Wielcy, cudni i wspaniali

Naczytałam się w ostatnich dniach bardzo wielu słów na swój temat. Dzięki nim już chyba w ogóle zrezygnuję z noszenia obcasów, bo urosłam z dziesięć centymetrów, takie były miłe. Wielu z Was pisze o nas (dokładnie rodzicach Franka), że jesteśmy dzielni i wspaniali.

A ja dziś z przekorą zapytam. A jacy powinni być rodzice dzieci niepełnosprawnych? Kiedy okazało się, że Franciszek choruje na śmiertelną chorobę i że tak naprawdę, jeśli uda się dobić do drugiego roku życia, to nie wiadomo, jak to się dalej potoczy, jak mieliśmy postąpić? Mieliśmy go zostawić w szpitalu? Oddać do jakiejś placówki? Zapomnieć o nim? A może, skoro już zabraliśmy go do domu, to powinniśmy położyć go w łóżeczku i czekać? Na co?

Musicie wiedzieć, że życie na kredyt, jakie dostaliśmy nie jest łatwym życiem. Co nie zmienia faktu, że może być szczęśliwym. Pomyślcie więc, cóż nam pozostało? Albo się poddamy i pogrążymy w żałobie, jeszcze zanim to jest w ogóle potrzebne albo spróbujemy przeżyć dany nam wspólnie czas najlepiej, jak to możliwe. Tak, żeby później, kiedy być może przyjdzie czas na płacze, wiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, by wykorzystać do maksimum to, co przyniosło życie i daliśmy sobie i naszym dzieciom wiele dobrych i szczęśliwych chwil.

Nie jesteśmy więc wielcy, cudni i wspaniali. Jesteśmy normalni. Dopóty, dopóki medycyna konwencjonalna, laboranci i lekarze nie wymyślą czegoś, co mogłoby pomóc naszemu synowi, nie pozostało nam nic innego, jak spełniać jego marzenia, walczyć o utrzymanie w dobrej kondycji i żyć pełną parą. Czy mamy chwile słabości albo zwątpienia? Ależ oczywiście, że mamy! Bo dobrze jest wtedy, kiedy jest dobrze. To znaczy, kiedy nie ma problemów z oddychaniem, respiratorem, większych kłopotów z kręgosłupem, oczami, głową. A kiedy coś się zachwieje, jest jakiś spadek formy, mamy zwykle mnóstwo wątpliwości, gorsze dni, bardzo się wtedy boimy. Myślę, że najlepiej było to widać na wielu materiałach, które pojawiły się ostatnio na nasz temat. Kiedy nas pytano o największe marzenie, żadne z nas- ani ja, ani mój mąż nie daliśmy rady go udźwignąć. Były łzy i prośby o nie nagrywanie. No, bo jak możemy marzyć o czymś innym?

Macie dzieci? Pewnie większość z Was zdrowe. Spójrzcie na nie i pomyślcie, czy gdyby okazało się, że każdy ich oddech może być ostatnim, nie chcielibyście zawalczyć? Nie chcielibyście być wielcy, cudni i wspaniali? Dla siebie i dla nich.

Bo to zła matka była

Matka to jest takie stworzenie, co to nie zrozumiesz. Pomijając już typ matki internetowej, co to w ogóle lepiej nań nie trafić, bo przecież połknie Cię, pogryzie i wypluje, są Matki realne. Takie prawdziwe z krwi i kości. A zna się ich kilka, wszak metryka już coraz starsza, więc sporo koleżanek postawiło na prokreację.

Jest więc Matka stworzeniem dziwnym. No bo na przykład widzi taka Matka, że dziecko sto siedemdziesiąte pudełko z klockami postanowiło wysypać i Matka wie, że to ona z Ojcem wieczorem będą te klocki segregować i Matkę trafia najjaśniejszy i chce Matka dziecię za okno na mróz wystawić, coby emocje ostudzić i jest Matka na granicy i co? I nic. Bo jak już wieczorem te klocki posegreguje i pranie wstawi i zupę przy okazji na jutro i myśli sobie na co jej to było, to siada Matka do komputera tudzież przed telefonem i… ogląda zdjęcia dzieci. Nie, że obcych w sklepach internetowych z ubraniami albo dzieci znajomych na fejsbukach. Nie, nie. Matka swoje dzieci ogląda, mimo, że wcześniej z tym mrozem to całkiem na poważnie myślała.

O! Albo inaczej. Chce Matka chwili spokoju. Takiej, żeby po prostu porobić nic. I jęczy Matka mężowi o tę chwilę bez niego i dzieci od tygodnia i jęczy i dręczy i gnębi. Małżonek oczywiście zgarnia potomstwo i jedzie w świat, ofiarowując Matce czas tylko dla siebie. I co? I po pół godziny Matka jak zaprogramowana- od okna do okna, od telefonu, do westchnięcia zastanawia się po pierwsze primo, kiedy wrócą, po drugie, czy na pewno pamiętają, żeby się stosownie ubrać/napić/najeść (niepotrzebne skreślić) i z chwili dla siebie ma Matka tyle, że ewentualnie włosy umyje, żeby nie było.

