jeszcze inne Mamy, od których podbieram dobre pomysły, uczę się jak żyć i podziwiam bez przerwy i wciąż. Teoretycznie wisienka powinna być zawsze na końcu, na torcie, ale wiem, że wszyscy tylko na to czekają. Co napiszę o niej? Czy w końcu prawda wyjdzie na jaw? Czy poznamy skrywane przez lata sekrety? I wreszcie, jak się układa w tym właśnie układzie? Tak! Moja Teściowa.

Założę się, że ze zniecierpliwieniem oczekiwano tarć na linii ja – moja teściowa. Podobno to straszna, wymagająca kobieta, która na bank pokaże mi gdzie raki zimują. I takie rozczarowanie. Mieszkałyśmy przez rok razem, spędzamy ze sobą mnóstwo czasu, radzę się mojej teściowej w wieeeelu sprawach i bardzo sobie cenię jej opinię. Moja teściowa nigdy przenigdy nie wtrąciła się w mój sposób wychowywania dzieci, ma ogromne poczucie humoru, dystans do siebie i do swojego synka, co do którego reklamacji niestety przyjąć nie chce. I zawsze mogę na nią liczyć. Chciałabym coś złego napisać o tej kobiecie, wszak to teściowa, ale nie ma co. Nauczyła mnie cierpliwości, pokory i lubię z nią być. I mówię do niej Mamo.

Jeśli doczytaliście aż tutaj to fajnie, bo powiem Wam o jeszcze jednej mamie. Ale zacznę na odwrót. Kiedy ja ogarniam wychowywanie dziecka z trudną niepełnosprawnością i coraz częściej myślę, że idzie mi to całkiem nieźle, to od niej nauczyłam się bardzo wiele, jak to się robi z dzieckiem całkiem zdrowym. Kurczę jak ja strasznie bałam się, że „popsuję” Leosia. Dlatego często wzoruję się na tym, jak moja przyjaciółka Suzi wychowuje Bola. Bolo jest teraz niekwestionowanym idolem Milusia i wcale się temu nie dziwie. Jest świetnym chłopakiem, a miłość i zdrowy rozsądek Suzi niejednokrotnie sprawił, że moje matczyne decyzje skręcały w dobrą stronę. Suzi uczy mnie być matką wyluzowaną, taką która nie trzęsie się nad dzieckiem i pozwala mu żyć własnym życiem. Wzruszam się okropnie, kiedy to piszę, a jej pewnie przybędzie centymetr z tych pochwał, więc skończmy te laurkę. Już wiecie, że to fajna mama jest.

Na koniec creme de la creme, czyli moja własna osobista Mamunia. No nie ma co się oszukiwać, że moją mamę zaczęłam doceniać zbyt późno, ale teraz siłą rozpędu już nie mogę przestać. Obie dorosłyśmy i pozwoliłyśmy sobie wzajemnie na luz. Moja Mama jak nikt prowadzi dom i całą jego otoczkę. Drożdżówki w pół godziny? Nie ma sprawy. Obiad dla całej rodziny? No problem! Do tego kwiatki, warzywniak, praca, wiecznie czyste okna i firanki. Do tego na Mamę zawsze mogę liczyć – nawet teraz, kiedy niedługo skończę 34 (!!!) lata i mam gorączkę Mama przyjedzie z rosołem, wypierze i poprasuje. Jak to Mama.

Mogłabym wymienić tych Mam jeszcze kilka, bo tak naprawdę wystarczy się tylko odrobinkę rozejrzeć, żeby z każdej Mamy czerpać dobro. Dlatego w niedzielę skoro świt hajda na łąkę, zbieracie maki i kaczeńce i do Mamy. Bo nie ma, jak u Mamy.

Jeśli chcecie, śmiało możecie pisać w komentarzach o swoich ulubionych Mamach. To zawsze miło napisać miłe słowa, prawda?

Złote myśli

A najgorzej jest wtedy, kiedy zacznie się myśleć. Bo jak się nie myśli za bardzo, to się działa z rozpędu i na autopilocie. Lekarze, terapie, środki, fundacje, papiery, kino, spacer, frytki. Teoretycznie normalnie. I jak się nie myśli, to się nie myśli. I wydaje się, że przecież jest w porządku. No właśnie wydaje się. Bo potem wystarczy impuls, chwila, jedna sytuacja i widzisz, jak jest naprawdę. 

