Jeśli mecz Realu to za mało

Czytacze o słabszy nerwach i ci wrażliwsi na nagłe zwroty akcji proszeni są o opuszczenie dzisiejszego wpisu. Wszyscy pozostali czytają na własną odpowiedzialność…

Prolog

Ta historia mogła przydarzyć się tylko nam. A wszystko zaczęło się bardzo, bardzo dawno temu, kiedy to postanowiliśmy zakupić Franciszkowi nowe siedzisko korygujące jego kręgosłup. (Siedzisko zamówione, niedługo przyjedzie, na pewno Wam pokażemy). W tych zamierzchłych czasach zwróciliśmy się do naszych Lubiaczy o polecenie lekarza rehabilitacji, który mógłby wpisać dokumenty do NFZ, pozwalające nam nieco dofinansować ten zakup. Lekarza znaleźliśmy i owszem. W Koninie. A Konin kojarzy nam się tylko z Antkiem- zadziornym respiratorowcem, mądrym i fajnym facetem. Zupełnie zatem przez przypadek odwiedziliśmy Antka i okazało się, że ten ogromny fan Realu dostał właśnie bilety na Super Mecz, o którym ma mówić dzisiejszy wpis. Biletów było dwa dla niepełnosprawnych i dwa dla ich opiekunów. W zamyśle przeznaczone dla Precla, który doszedł do wniosku, że ze wszystkich meczy to on najbardziej lubi koncerty Metallici i bilety nie miały właściciela. Na dźwięk tych dwóch słów: „mecz” i „super” obu moim chłopcom oczy zapaliły się jak żarówki stuwatowe i kiedy tylko upewniliśmy się, że Precel na pewno rezygnuje, a Antek jakoś zniesie towarzystwo takiego małego brzdąca, jak Franek, już było postanowione- Panowie jadą na mecz.

20140816_193141

Już witał się z gąską

Nastała godzina zero. (A tak naprawdę 11:27, wczoraj, czyli w dzień meczu). Frankowy Tata spakował już wszystkie przydasie, odpalił auto i… zamarł. Nasz Stasiek (jak pieszczotliwie zdarza mi się nazywać owo auto) wziął zaturkotał, zawarczał i zgasł. Wezwany w trybie pilnym Pan Mechanik zajrzał tam, gdzie zaglądać mogą tylko mechanicy i z miną krwiożerczego mordercy meczy orzekł: „nie możecie jechać, zapraszam do mnie w poniedziałek”, po czym wymienił wszystkie następstwa jazdy Staśkiem w stanie krytycznym i kiedy doszedł do samozapłonu, widziałam, jak mina Męża mego rzednie i rzednie coraz bardziej. W trzy setne sekundy pojawił się pomysł! Auto Dziadzi Grega! Uratowani? No prawie. Bo Dziadzi nie było w domu, a telefon komórkowy czule poinformował nas, że abonent jest czasowo niedostępny, sir, nie jedziesz pan na mecz. Zawał, zawał, zawał. Z godziny zero, zrobiła się godzina po godzinie zero, a my byliśmy umówieni jeszcze na regenerację Frankowych pleców na słynnej czerwonej kanapie i każda minuta była na wagę złota. Mimo nerwowej atmosfery udało się namierzyć Dziadzię i ściągnąć go do domu. Tata czym prędzej przepakował przydasie, pozostawiając orzeczenie o niepełnosprawności Franka i kartę parkingową dla niepełnosprawnych, która miała ułatwić dojazd na Stadion w skrytce Staśka (o tym wspomnę jeszcze później, bo jest to dość znaczące zapomnienie. ) Spakowani w czerwone auto Dziadzi, pomknęliśmy do Warszawy. Jak to dobrze, że czerwone auta są najszybsze, bo udało nam się dotrzeć prawie na czas.