No, ale do sedna. Nadszedł w moim życiu strasznie trudny czas. Otóż z racji miesiąca  lekarskiego, kiedy to Franek ma wszelkie przeglądy wszystkiego, co się da, trochę jeździmy. Trochę dużo. Gdzie możemy, to oczywiście całą ferajną, gdzie nie- delegacją w postaci Franka i opiekuna. W poniedziałek była Łódź. Franc wyrósł już ze swoich ortez, zmobilizowani więc przez fizjoterapeutów, umówiliśmy wizytę w Ortopro i wyruszyliśmy w świat. Ortezy robi się na miarę. W związku z tym Panowie najpierw badają Franka zakres ruchu, potem gipsują nogi od kolana w dół i z tak zrobionego odlewu rzeźbią nowe buty Francesca. Za jakiś czas będziemy jechać na przymiarkę, ale tymczasem wróćmy do poniedziałkowej wizyty. Właściwie to nie pamiętam, dlaczego, ale umówiłam się w Łodzi na jakąś astronomiczną dziesiątą rano. Niby nie wcześnie, ale musimy tam dojechać, co zajmuje do dwóch godzin, odpocząć Franka, odbyć wizytę i wrócić. Cały dzień w plecy i to bez większych atrakcji. Nie było więc sensu targać i męczyć Leosia. Wymyśliłam więc, że pojedzie do Babci Goshi. Co więcej! Wymyśliłam sobie, że żeby bez sensu w poniedziałek nie zawozić go o świcie, odstawimy Milunia w niedzielę, uśpimy wieczorem, wrócimy do domu, a w poniedziałek w drodze powrotnej odbierzemy. Niby wszystko ładnie, niby pięknie, ale to oznaczało jedno: NOC POZA DOMEM!!!

Mój malutki, mój Leloś, Lelonek miał pierwszy raz spać pod innym dachem niż mama, tata i Franio. Starałam sobie wszystko racjonalnie poukładać. Milonek był bezpieczny, uśpiony przez nas, u wspaniałych i kochanych dziadków. Ale ja sem Matka. Tego nie zrozumiesz. Mniej więcej o północy Męża mego obudziło chlipanie do poduszki. Wystraszony tym, że coś stało się a/Franiowi, b/Lelosiowi i dzwonili Dziadkowie c/no w ostateczności mnie, stanął na baczność przy łóżku. Kiedy już uprzejmie wyjaśniłam mu, że ja po prostu złą matką jestem i, że biednego malutkiego takiego tam zostawiłam i że się rano obudzi i będzie tęsknił i że ja tęsknię… spojrzał na mnie tym wzrokiem, jak wtedy kiedy urwałam lusterko w samochodzie, wziął swoją połowę kołdry, syknął coś o rozwodzie i bezdusznie poszedł spać. 

Leoś u dziadków oczywiście bawił się świetnie. Zasypany atrakcjami spędził super dzień ze swoim kuzynem, zjadł miliony pyszności, odbębnił popołudniową drzemkę i ani razu (podobno, bo ja tam nie wierzę) nie zapłakał. Oczywiście, że był stęskniony i po naszym powrocie nie chciał się odkleić od Frania i oczywiście bardzo jestem szczęśliwa, że nie wił się w spazmach przez pół dnia. No, ale skoro już jestem złą matką i porzuciłam go w ciepłym, bezpiecznym rodzinnym domu, to mógłby chociaż z piętnaście minut Babci pojęczeć.

Deadline

Siedzę przy komputerze. Mam zdrętwiałe palce i wiatr w głowie. Przez ostatnie kilka dni podchodzę do logowania jak pies do jeża. Krążę, drepczę, wymyślam wymówki. Koniec z tym. Stop. Wracam. Pierwszy dzień września to był mój deadline. Taki wewnętrzny imperatyw moralny. Taka ostateczna ostateczność. Bo albo dzisiaj, albo już doprawdy nie wiem, kiedy. 

Bardzo długo mnie tu nie było. W tym czasie blog zdążył zmienić serwer, opiekuna, pozbyć się miliona wirusów, zdobyć kilka aktualizacji. To wszystko nie ja. To wszystko profesjonaliści pro bono. Takie mam szczęście. Z resztą, jeśli dobrze się przyjrzycie widać, że jeszcze nie wszystko jest tak, jak być powinno, że jeszcze się trochę tutaj wyprawia i naprawia.