Franek rzadko funkcjonuje w grupie rówieśniczej. Takiej naprawdę rówieśniczej. Jeśli zdarzy się, że akurat przypadnie środa lub czwartek, kiedy to nie męczy go coś poza potworzastym (na przykład angina, jak teraz), to idzie do szkoły. Jego klasa jest mikroskopijna – to razem z Frankiem całe trzy osoby, a czas spędza tam głównie na nauce, więc jakby nie ma możliwości, by TO zobaczyć. Ale ostatnio zdarzyło się tak, że Franek znalazł się w większej grupie rówieśników – takich bardzo rówieśników, bo wszyscy urodzeni w 2010 roku – dziewięciolatki. On w grupie dzieciaków, ja w grupie rodziców. Jednym okiem i kątem ucha słucham rodziców, drugim okiem patrzę na mojego syna. 

I widzę, jak to moje dziecko w koszulce po młodszym bracie z rysunkiem misia, bo te dla ośmiolatków z potworami, robotami i innymi są na niego dużo za duże, walczy z opadającą głową, której plecy po godzinie nie mogą utrzymać, próbuje się dogadać. Dzieciaki, jak to dzieciaki. Chwilę przy nim były, no ale nikt mi nie wmówi, że dla biegającego z miejsca na miejsce trzecioklasisty średnio ruszający się znajomy jest atrakcyjnym towarzystwem. Widzę mojego syna i widzę, jak wiele mu ta choroba zabrała. Jego krzywe plecy, wiotkie ręce i nie ruszające się nogi na tle grupy wyglądają dramatycznie. Któreś z rodziców z wielką czułością mówi o nim „malutki na wózeczku”. Nie mam pretensji – faktycznie jest malutki i jeździ wózkiem spacerowym głównie. Ale ilu znasz ośmiolatków, o których można tak powiedzieć? Patrzę na moje dziecko i widzę, jak próbuje zaistnieć, zagadać, zaczepić. Kiedy jest w grupie swoich albo wśród dorosłych, większość rozumie jego potrzeby, stara się dostosować. Te dzieci są fantastyczne i przemiłe, ale nie ma co się dziwić, że po chwili nudzą ich encyklopedyczne opowieści Franka. Przywilej dzieciństwa.

Patrzę na moje dziecko i ogarnia mnie żal. Wiem, że jest śmiertelnie i nieuleczalnie chory. Walczę o niego i nasze normalne życie z całych sił, a jednak w tej jednej chwili, jednej na kolejne kilka miesięcy ogarnia mnie ogromny żal. Widzę, jak mogłoby być. Widzę, ile ta choroba zabrała jemu – najwięcej jemu i choć to egoistyczne to także mnie. Nie mam takiego poczucia patrząc na Frania i Leosia, są braćmi, moimi dziećmi. No jakoś nie. Ale kiedy zdarzają się takie sytuacje, to jest mi po prostu dojmująco smutno i myślę sobie, że to niesprawiedliwe, że to akurat nam się przytrafiło. Sama sobie nadałam prawo do takiego myślenia. I to wcale nie jest tak, że życzyłabym tej choroby komuś innemu. 

Bo wiecie, najgorzej kiedy zacznie się myśleć…

To mi się naprawdę zdarza

Taką mam jakąś dziwną niepisaną zasadę albo po prostu działa na mnie magia oznaczeń, ale nie korzystam z udogodnień, które są dedykowane komuś innemu. Na przykład nie wymuszam pierwszeństwa dla kobiet w ciąży, choć mój brzuch sugeruje coś innego. Albo nie staję na miejscach dla rodziny pod marketem, kiedy nie ma ze mną rodziny. Że już o miejscach dla niepełnosprawnych nie wspomnę. Ono jest dedykowane Frankowi, nie naszemu samochodowi. O! I jeszcze nie staję w kolejce do kasy pt. „do 10 produktów”, kiedy mamy tych produktów 11. I w kolejce pierwszeństwa dla niepełnosprawnych nie staję nigdy. Zakupy z Frankiem są taką oczywistą oczywistością, że jego niepełnosprawność nie jest bodźcem do tego, by zabierać miejsca na przykład samodzielnym niepełnosprawnym. Czasem jednak coś we mnie wstąpi. Nie wiem w sumie, czy to duch egoizmu, czy demon zła, czy po prostu zwykła ludzka złośliwość. Albo odwrotnie. We mnie nie, że coś wstąpi. Mnie opuści- rozum.