Regenaracja

Zaraz po tym, jak pomyliliśmy kilka ulic i sklęliśmy na czym świat stoi niewinnego wynalazcę nawigacji, dojechaliśmy na umówioną miejscówkę. A tam? Rarytasy, pyszności i smakołyki- to jak zawsze. A do tego on- Gospodarz czerwonej kanapy. Kojarzycie 20m2 Łukasza? Któż tam nie był? Chyba każdy liczący się w tym świecie celebryta. Ale to moi drodzy na czerwonej kanapie spotkali się najwięksi z największych, dzielni i nieustraszeni: Precel (gospodarz), Antek (aktualny idol F.) i nasz Dziedzic:

20140816_171144

Franciszek oczywiście za nic miał sobie regenerację i nie chciał poleżeć ani minuty dłużej, niż było to potrzebne, a przez myśli Taty przebiegło pięć milionów scenariuszy, od tego, że Dziedzic nawet nie spojrzy na stadion i będziemy musieli zrezygnować, po fakt, że jednak spojrzy, ale po trzech minutach zażąda wyjścia i będzie, że tak powiem górnolotnie game over.

Szczyt horroru

W końcu wyruszyliśmy na Stadion. Uprzedzeni o możliwych korkach i utrudnieniach, wybraliśmy zdawałoby się odpowiednią opcję pojawienia się z dużym wyprzedzeniem. By spokojnie, by z zapasem, by bez nerwów. My? Bez nerwów? To się nie zdarza. Z kartą parkingową (ale bez karty samochodowej dla niepełnosprawnych) pokonywaliśmy kolejne bramki i stewardów i kiedy już, już byliśmy tuż tuż pewien Pan ze srogą miną orzekł, że to,że mamy bilety, a dziecko ma respirator wcale nie znaczy, że jest niepełnosprawny i nakazał nam zawrotkę i objazd dookoła na wjazd dla „normalnych” użytkowników. Bijemy się w pierś i mea culpa, ale wczoraj nie było nam do śmiechu. Wyjechaliśmy zatem z parkingu, bo objechać (!!!!) Stadion dookoła. Na ten sam pomysł wpadło 98% kierowców podążających na mecz i tym sposobem utknęliśmy. Na amen. Antki już wdychali stadionowe powietrze, kiedy my wdychaliśmy spaliny osiemdziesięciu dwóch aut przed nami. Przed bramą, do której nas skierowano, okazało się, że i owszem na kartę parkingową możemy tam wjechać, ale bilety mamy do innej bramy, więc nas nie wpuszczą na parking i mamy jechać tam ,skąd nas przysłano. Tylko kilogram soli trzeźwiących uratował mojego Męża od zawału. Kilogram soli i empatyczny, a raczej zagoniony kierownik stewardów, który nakazał jechać i już po 40 minutach oczekiwania, na 4 minuty przed meczem parkowaliśmy.

20140816_205815

Piłka jest okrągła a bramki są dwie

Chłopcy spakowani jak na wojnę. Z zapasem paluszków, soków i nową dozą energii ruszyli w stronę swojego wejścia. Kiedy wychodziłam z parkingu, usłyszałam potężny stadionowy ryk: właśnie wbiegł boski Cristiano. Z lekką nutą niepewności wysłałam Mężu memu smsa z pytaniem: ” i jak tam?”. Oczami wyobraźni widziałam trzęsącego się z płaczu Dziedzica i jego Tatę z zawałem, że tak blisko, a jednocześnie tak daleko,spacerujących po parkingu w celach uspokojenia Juniora. Oto, jaki przyszedł mms zwrotny:

20140816_204930

Franciszek genialnie wytrzymał pierwszą połowę, krzycząc „goooola”, a kiedy tylko sędzia zadecydował o przerwie, Franco zaordynował powrót do mamy. Spacerowaliśmy sobie zatem z synem mym i Mamą Antka wokół stadionu, czekając na trzech pozostałych kibiców. Mecz zakończył się niestety porażką Realu, któremu ramię w ramię kibicowaliśmy z Antkiem i wszyscy (całe 42 tysiące osób naraz chyba) udaliśmy się do samochodów. I my wyjechaliśmy sprawnie, tym razem niestety Antki utknęli. Nam zaś przydarzyła się zupełnie inna przygoda…