To zupełnie jak ze mną. Bo jak mnie nie było, to naprawdę sporo wyprawiałam, trochę też się musiałam ponaprawiać. Poukładać ubrania w szafach i myśli w głowach. Dziesięć razy wpaść w takiego doła, że ojacie i wyjść z niego kolejny raz z tarczą. Mimo, że cały czas czułam się winna wobec historii, jaka toczy się obok mnie, nic ani nikt nie był w stanie zmusić mnie do pisania. Za co Was przepraszam, bo przecież Wy też jesteście naszą historią. Stąd moje wieści na facebooku. Tam właśnie starałam się jak najczęściej aktualizować frankowe historie. W postaci zdjęć i krótkich tekstów chciałam Wam pisać, że Franek miewa się dobrze. Że Leoś rośnie jak na drożdżach. Że chłopcy są zawsze razem, że żyjemy, podróżujemy, odpoczywamy, resetujemy.

No, ale już jestem. Wszystko, co tylko się dało leży na swoim miejscu. Dlatego i blog musiał tam wrócić. Nie ma innej opcji. Koniec końców to już nie wyrzuty sumienia, ale i tęsknota za tym miejscem sprawiła, że blog wraca. Nie, że powoli. Że po trochu. Wraca na pełnej petardzie. Dla Franka, Leosia, dla Was. I dla mnie.

No. To jestem. Wybaczycie?

Co u Was? Jak Wasza historia toczyła się przez ostatnie tygodnie, kiedy nie było jak pogadać?  

Mój Czytaczu

Drogi Czytelniku mój!

Czytałam książki branżowe, byłam na jednym profesjonalnym spotkaniu blogerów, brałam udział w kilku szkoleniach. I absolutnie wszędzie piszą i mówią, że w przypadku dużych przerw w tworzeniu bloga i późniejszej chęci powrotu absolutnie nie należy przepraszać swoich czytelników. No bo to przecież mój blog, moja twórczość, mogę tu robić co chcę.

No i zabieram się do tego wpisu jak pies do jeża, żeby Was jednak… przeprosić. Bo uważam, że to nie ja tworzę to miejsce. To miejsce tworzymy razem. Ja, moi chłopcy i Wy- nasi Czytacze. Przepraszam, że mnie tak długo tutaj nie było. To chyba najdłuższa  tych moich dziwnych przerw.

Kiedy wczoraj na fejsbuka wrzuciłam zajawkę z pytaniem, czy w ogóle ktokolwiek tam jeszcze bloga pamięta, to dostałam taaaaką dawkę miłości, że aż mnie chlipanie z herbatą na kanapie zabrało. Jesteście superowi.

Może zacznę od tego, że u Franka wszystko w porządku. To znaczy, nie dzieje się nic takiego, czego byśmy się nie spodziewali lub co bardziej niż normalnie sprawiałoby nam kłopoty. Dopóki naprawdę nie przyjdzie wiosna, Franc jest uziemiony i porusza się głównie na linii dom-zakupy w galerii-kino-dziadkowie. Rzadko zażywając spacerów. Leoś rośnie jak na drożdżach. Aktualnie znowu przeziębiony, bowiem po pięciomiesięcznej przerwie robimy podejście do żłobka numer dwa. Chłopcy razem, to jest mieszanka wybuchowa, na którą większość z naszych gości nie jest gotowa. Nie ma nudy. A Matka? A Matka, co widać po ostatnim czasie, totalnie przestała ogarniać rzeczywistość. Gdyby nie obiady, którymi co jakiś czas ratuje Teściowa i prasowanie, przy którym pomagała Mama, byłaby czarna rozpacz. Dopadło bowiem Matkę i przesilenie i wypalenie i kilka innych dziewczyńskich kłopotów, na które potrzebowała Matka czasu.

Wiecie, jedno to fakt, że jest mi strasznie żal, że przez ten czas tyle rzeczy mogłam Wam powiedzieć i teraz z perspektywy, nie będę umiała ich już tak dobrze przekazać. Co nie zmienia faktu, że będę się starać nadrabiać zaległości, żeby choć trochę opowiedzieć Wam, co się działo w realu, kiedy w sieci była cisza. Z drugiej jednak blog powstał, żeby pomóc Franiowi. Pomóc zdobywać świat, poznawać takich fantastycznych ludzi, jak Wy, ale co tu kryć, także pomóc w idei jednego procenta. Bo przecież, to Wasze wsparcie pozwoliło nam dotrwać do momentu, kiedy to Francesco liczy, ile lat zostało mu do osiemnastki, żeby mógł się napić piwa! Co gorsze, to bardzo bym chciała, żeby tego piwa napił się właśnie ze mną.

W każdym razie nie było mnie tutaj przeze mnie. Zabrały mnie smutki, strachy, niedoczas i wariactwa. Ale już jestem.

Przepraszam.

I dzięki, że jesteście.