Jestem sobie oto bowiem w jednym z marketów, którego nazwę każdy wymawia inaczej, w zależności od tego jaka jest jego znajomość francuskiego, po tak zwane szybkie zakupy. Pięć rzeczy na krzyż typu masło, mleko i coś do chleba, więc w sumie nie chce mi się czekać w kolejce za pełniutkimi wózkami i wzrokiem wodzę za najmniej obciążoną kasą. Do tego jeszcze w głowie układam tekst na Franka ulotkę jednoprocentową, liczę, ile kilogramów prasowania mam do zrobienia i usilnie staram się sobie przypomnieć, co to ja miałam jeszcze kupić, żeby potem przed lodówką nie było płaczu o śmietanę na przykład. Liczę więc, przeliczam i myślę na zapas oczami wyobraźni widząc siebie idącą spać znów nie wcześniej niż 23, a oczami tymi w głowie szukając nieszczęsnej kasy.

I nagle jest! Co Ci ludzie nie widzą? Siedzi Pani Kasjerka i się nudzi i nikogo tam nie ma. Szybko więc, niczym gepard po prostu albo inna pantera, rzucając wokół nieufne spojrzenia i czuwając, żeby nikt mnie nie wyprzedził, tym takim udawanym niespiesznym, ale jednak szybkim krokiem pędzę kasować swoje zakupy. Ta kasowa historia wcale nie ma happy endu i wcale nie już, bo tuż przed przysłowiową metą, wyprzedziła mnie dziarska matka- sprytniejsza w obuwiu sportowym, miała więcej szczęścia. Kasuje więc kobita swoje, a ja swoje na taśmę. Wtem:

-O Boże!- jęczę, a ogonek ludzi, którzy ustawili się za mną, skupia na mnie swój wzrok- bo ja zapomniałam o dziecku!- tłumaczę i ładuję zakupy znów do koszyka. Nie, że jakoś szybko i w szaleńczym pędzie, ale dość żwawo.

-To znaczy nie, że zapomniałam, tylko, że nie zauważyłam, że go nie mam- tłumaczę i czuję, że brnę, niepotrzebnie brnę.- To znaczy, zauważyłam, że go nie mam, ale nie zauważyłam, że go potrzebuję. Nie, że go nie potrzebuję, bo ja go potrzebuję ciągle, ale  teraz w tej chwili, jakby potrzebuję go bardziej, a go nie wzięłam. Bo on w domu jest, z tatą – i ja tak na jednym oddechu, a ludzie w kolejce oczy coraz większe i większe i w ogóle mam wrażenie, że świat wokół mnie jakby zwolnił.

-No to ja może od początku- zagajam i pakuję te jogurty już prawie żółwim tempem- bo ja proszę państwa chciałam się szybko skasować, a tu była wolna kasa, więc podbiegłam, wypakowałam zakupy i zorientowałam się, że to jest kasa pierwszeństwa. Dla niepełnosprawnych. A ja mam dziecko niepełnosprawne, ale w domu, nie tutaj, więc ja tu nie mogę stać, bo może ktoś będzie potrzebował i ja mu zajmuję kolejkę, a to bez sensu. I ja zmienię kasę, bo nie jestem niepełnosprawna, Państwo w sumie też, tyle że ja po prostu nie mogę. Tak nie można- orzekłam, ukarałam się i ukorzyłam i zmieniłam kasę.

A za mną dwie osoby.

Ma się jednak życiowe sukcesy, co nie?

 

Różowe jednorożce

Całkiem niedawno postanowiłam iść z duchem czasu i żeby nieco unowocześnić formę komunikacji z moimi wspaniałymi Czytaczami i jeszcze bardziej pokazać o co chodzi w życiu na przekór, założyłam temu oto blogowi instagrama. Ponoć najłatwiejsze ze wszystkich social mediów. Ha ha. Najpierw coś poklikałam i prawie usunęłam fanpage z facebooka, potem dodałam jakieś dziwne zdjęcie, potem chciałam je usunąć, potem próbowałam rozkminić o co w tym wszystkim chodzi i żeby mieć jasność i łopatologiczną chłopską wiedzę, zapytałam mojego kolegę, któremu na potrzeby posta nadamy imię Józef: o co chodzi z tym instagramem i weź mnie Ty Józef naucz.