Powroty

Czerwone szybkie auto Dziadzi Grega uznało, że fajnie jest w Warszawie i ono nigdzie nie jedzie. O 23:17. W Warszawie. Na jakiejś bocznej uliczce, gdzie nikt nawet nie przeszedł samochód stanął i stanęły też nasze serca. Dziedzic uznał, że to jednak my jesteśmy dorośli i mamy sobie radzić, a on idzie spać. Zawał? No przyznam, że 654 tego dnia moglibyśmy nie unieść. Szybka konsultacja z Dziadkiem pozwoliła Tacie znaleźć przyczynę owego zatrzymania i kiedy Tato wszystko naprawił, przed północą (dwie minuty) już jechaliśmy do domu. Przyznam, że dawno nie cieszyłam się tak na widok znajomych drzwi. O 3:38 JUŻ wchodziliśmy do domu, by o 4:05 powiedzieć sobie dobranoc.

Wnioski

To był przefantastyczny, przecudowny dzień! Odsypialiśmy go co prawda do południa, ale było warto. Mam tylko nadzieję, że nie będzie nam się to często przytrafiać…

Antku dziękujemy!

Osiemdziesiąte urodziny Franciszka

A gdyby tak przenieść się do przyszłości? Widzieć, co się wydarzy za pięć, piętnaście, pięćdziesiąt lat? Chcielibyście?

Franciszek skończył osiemdziesiąt lat. Jest dziarskim staruszkiem, ma dwie córki, siedmioro wnuków i jednego prawnuka. Jeździ na rowerze, pielęgnuje warzywniak, z którego można podjadać truskawki, marchewki, fasolki. Dba o ogród, który zachwyca paletą barw i zapachów. Jak szalony jeździ swoim fiacikiem, doskonale orientuje się co piszczy w sporcie i najnowszej polityce. Z pasją rozwiązuje krzyżówki i ku zdrowotności odwiedza najfajniejsze sanatoria w kraju. O! Robi winka domowe. Ich sława sięga najdalszych zakamarków rodzinnych, a pełnoletni wnukowie zawsze mogą liczyć na kieliszeczek czegoś mocniejszego. Taki jest Franciszek. Osiemdziesięciolatek.

20140815_152639Nie. Wbrew pozorom nie opisuję mojego wyobrażenia na temat Frania. Nie postradałam także zmysłów i jeszcze nie planuję urodzinowego party dla mojego syna, które miałoby się odbyć za 76 lat. Wszak sama musiałabym być wówczas dziarską ponad stulatką. Raczej mi to nie grozi. Wspomniany wyżej Franciszek, to pradziadek znanego Wam Dziedzica. To właśnie imię po Nim odziedziczył nasz Francesco. Wybór był strzałem w dziesiątkę, bo nasz Franio jest równie pogodny, równie pracowity i równie dzielny jak Dziadzia Franek. Nikt inny nie potrafi na poczekaniu wymyślać takich bajek, jak Senior. Nikt inny nie opowiada o frytkach tak, jakby były przysmakiem z najwyższej półki, tylko po to, by zobaczyć uśmiech na twarzy Juniora. Wszystkim Wam życzę takiego Pradziadzi, jakiego ma nasz Franklin. Panowie spędzili dziś wspólne popołudnie, bo z racji urodzin starszego odbyło się małe rodzinne party. Strasznie jestem dumna, że i o mnie- w rodzinie zaledwie od kilku lat- zawsze mówi per wnuczka.

Dwustu lat nasz Franciszku!