Matka Anka

autorka, blogerka, Wasza dłużniczka

Starzeje się Matka

Niezależnie od tego, czy Matka spojrzy w dowód osobisty, pesel, czy w lustro werdykt może być tylko jeden- starzeje się Matka Anka w tempie takim, że ojacie. Młodsza siostra mojego męża, kiedy uświadomiła sobie, ile Matka będzie mieć lat w dniu jej osiemnastych (!!!) urodzin, głęboko zastanawia się nad zaproszeniem tejże. No co tu kryć, włos już siwieje i gdyby nie regularne farbowanie, Matka łkałaby nie tylko na nad ich suchością, ale i siwizną. Cóż jeszcze? O! Na przykład kiedyś Matka jadła i jadła i jadła i nic. Teraz Matka westchnie, niechcący muchę połknie i brzuch jak w czwartym miesiącu ciąży. Że już o zabiegach intensywnie nawilżających i złuszczających, to może Matka powiedzieć, że z niejednego pieca chleb jadła. Inna sprawa, że łatwiej byłoby Matce znieść wyrok metryki, gdyby na przykład zaprzyjaźniła się z Chodakowską. Ale nie, Matka gardzi. To znaczy nie gardzi, tylko jak już z etatu wróci, ogarnie męskie grono, obiady i te rzeczy, to naprawdę ostatnią rzeczą, o której Matka myśli, to się jeszcze bardziej zmęczyć. Choć słyszała Matka plotki, że podobno jak Ewa zmęczy, to się ma więcej energii… Poważnie?

Ale do sedna. Latka lecą, pesel się starzeje, zmarszczki już nie tylko od śmiechu, to jeszcze nic. Najgorzej, że Matka zorientowała się o starości swej w momencie, gdy okazało się, że Matka nauczyła się płakać publicznie. Nie, że notorycznie, na przykład, że kotek taki piękny i tak mi uroczo, że aż smutno, albo że pan w korku stoi za Matką i trąbi, bo mu się spieszy na mielone przez inną Matkę kulane. Nie, nie. Nauczyła się Matka płakać publicznie w imię wyższych wartości, a mianowicie dzieci swych. Dokładniej jednego. Dokładniej starszego.

Kiedyś to było tak, że Matka szła do urzędu X, przedstawiała uprzejme pismo zaświadczające i przysięgające na święte świętości, że jej dziecko naprawdę ma trochę trudniej w życiu i że w przepisach widnieje, że mu się należy i że czemu odmawiacie, potem Matka wdawała się dyskusję, rzucała groźne spojrzenia, regułki i zasady wykute na pamięć, sprawę załatwiała, wychodziła, ogłaszała zwycięstwo, szła do domu, tuliła się do Męża i owo zwycięstwo opłakiwała. No wiecie, że kurde znów musiała udowadniać, że syn chory i że ona nic nie chce wyłudzić ani sprzeniewierzyć. Taki sobie Matka seans oczyszczający urządzała. A potem przyszła starość. Przyszła delikatnie. To znaczy proces się odwrócił. Najpierw Matka zaczęła urządzać tulasy i płacze, potem szła do Urzędu X, sprawę załatwiała i ogłaszała zwycięstwo. Jednak całkiem niedawno starość buchnęła na całego i Matka się popłakała w trakcie! Kurde, nie że szlochem i spazmem na pół dzielnicy i tuszem rozmazanym i szantażem łzawym. Po prostu zaczęła Matka sprawę załatwiać, tłumaczyć (jak zwykle), udowadniać i… popłynęły Matce łzy. Bez jęku, szlochu i żalu, więc Matka mówiła jak zwykle stanowczo i spokojnie, a łzy płynęły i płynęły i przestać nie mogły. Sprawa załatwiona, znów zwycięstwo.

Ale w szoku Matka jest do dziś.

O żalu

Spotkana ostatnio kuzynka babci ze strony wujka, która w ramach szeroko rozumianego współczucia i tak zwanej rozmowy o niczym, zapytała mnie, czy żałuję, że spotkałam mojego męża. Bo w sumie, gdyby nie on i nie TE geny, no to wiadomo- haj lajf i inne cudowności, bo już na pewno nie respirator. I wiecie co, tak sobie w sumie myślę, że  żałuję!