Józef powiedział coś mniej więcej, że instagram w dzisiejszych czasach jest wtedy, kiedy wstajesz rano, mąż Cię wkurzył, bo znowu nie opuścił deski, dziecko całą noc ryczało, włos Ci się znów nie układa, a Ty odpalasz komórkę robisz zdjęcie jajecznicy ze szczypiorkiem, kadrujesz żeby w tle było kakao i ambitna gazeta, lecisz to filtrem, wrzucasz na insta, piszesz hashtag śniadanie, hashtag rodzina, hashtag wspaniały poranek i lajki się sypio. Nie od dziś wiadomo, że Józef składa się w trzech czwartych z wody i jednej czwartej z sarkazmu. Jednak wtedy, po tym przyspieszonym kursie instagramowym pomyślałam sobie, że wrzuca się tam takie trochę różowe jednorożce.

A potem sobie pomyślałam o nas. O blogu. O tym, jak może być postrzegana moja nieznośna lekkość bytu, ten mój wieczny sarkazm, ten przewlekły uśmiech. O tym, jak ja wrzucam to niemal codziennie różowe jednorożce w postaci tego, jak wspaniale i cudownie jest wychowywać dziecko ze śmiertelną, nieuleczalną chorobą. I jaką w sumie krecią robotę mogę odstawiać tym, którzy gorzej radzą sobie w sytuacji do naszej podobnej. A potem pomyślałam, bo ponoć mam duszę analityka, że ludzie z branży wiedzą jak to wygląda i potrafią między wierszami wyczytać, że tęcza i jednorożce są po to, żeby się nie zatracić i nie zwariować w tej całej durnej beznadziejnej dla nas wszystkich sytuacji.

Bo tak naprawdę, kiedy jednorożce pójdą już spać, ja dodam te wszystkie pełne lukru i słodkości wpisy i pomyślę tysięczny raz o naszym życiu, to ja naprawdę myślę sobie, że jest nam w nim dobrze. Że mamy wspaniałych przyjaciół, wspierającą rodzinę, najdzielniejszego synów na świecie i tylko jedno wspólne życie, które żal na zapas opłakiwać.

Aczkolwiek, żeby była jasność, to kolejny raz chciałam napisać, że jest cholernie trudno. Codziennie zastanawiasz się nad sensem tego wszystkiego, niemal każdego dnia podejmujesz decyzje, od których zależy być albo nie być, bez przerwy myślisz, czy w domu wszystko ok, jesteś na wiecznej czujce względem chorego dziecka i do jego ciągłej dyspozycji. Wszystkie rodzinne plany determinuje stan zdrowia tegoż dziecka i jego ogólne samopoczucie. Nieustannie musisz szukać ułatwień, sposobów, rozwiązań, by jemu, Tobie, Waszej rodzinie było choć odrobinę łatwiej. Żyjesz w permanentnym stresie, a ilością obowiązków możesz obdzielić kilka osób. Czasem mam ochotę napisać, co trzeba robić, kiedy Twoje dziecko ma zanik mięśni, do jakich czynności zmusza Cię jego choroba, ale są to tak bardzo trudne i intymne chwile w naszym wspólnym życiu, że nie mam prawa pisać o nich na forum. Czasem wrzucę tu jakiś kamyczek, mały wpis o tych brzydkich stronach potworzastego, ale chciałabym, żebyście wiedzieli, że jest to tylko namiastka, tylko wyrywek z codzienności ubrany przeze mnie w słowa tak, żeby powiedzieć to, co najistotniejsze bez godzenia we Frania i fakt, że było nie było jest osobą publiczną.

I mógłby to być dopiero wstęp. Mogłabym pisać i pisać o tym, jak trochę okłamuję prawdziwość takiego chorowania. Takiego życia. Myślę jednak, że nam wszystkim potrzebne są różowe jednorożce, takie ładne hashtagi, piękne zdjęcia i urocze filmy. Łatwiej jest wtedy znieść to wszystko, bo przecież na płacze zawsze przyjdzie czas.