Szczególnie żałuję wtedy, kiedy szósty raz mówię Mężu memu, że jego koszulki powinny być w jego szafie, a nie na schodach, krześle w kuchni albo pudle z czapkami. I myślę sobie wtedy, jak ja żałuję, bo ten Paweł, do którego robiłam maślane oczy pół podstawówki i o którym fejsbuk mi mówi, że on teraz mąż  (aha!) i ojciec (uuuu), to ten Paweł NA PEWNO koszulki w kostkę składa i zanosi do szafy zawsze! O! Albo Krzysztof, który mi serce złamał w liceum, to on na pewno śmieci bez gadania wynosi i nie marudzi, że na co mu to było. Jeśli w ogóle jakieś życie beze mnie sobie ów ułożył, bo przecież wiadomo, że jak nie ja, to kto? Hehe. No, ale my tu śmieszki heheszki i inne podśmiewajki, a ja tu o żalu wpis poważny tworzę, żeby ciekawość kuzyne męża że strony brata zaspokoić.  Żałuję. Absolutnie żałuję, że  jest mój ci on. Na przykład wczoraj też żałowałam, kiedy zjadł po kryjomu chipsy solone, które ja miałam zjeść po kryjomu, jak on pójdzie spać.  Wiadomo, że  na pewno nie poszłyby tam, gdzie chipsy mają iść zwykle i w moim wieku to tego rodzaju przekąsek zdecydowanie powinnam unikać, bowiem za chwilę usłyszę pytanie „który to miesiąc?” i nie, wcale wtedy nie będę w ciąży. No, ale jak on mógł! Żałowałam wtedy. Bo na pewno inni mężowie nie wyjadają smakąsek po kryjomu. Żałuję też wtedy, kiedy mi w nocy kołdrę zabiera albo co gorzej opatuli tak, że oddychać nie mogę. Jakby nie mógł zrobić pośrednio. O i żałuję też, jak mówię, że  mi w boczki idzie coś ostatnio każde jedzenie, a on mówi, że ładna jestem, a mógłby na siłownię pogonić. A najbardziej to już żałuję wtedy, kiedy wymyślę coś tak absurdalnie głupiego, no nie wiem, że na przykład idę z koleżankami moczyć stopy w przeręblu, bo to działa na figurę, a on mi mówi, że dobrze, że idź, skoro chcesz, a powinien zabronić, bo ja to robię, żeby zbadać granice jego cierpliwości i tolerancji wobec mnie. A jak żałuję, kiedy nie pyta ile kosztowała ta bluzka albo buty, tylko mówi, że ładne i że mogłam dwie pary. No strasznie wtedy żałuję, że go mam.

Czasem zadziwia mnie pomysłowość ludzka. Nigdy wcześniej nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym żałować spotkania mojego męża z powodu choroby naszego dziecka. Wszak to nie JEGO geny, a NASZE geny spowodowały, że  Francio zmagać się musi z potworem. Co gorsza (znaczy dla mnie akurat lepsza), ale w czasach, kiedy wielu mężów kompletnie nie radzi sobie z byciem tatą zdrowych dzieci i mężem typowych żon, mój od początku stanął na wysokości zadania. I wiem, że  to przeczyta, więc dodam jeszcze, że na widok siwych skroni jego dziewczętom oczy się błyszczą i że należy do tych, na którym wzrok zawiesić można. Jednak milion wad ma ukrytych, a Teściowa ma, choć złota reklamacji nie przyjmuje.

 

Na pohybel matmie

Matka jest humanistką. Taką beznadziejną. Taką, co to jak idzie na zakupy- nie, że do lidla po marchewkę albo po pampersy, ale na takie prawdziwe, po spodnie dajmy na to i widzi przeceny, to oblewa Matkę zimny pot. Bo oto Matka musi liczyć! Pot więc oblewa zimny matczyne plecy, pojawia się suchość w ustach i drżenie rąk. Oto przykład: spodnie z marzeń i snów kosztują powiedzmy dziewięćdziesiąt dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć, czyli sto i przecenili je łaskawcy o całe trzydzieści procent! Normalny człowiek policzyłby, że sto to sto, minus trzydzieści i siedemdziesiąt bach i siup do przymierzalni i do kasy i szczęście. Ale nie Matka, o nie. Dla Matki bowiem te spodnie ciągle kosztują 99,99! Jakby ten grosz miał coś zmienić. Dzwoni więc Matka do męża, który takie rzeczy to wyobraźcie sobie w pamięci mój bohater liczy i pyta, czy to się na pewno kalkuluje. Z resztą można znaleźć jeszcze kilka innych wstydliwych matematycznych epizodów w życiorysie Matki. Na przykład taki, że średnie wykształcenie zdobywała Matka humanistka w liceum. Ekonomicznym! Ha! Opadła kopara, co? Do dziś zastanawia się Matka, czy jej ukochana wychowawczyni nie miała przypadkiem ochoty wyskoczyć z okna przy sprawdzaniu jej prac klasowych i bynajmniej nie z zachwytu. Azaliż jednakowoż z polskiego Matka miała pięć, maturę włączając, co po ekonomicznym epizodzie (do dziś pamiętam nazwy niektórych kont i że po lewej to winien, a po prawej, że ma, co leci do aktywów, a co to pasywa i że zabawki Leosia amortyzują się szybciej, niż ustawa przewiduje) zaowocowało studiami na polonistyce. Z resztą piątkę w liceum u Pani Basi polonistki mieli nieliczni i naprawdę zasłużeni. Studia polonistyczne niestety nie zaowocowały karierą, bowiem Matka ma ten talent tak głęboko ukryty, że jego szlifowanie zajmuje nieco więcej czasu, niż tok studiów przewidywał. Nie tracąc nadziei na lepsze jutro i uparcie szukając swojej drogi w życiu, zahaczyła Matka także o Uniwersytet Ekonomiczny, z którego list została spektakularnie skreślona. W związku z tym obraziła się Matka na królową nauk i bez wstydu korzysta z kalkulatora, tudzież pomocy Męża. 

No i urodziła Matka syna. Pierworodnego. I syn ten talent matematyczny z mlekiem Matki wyssał. A Tata onego matematykę kocha i Babcia eM matematyki uczy. Trwają więc próby nad wtłoczeniem dziecięciu prostych podstaw, które mniej więcej wyglądają tak:

-Franio, było siedem bałwanków. Dwa się roztopiły. Ile zostało?

-Babciu spójrz. Ten bałwanek ma taką smutną minę, to pewnie on się roztopił. 

-Franio. Bałwanki. Było siedem, dwa się roztopiły.

-Ciekawe, Babciu czy u nas też będzie tyle śniegu, żeby bałwana ulepić?

-Franio, bałwanki.

-Babciu… a jak jest bałwanek po niemiecku?

No nie może nasz Młodziak pojąć matematyki. Trudno mu się skupić, trudno myśleć matematycznie. Stara się bardzo, ale zwyczajnie tego nie lubi i męczy go to okrutnie, a ponieważ zna już powiedzenie, że paluszek i główka- korzysta z niego nagminnie. Tylko Babci i Taty tak trochę żal. 

Nie mniej jednak bez matematyki ani rusz! I tak oto dziś blogowi Mój Syn Franek kliknęło siedem milionów odsłon! Siedem. To oznacza, że ktoś poza rodziną tego bloga czyta. W ostatnich sześciu latach z premedytacją klikniętą w naszą stronę siedem milionów razy! Pękam z dumy, jak szalona.                            I bardzo Wam za ten wynik dziękuję. 

 

Czarny piątek

Otóż to! Od tygodnia próbuje Matka Anka wydobyć mężczyzn swojego życia z wirusów i bakterii. Oczywiście żaden nie przyzna, że był pacjentem zero i tylko przerzucają się dolegliwościami. Najgorzej to było w piątek…

Leon postanowił zostać hafciarzem roku i zafundował nam radosny poranek i już w zasadzie wiedzieliśmy, że nie. Że jednak nie przechodzi mu to przeziębienie, co to było przeziębieniem na początku tygodnia i nie ma wyjścia, dzwonimy do pediatry. Franio był już niemal całkiem wyleczony, pozostał w domu tylko dla umocnienia formy, staraliśmy się więc braci raczej dzielić niż łączyć. Jednak to akurat piątek był dniem, kiedy to Miluś kochał swojego starszego brata najbardziej w życiu i każda próba rozdzielenia ancymonków kończyła się strajkiem generalnym. Ponieważ kaszel wzmagał na sile, co było odwrotnie proporcjonalne do matczynej cierpliwości, postanowiła Matka wyjść nieco wcześniej z domu, żeby a/ przewietrzyć zszargane tfu! umysł, umysł przewietrzyć, b/ nie spóźnić się, jak to czyni zawsze i wszędzie. I wyszło prawie idealnie, bośmy się z Milusiem wylansowali i wyszykowali z półgodzinnym zapasem, ale okazało się, że mgła i inne cuda na drodze więc Matka… zabłądziła. Musicie bowiem wiedzieć, że my nie mieszkamy w metropolii. To znaczy mieszkamy, ale na jej obrzeżach, gdzie prędzej traktor niż maybacha uświadczysz, a i Pani Doktor swój gabinet przy domu na wsi ma, a Matka nie tutejsza, tylko za mężem i przy mężu została i u Pani Doktor dwa razy w życiu tylko była, to się mogło Matce zabłądzić. Kiedy zapytałam przypadkowego wędrowca myśliciela pod sklepem osiedlowym, że którędy na gabinet, to najpierw umarł ze śmiechu, a potem, kiedy już ożył, to kumpla jeszcze wtajemniczył i chcieli Matce nawigację ufundować, bo tak w te strony, to jeszcze nikt nie zabłądził. Szczęście w nieszczęściu, że podróże to naszego Milonka wybitnie uspokajają, mogła więc Matka pod nosem sobie rzucać brzydkimi słowami, na barkach niosąc śmiech panów spod sklepu. Koniec końców wcale tak daleko nie zabłądziliśmy, bośmy się zmieścili w kwadransie akademickim i kiedy już udało się Młodszaka osłuchać i obejrzeć, okazało się, że ma… zapalenie oskrzeli. Taddam! Super, prawda?

Po powrocie do domu pozostało zapodanie leków i czekanie na efekt. W tak zwanym międzyczasie mąż zapadł na najbardziej śmiertelną męską odmianę kataru i musieliśmy na szybko notariusza, żeby testamentem buty typu cichobiegi, portfel skórzany z inicjałami i świnkę skarbonkę na odpowiednie osoby scedować, a Franiowa szyjka zaprotestowała i wdał się jakiś stan zapalny przy rurce, więc trzeba było na cito ratować.

I wszystko było już dobrze i nawet spokojnie być zaczęło. Aż nadeszła sobota. W sobotę rano puściły kołki rozporowe przy półce z książkami i niewiele brakowało, żeby to wszystko sru! na podłogę zabijając ścierającą kurze Matkę. Tak więc sobota zafundowała nam segregowanie biblioteki Frania, co najchętniej oczywiście uskuteczniał Milon. Na szczęście wszyscy zmęczyliśmy się tymi porządkami, więc tłumnie i zgodnie grubo przed 22 okupowaliśmy swoje łóżka.