Niewidzialny

Wiecie, jak to jest być niewidzialnym? My trochę wiemy. Tylko trochę, ponieważ ja i mój mąż jesteśmy dorośli, więc zdajemy sobie sprawę z tego, że ta niewidzialność jest po pierwsze mocno na wyrost, a po drugie jest powodowana zupełnie poza nami, nie mamy na nią żadnego wpływu. Dużo więcej o niewidzialności może powiedzieć Franek. To on dostaje zwykle czapkę niewidkę, choć do teraz zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Jak to jest z tą niewidzialnością? Dużo częściej niewidzialni bywamy latem. W upalne dni rurka Frania jest totalnie widoczna, do tego chude ramionka i drobne kolanka. Zimą, kiedy dochodzi kurtka, chustka, szalik i koc trzeba być naprawdę spostrzegawczym, żeby połączyć wiszący na wózku respirator z szyją małego Francia. Do tej pory bywało tak, że kiedy ludzie orientowali się, że ten wygadany młodzieniec na wózku, to ma jeszcze jakąś rurę w szyi, nie rusza nogami, a i te ręce, też takie jakieś inne, robili nas niewidzialnymi. Odwracali wzrok lub pospiesznie zabierali się w inne miejsce. Oczywiście nie zawsze i nie wszyscy, ale znacząca większość. Czasem to trochę śmiesznie wygląda, kiedy na przykład w windzie pani daje oczami znać swojemu mężowi, żeby spojrzał i robi takie wymowne miny albo kiedy ktoś takim trochę teatralnym szeptem, mówi: oooo patrz. 

Wiecie, że nie unikamy skupisk ludzi, miejsc publicznych. Nie wstydzimy się choroby naszego syna, ale staramy się chronić jego prawo do intymności i tak, o ile nie mam problemu z przewentylowaniem Franka w kolejce, w kinie, czy urzędzie, to już jeśli nie muszę, nie odsysam go publicznie. Zwykle odwracam wózek lub szukam łazienki, czy innego ustronnego miejsca. Co nie zmienia faktu, że trzeba być głuchym, żeby nie usłyszeć, jak odsysam Franka. Respirator wyje alarmem, ssak buczy jak stary traktor i ambu, które przy odsysaniu zwykle też jest w użyciu. Wtedy akurat bardzo sobie chwalę naszą niewidzialność. Ostatnio jednak zdjęto z nas czapkę niewidkę…

Czapkę niewidkę zdjął z nas „efekt Lewandowskiego”, jak to w żartach nazywamy z naszymi przyjaciółmi. Bo oto ten chłopiec z rurką w szyi pojawił się nagle na wszystkich kanałach, w kilku gazetach, telewizjach śniadaniowych, radio i naszej lodówce. Wszystko fajnie, przygoda wyśmienita, ale należy pamiętać, że Franek ma siedem lat! I na tę mądrą, ale nadal siedmioletnią, obciążoną szpitalną przeszłością, pracą z terapeutami nad sensoryką, wrodzoną nieśmiałością i ograniczoną fizycznością głowę, spadła popularność. Co uważniejsi z Was od razu wychwycili, że o ile w pierwszych dniach Francesco medialnie brylował, zachwycał elokwentnymi wypowiedziami, dowcipem i erudycją, to im dalej, było coraz słabiej. Z biegiem czasu, po milionowym pytaniu „ale powiedz Franio, jaki jest ten Robert?” dopadała go nuda, niechęć a ostatnio nawet złość. Doszło do tego, że Franek tylko z nami chciał oglądać mecze Roberta, tylko z nami chciał oglądać wspólne ich zdjęcia i filmiki, a słyszeć nie chciał o wywiadach, zdjęciach i rozmowach z dziennikarzami. Czarę goryczy przelały zakupy, na których Franio z niewidzialnego chłopca stał się… No właśnie, kim? Obce osoby podchodziły do niego, witały się, inni robili zdjęcia z ukrycia. Wszystko było ok dopóty, dopóki te kontakty ograniczały się do krótkiego ‚cześć Franek’ lub ‚czy to ten chłopiec…?’. Gorzej, kiedy ktoś próbował się z Franiem na siłę przywitać, głaskał go po głowie albo próbował wciągnąć w zwierzenia na temat Roberta. W pewnym momencie Franciszek kategorycznie oznajmił, że chce już wracać do domu, bo nie ma na to wszystko sił.

Te wszystkie rozmowy i chwile są bardzo przyjemne. Cieszy nas, że odbiór tego zdarzenia był tak pozytywny, nie spotkaliśmy prawie żadnych negatywnych komentarzy i naprawdę nie dziwi nas fakt, że Franio został pokochany. Wszak my kochamy go od siedmiu lat. Niemniej jednak on ma tych lat właśnie tylko siedem. Nie musi mieć ochoty na siedemnasty taki sam wywiad, na dwudzieste podobne wystąpienie, nie musi chcieć się z każdym przywitać i każdemu opowiadać o spotkaniu z RL. Sam mi z resztą powiedział, że „kumpelskich tajemnic się nie zdradza”. Chciałabym bardzo, żebyście wiedzieli, że jest mu bardzo trudno poukładać to wszystko w głowie. Jego marzeniem było spotkanie Roberta i teraz, kiedy uważa, że zostali przyjaciółmi, przeszedł z tym do porządku dziennego. Aczkolwiek tęskni z Robertem, tak samo jak za Bolem, czy Kubą i tylko martwi się niestrzeloną bramką, czy kontuzją tego pierwszego. 

Trudne to wszystko dla Franciszka jest dlatego, że był do tej pory niewidzialny. Zdjęto z niego czapkę niewidkę w dość spektakularny sposób i trudno mu pojąć, że zna go tyle osób, choć on ich nigdy nie poznał. Staramy się mu wszystko tłumaczyć, cierpliwie odpowiadać na pytania, a kontakty medialne wzięliśmy na siebie, Frania czasowo od nich odcinając. Młodziak wraca do rytmu codzienności, ćwiczy dzielnie, uczy się matematyki, hiszpańskiego, ma zajęcia z programowania. Chciałby bardzo jeszcze kiedyś spotkać swojego kolegę, martwi się o niego i często wspomina, ale od razu zastrzega, że od telewizji musi odpocząć. Gwiazdeczka nasza kochana…

Bardzo bym chciała, żeby ten wpis miał jeden oczywisty morał i przesłanie. Że niepełnosprawni są codziennie wśród Was. W knajpie, bibliotece, szkole, kościele, autobusie. Oni doskonale widzą, jak nie chcecie ich widzieć. Nie mają czapek niewidek, więc nie czekajcie aż każdy z nich wyprowadzi reprezentację na murawę, by zostać zauważonym. 

Dziewczyny badajcie się!

A było to tak. 

Jak co roku, raz do roku wybrała się Matka Anka na doktorski przegląd. To szósty ząb naprawiła kanałowo u Doktor Małgosi, żeby uchronić się przed wyrywaniem. To badania krwi strzeliła sobie i w gratisie chłopcom swoim, to koniec końców cytologii zapragnęła na cito, bowiem w grupie ryzyka jest. Ma Matka w głowie poukładane tak, że skoro dzieć choruje poważnie i wziął na swe barki potyczki z nfz, to już ani Matka, ani Ojciec ani nikt inny na chorowanie pozwolić sobie nie może. W grę wchodzi więc oczywistość: profilaktyka czyli!

Tak więc poszła Matka do Doktora C. swego. Tego, co to i Frania i Leosia na świat sprowadzić pomógł i rzecze Matka: minął rok, doktorze badaj. Doktor po swojemu zajrzał, gdzie trzeba… i zamilkł. Z doświadczenia Matka wie, że jak Doktory milczą, to nic dobrego nie mają do powiedzenia. A w sumie teraz wpadł Matce do głowy pomysł, że może oni szkolenia z budowania napięcia przechodzą? Że wiecie, muzyczka jak wtedy, kiedy w horrorach do łódki podpływa rekin… tiratiratiratirararara i jak już jesteś posiusiany ze strachu, to się okazuje, że to atrapa. Ale nie. Zazwyczaj było tak, że jak Doktor milczał, to jednak miał na myśli, że rekin. Rekinem Matki był guz. Na jajniku. Wziął i pojawił się nagle, bo jak już co sprytniejsi wydedukowali, Matka bada się regularnie i ostatnio, rok temu czyli go nie było a tu wziął i nagle jest. I to całkiem spory. Matkę to w sumie trochę zbulwersowało, bo biust to Matce nie mógł spory urosnąć, ale guz to od razu. Ale ad rem, jak to mawiają mądrzy ludzie. Że Doktor Matki mądry jest, to już na przestrzeni lat Matka zdążyła się zorientować. Wypisał więc szereg badań m.in. na markery nowotworowe i nakazał czekać. I tutaj będzie przerwa na kawę i na śmieszną dygresję z dedykacją dla ukochanej Suzi.