Jest niedziela.

Gardło mnie coś zaczyna pobolewać…

Matka Anka delegacyjna

Tak się złożyło, że wyjechała Matka na wakacje. Tfu! W delegację. Wyjechała i wróciła już, bo przecież czas pędzi jak oszalały, a od powrotu Matki wydarzyło się już tyle, że książek z pięć o przygodach Matki na łonie rodziny można napisać. No, ale wracając do tematu. Otóż była Matka w delegacji. Trzy dni! Wiecie, co to oznacza? Tak, dokładnie to, co myślicie – łazienkę tylko dla siebie, łóżko tylko dla siebie, ba! pokój cały tylko dla siebie i dwie długie nieprzerwane niczym senne noce. Jeszcze tylko dodam, że to był Kraków i już prawie możecie mi zazdrościć. Chłopcy na tę okoliczność zaopiekowani przez Tatusia jedynego i niezawodną Ciocię M. Mogła więc Matka oddać się w pełni krakowskiemu smogowi. Owszem, miał ów wyjazd kilka minusów. Piszę, żebyście mieli pełen obraz tych dni. Nie, że drinki z palemką i spa, tylko miliony wypowiedzianych słów, uściśnięte dłonie i rozdane wizytówki. Dlatego Kraków widziała Matka głównie zza okna samochodu, ale na szczęście mieszkała tuż obok Smoka, a i praca była tuż zaraz, więc mogła Matka na piechotę się obok gadziny przejść. A i kolację na Rynku zaliczyła Matka. Już słyszę te westchnięcia, że wszystko wszystkim, ale spokojnego snu i łóżka na wyłączność, to Matce spora część czytających zazdrości. Zmieni się to, bez obaw i cierpliwości, tylko dotrwajcie do końca tego wpisu.

15135518_1233120193440341_1066382453_n

Dotrwajcie, bo tymczasem w domu…

Tymczasem w domu, a raczej przez dom przeszło zło. Zło nazywało się jelitówką i położyło kolejno mężczyzn wszystkich i ukochaną M. Został więc Tatuś jedyny na polu bitwy dobrym słowem telefonicznym przez Matkę wspierany. Synkowie pokazali, co to jest szkoła życia i męski trup ścielił się gęsto. Wyobrażacie to sobie? Trzech chorych mężczyzn w jednym domu. Trzech. Serio. Brzmi groźnie, prawda? Nie wyglądało to dobrze z ich perspektywy, kiedy opowiadałam, że wieczór taki ciepły i właśnie wracam do domu, do pokoju, który ktoś za mnie posprzątał, po kolacji, którą ktoś za mnie zrobił i do łóżka, z którego nikt mnie nie wygoni. Była to wielka próba dla naszej rodziny. Ba! Wielka to była próba dla naszego małżeństwa, bo mąż mój, choć w świecie znany ze swej dzielności i odwagi, cierpliwość stracić potrafi. Ale powiem Wam, że karma to świnia. I wraca. Bo w czasie, kiedy Matka smsami z przyjaciółką śmieszki heheszki z męża urządzała, że oto hoho sprzątać musi i haha prać musi i hihi rosołki gotować i hehe, że szkoła życia i huhu, że ma za swoje grzech wszystkie, karma już wiedziała, że wróci…

I wróciła.

Matka wróciła późnym wieczorem i przywitały ją trzy bladozielone lica ledwo dyszące na kanapie. Lica nieco ożywiły się na widok Matki, ale stać je było tylko na „w końcu jesteś”, bo padli jak dłudzy, wiedząc, że oto wróciło bezpieczeństwo. Ranek po powrocie spędziła Matka na usuwaniu bakterii i zarazków z otoczenia swoich chłopców. Oni powoli dochodzili do siebie, a Matka choć umordowana wyjazdem, cieszyła się na widok powrotu rumieńców na ukochanych licach. Ale do karmy wracając. No to wróciła też i karma. Tutaj z apelem do Matek wyjeżdżających: nigdy, przenigdy nie śmiejcie się z mężów, którym przyszło walczyć z niemocą domową w czasie Waszych wyjazdów. Nie ma sensu. Oto bowiem kolejna noc była dla samopoczucia Matki przełomowa i dopadło ją to, co miało dopaść. Z kumulacją. Siedziała więc Matka w kocyk zawinięta i modliła się o śmierć cichą i bezbolesną. A karma siedziała w kącie i chichotała.

Nie ma więc w sumie już powodów, żeby Matce zazdrościć trzydniowej krakowskiej delegacji. Bo ostatecznie od tygodnia jest Matka na urlopie szumnie zwanym wypoczynkowym i próbuje wydobyć z przeziębień, chorób, kaszlu i kataru swoich chłopców. Próbuje- to słowo klucz.