Otóż zrobiła Matka owe badania na markery i z niecierpliwością oczekiwała na wynik. W dniu odbioru wyszła wcześniej z domu, odwiozła Leosia do żłobka i pobiegła do laboratorium. Wynik, jak wynik. Kilka cyferek, normy, nazwy, szok. Rzuca Matka wzrokiem raz- wygląda, że ok. Rzuca drugi- potwierdza. Markery nie wskazują, że to nowotwór. Uf. Ulga. I tu się zaczyna dopiero akcja. Ponieważ Matka od zawsze na granicy prawa żyła- wiecie mieszkanie bez ślubu, okna bez firanek, to i tym razem podjęła ryzyko i postanowiła przebiec przez ulicę nie po pasach! Rozumiecie? Nielegalnie! Jak to zwykle bywa w takich momentach, ni stąd ni zowąd pojawiło się auto. Auto Matkę strąbiło, kierowca coś tam krzyknął, że głupia i teoretycznie można by tę historię zakończyć. No, ale nie z Matką. U Matki bowiem doszło do spięcia. Spięcie miało miejsce w mózgu, dokładnie w tym zwoju, który u Matki odpowiedzialny jest za talent matematyczny. Spięcie nastąpiło, jęła więc Matka jeszcze raz patrzeć na wynik. Patrzy Matka i liczy i mnoży i dzieli i dodaje i jak nic. Nowotwór. Teraz będzie mniej śmiesznie. Na autopilocie dojechała jakoś Matka w ramiona Suzi. Tam zaczęła szlochać, że to niesprawiedliwe, że dlaczego, że czemu ona. Suzi nastrój się udzielił i zrobiło się straszno. Na szczęście nasza wieloletnia przyjaźń polega także na zasadzie ograniczonego zaufania, jakie żywi do Matki Suzi. Wspaniała Przyjaciółka ma zerknęła swym profesjonalnym wzorkiem na wynik ( a musicie wiedzieć, że z matmy, wręcz odwrotnie niż Matka, to ona kosa jest niesamowita). No więc zerknęła… i jak nie trzaśnie Matki w łeb! Jak nie poprawi z drugiej strony, sycząc przez zęby, że z Matki matoł nie matematyk, jak nie pokaże palcem, że oto wynik jest taki, że mniejszy niż norma, a to oznacza, że NIE MA komórek nowotworowych i Matka se może te spadki, co to już dzieliła w oko wsadzić i tyłka nie zawracać, tylko gada vel guza usuwać i do roboty! Doprawdy nie wiem, jak to się stało.

Kiedy z wynikiem zapoznał się Doktor, orzekł, że zaprasza na oddział i że zrobi, co trzeba, by Matka w zdrowiu mogła dzieci wychowywać. Zanim jednak szpital, to wyobraźnia Matki szalała. No bo wiadomo, może nie nowotwór, przymajmniej ten z markerów, ale jeszcze można na stole operacyjnym umrzeć albo z powikłań. Wzięła się więc Matka do roboty. I co Wam powiem? Jeszcze nigdy w naszym domu nie było tak wszystko przygotowane na wypadek, gdyby Matka miała nie wrócić. Nie to, że zdarza mi się to jakoś często, to pierwszy raz raptem był, no ale zawsze. W każdym razie chłopcy mieli wszystko wyprasowane, łącznie z pościelą, lodówkę pełną, dom posprzątany, dokumenty posegregowane, piny spisane. A Matka? Z kapcioszkami Królowej i piżamką w kwiatki zameldowała się w szpitalu, przeszła wszelkie zabiegi i wkłucia i inne cudowności. Doktor sprawnym ruchem usunął dziada, zrobił Matce przepiękne szycie i wysłał dziada do badania histopatologicznego. Przez kilka dni musiała Matka do siebie dochodzić w szpitalu i odbyć rekonwalescencję domową. Brzuch Wam powiem rwie jak sto pięćdziesiąt, bo to już lata nie te, a i ingerencja w tych okolicach kolejna. Ale Doktor taką robotę koronkową odstawił, że śladu prawie nie ma! Cała operacja, to może nie było najlepsze przeżycie ever, ale jakby nie było wyjścia. 

No i najlepsze na koniec. Wynik histopatologii wskazuje, że guz niezłośliwy był. Ulga jak sto pięćdziesiąt i mądra nauka od Matki dla Was, moje Czytaczki:

Badajcie się dziewczyny! Piersi, cytologia, krew. To ważne. Jeśli coś budzi Wasze wątpliwości, nie czekajcie. Idźcie do lekarza, sprawdźcie. Nie czekajcie aż samo przejdzie. Lepiej zapobiegać niż leczyć.

To kiedy ostatnio robiłaś cytologię?

To mówiłam ja- Wasza Matka Anka.

Za pan brat

Bunt dwulatka jest wtedy, kiedy dla chwili ciszy tudzież ciepłej kawy jesteś w stanie powiedzieć, a w nosie i włączyć Maszę, chociaż normalnie to nigdy w życiu nie dałabyś się szantażować. Bo ja mam taki problem, drogi Pamiętniczku…

Jakieś takie porządne egzemplarze nam się przytrafiły. Chłopcy są w zasadzie grzeczni i ułożeni, obaj mówią proszę, dziękuję i przepraszam. Leoś to nawet mówi dziękuję bardzo, kiedy dostanie kabanosa poza programem. A jednak coś poszło nie tak. Gdzieś popełniliśmy błąd. Mianowicie te moje dzieci za dobrze się dogadują. One w zasadzie świetnie się dogadują. Nie, że społecznie, choć też im idzie całkiem nieźle. Oni się dobrze dogadują między sobą. I do tego trzymają sztamę. Jak prawdziwi bracia i przyjaciele.

Leoś na przykład bierze książkę, wdrapuje się na kanapę, kładzie poduszkę na kolanach Frania i prosi: „Franio… czytaj Lelosiowi”. I Franio czyta, nawet jeśli jest to książka o małpce, za którą nie przepada. A potem Franc wybiera swoją ulubioną o zwierzętach i tłumaczy, jak robi delfin i dlaczego kaszalot, mimo, że w morzu to nie jest rybą. Leoś słucha na tyle, na ile mu cierpliwości wystarczy, czyli przez jakieś dziesięć minut, ale kilka razy w ciągu dnia daje już potężną dawkę wiedzy, informacji, miłości i uwagi od starszego brata. Albo kiedy się bawią autami, to Miluś doskonale wie, jak ułożyć palce Frania, żeby mógł utrzymać maleńki samochodzik albo, że po respiratorze to nie za bardzo można jeździć koparką. Idzie im to braterstwo naprawdę świetnie.

Ale najgorzej jest wtedy, kiedy zwierają szyki przeciwko nam. Rodzicom czyli. Jeśli więc połączycie spryt i inteligencję Franciszka i dodacie do tego upór i determinację Leona, to ja się naprawdę czasem zastanawiam, czy oni to naprawdę krew z naszej krwi, geny i takie tam. Otóż musicie wiedzieć, że gdzie Francio nie może, tam Lelosia pośle.

-Leon, Leoś! Chodź do mnie, coś Ci powiem- woła, po czym teatralnym szeptem dodaje- Leon. Powiedz mamie, że bardzo chcesz Maszę*. Ale tak bardzo bardzo.

-Maaaaaamo- woła młodszy- Leloś chce Maszę dla Lelosia i dla Frania.

-Chłopaki! Nie możecie Maszy, była już dzisiaj chyba 185 razy- mówię, chociaż z góry wiem, że to bez sensu.

No i się zaczyna. Zaczyna, bo Leoś jest akurat w wyżynnym stadium buntu dwulatka. Jeśli coś chce, to musi to mieć. Jeśli nie dostaje tego co chce, to słyszy nas zaraz pół dzielnicy, a skłonna byłabym się założyć, że nawet pół miasta. Kiedy już się wykrzyczy, szuka pocieszenia u brata, a jakże. A brat…

-Mamo, widzisz jaki on jest smutny. Sama mówiłaś, że jak się kogoś kocha, nie można mu robić smutków. I co my (MY!) teraz zrobimy, żeby go pocieszyć?

Kiedy tak jeden ryczy przez dwadzieścia minut, drugi pierze mi mózg jakimiś psychologicznymi zagrywkami, to ja się naprawdę zaczynam zastanawiać, kto kogo w tym domu wychowuje…


*zamiast Maszy może być inna bajka, albo wyjście na podwórko w ulewę, albo jakaś smakąska chwilę przed kolacją. Wszystko, absolutnie wszystko może być Maszą…