Ale o tym powinien powstać zupełnie oddzielny wpis…

Kobieta pracująca

Sytuacja wygląda następująco: wróciłam do pracy. Poważnie. Doprawdy nie wiem, kiedy minął ostatni rok, bo przecież nie dalej niż wczoraj urodził się Miluś. Ach Miluś! No właśnie. Poszedł do żłobka. Z tym żłobkiem to też była jazda, bo nagle się okazało, że jakiś boom demograficzny czy coś i czynne są wyłącznie listy rezerwowych. Długie listy rezerwowych. Bardzo długie. Koniec końców udało się jednak Milonka w żłobku ulokować i już po dwóch dniach obecności zapadł na śmiertelną dla mężczyzn chorobę- katar czyli. W związku z tym pierwszego dnia pracy Matka wzięła urlop. Bo dzieć obłożnie chory, drugi do szkoły, do pediatry kolejki i coś trzeba z tym fantem zrobić. W każdym razie stan na dziś to sytuacja unormowana- Mama w pracy, dzieci w placówkach edukacyjnych. I wracając do żłobka, to ta mała męska gadzina pierwszego dnia wzięła za rączkę swoją panią, zrobił pa pa i poszedł. Poszedł, nie spojrzawszy nawet w moją stronę. Potem przy odbiorze Młodziaka usłyszałam, że nie płakał nawet sekundy, obiad zjadł jako pierwszy i wrócił z Matką do domu, bo nie miał innego wyjścia. Przyznam, że łatwiej zostawia się dziecię, które nie łka od wyjścia z domu, no ale westchnąć na pożegnanie to mógłby chociaż przez momencik. Nie o Milusiu miał to być jednak wpis, a o mnie. Królowej. Tylko jednej.

Więc wróciłam do pracy. Wiem, że nie zaczyna się zdania od więc, pamiętam z liceum. Z resztą podejrzewam, że akurat Panią Basię polonistkę to wiele moich koleżanek licealnych pamięta. Jednak są zdania, których nie można rozpocząć inaczej. Tak się buduje dramaturgię. Więc wróciłam do pracy. Ugh. No. Powiem tak. Kierowcy autobusów niezbyt zmienili swoje podejście do pracy przez ostatnie półtora roku. Za to krajobraz na trasie dom-praca zmienił się diametralnie! Ileż nowych budynków powstało!  Albo na Częstochowskiej wyburzyli młyn, taki stary, piękny w sam raz na klimatyczny dom za miliony monet. Zaś dołującym podwójnie jest fakt, że kiedy wsiadam na krańcowym przystanku, a przystanek dalej wsiadają młodziaki z naszego osiedla, to mi mówią ‚dzień dobry’! Wszyscy! Na nic moje młodzieżowe hitowe spodnie z dziurami na kolanach przy 5 stopniach i deszczu. Metryki nie oszukasz. Droga do pracy mija mi zatem upojnie na podziwianiu młodzieńczych twarzy i studiowaniu firmowych materiałów.

Czas w pracy mija zaskakująco. Zaskakująco szybko. Staram się jednakowoż nadrobić odłożone na czas macierzyńskiego umiejętności i powoli wkręcam się w trybiki. Koleżanki miłe, śniadanie przygotowuje mąż, Ciocia M. śle smsy ze szkoły, żłobek nie dzwoni. Za oknem pada niemiłosiernie, a ja swoje ukochane botki na koturnie mam u szewca Emila, który w wielkiej łaskawości swej obiecał usługę ekspres, coby „takiej ładnej pani” stópki nie marzły. Ładna pani poczuła się więc połechtana w metrykę i zostawiła butki, podążając radosnym krokiem do pracy.

Pozostaje nam więc kwestia poranków. Dwa razy wstaliśmy już dziesięć minut za późno. Okazuje się, że podanie herbaty trzydzieści sekund po czasie potrafi rozłożyć dzień na łopatki. Na szczęście nie jesteśmy zbyt wybredni i połowie z nas wystarcza kanapka z serem na szybko i łyk kawy, a drugiej połowie mleko z płatkami i mleko z butli. Poza tym jesteśmy wiecznie poszukujący: telefonu, skarpetek, czapki, chustki, dokumentów od samochodu, kluczyków od samochodu oraz kluczy do drzwi wejściowych. Jesteśmy także mistrzami w niezabieraniu- śniadania do pracy, teczki z dokumentami, listy zakupów i innych przydasi. Póki co nie zdarzyło nam się zostawić w domu któregoś z synów, aczkolwiek myślę, że to kwestia czasu.

I jeszcze dom. Nie da się. Znaczy, jeszcze nie rozkminiłam, jak to zrobić, żeby się dało. Co? Wrócić do domu o 17.30, ogarnąć chłopców, obiady i umyć podłogi! Pranie chyba się zaraz samo wypierze, a odkurzacz sam pojeździ po domu. Jednakowoż jeszcze nie nadążam.

To byłam ja.

Matka Anka pracująca zawodowo.

Cztery dni.

Boszszz cztery dni już nie odkurzałam?