20140815_152508

Prasowania wyższy level

Wiecie, jak człowiek (a dokładniej kobieta) stoi do północy nad deską do prasowania i przerzuca kilogramy bluzek, bluz, spodni, spodenek, pościeli i innych ze 174 poprzednich prań, to sobie dokładnie człowiek może wszystko przemyśleć. Myśli Matka Anka na przykład, że w 1652 roku niepotrzebnie się Matka Anka przefarbowała na ciemny orzech, bo wyglądała wtedy jak nędzna imitacja królewny śnieżki- blada na licu i ciemny orzech, który przy blondzie wyszedł jak czarny. Albo myśli także sobie Matka Anka, że ten chłopak z trzeciej ce, to faktycznie nie była miłość życia i dobrze w sumie, że mama nas wtedy przegoniła z placu zabaw. I myśli sobie dalej przy siedemset dwudziestej czwartej bluzce Matka, że malowanie poddasza, to konieczna konieczność, tylko, że na jaki kolor? I tak sobie zbawia i ratuje świat Matka Anka w czasie prasowania i kombinuje, co by tu jeszcze, żeby było ładniej, radośniej, żeby z Mężem i Synem więcej, żeby obowiązków mniej, świat zdobyć jak… No rozkminia Matka Anka w czasie prasowania zawsze.

Wczoraj to jednak już całkowicie poszła Matka po bandzie. A co jeśli jedyny, najukochańszy i najcudowniejszy synek sobie jednak w tym przedszkolu nie da rady? Głos wyćwiczył, mówi dużo głośniej, niż kiedyś, ale jednak ciszej, dużo ciszej niż rówieśnicy. Zawsze, ale to zawsze, kiedy chce coś „zbroić”, pyta o zgodę („Mamo mogę porozrzucać klocki? Mogę wjechać elektrykiem do kałuży?). Pyta, czy może zbroić. Znacie takich przedszkolaków? No i przecież fizycznie jest dużo słabszy. Niesamodzielny pod kątem przemieszczania się- nie damy mu przecież elektryka do przedszkola, głównie ze względów bezpieczeństwa jego i nowych kolegów. Je z pomocą, pije z pomocą, przemieszcza się z pomocą. Wiem, wiem- będzie Tata. Ale docelowo Tata ma zniknąć za drzwiami i oddawać się upojnemu czytaniu książek w szatni, a nie ogarnianiem rzeczywistości. I złapała Matka lekkiego dołensa na deską do prasowania przy osiemset pięćdziesiątych spodniach. Czy będzie mu tam dobrze?

Że już nie wspomnę, że nie mamy worka, kapci, stroju na w-f (?), plecaczka, bluzy z kapturem, czapki na jesień, bloku do rysowania. Co powinno być w wyprawce najfajniejszego przedszkolaka ever? Przecież wprawy nam brak zupełnie!

Zaś przedszkolak ma ostatnią fazę na „Książkę z dziurą”. Król- wiadomo- jest tylko jeden…

król

Plany na dorosłość

-Franio, a Ty jak będziesz dorosły, to co będziesz robił?

-Frytki!

-Frytki?

-Tak. Takie do jedzenia. Jak Wujek Radek. Będę pracował w parapapapa.

Rodzice rzadko kiedy nadążają za marzeniami swoich dzieci. Nasz syn chciał już jeździć koparką, pracować w zoo u małpek, pracować z Ciocią M. w sklepie, jeździć na traktorze. Do każdego z tych planów podchodzi z pełnym zaangażowaniem, a nam nie pozostaje nic innego, niż wspierać go w tych jego marzeniach. Jest to dużo łatwiejsze, kiedy do pomocy mamy takich Wujków i Ciocie, jak nasi. Najpierw wspomniany Wujek Radek przysłał plakietkę. I to nie byle jaką, bo z M! Z M. i z imieniem Franek. Oczy Franka świeciły, jak pięć złotych chyba nawet po zaśnięciu. Potem okazało się, że tuż za miedzą zakochana po uszy Dynia przeszukuje okoliczne stragany w poszukiwaniu frytek, które nie dość, że będą wyznaniem miłości, to na dodatek przeżyją podróż zza granicy i będą służyły Dziedzicowi przez długie lata.Tak do naszego domu trafiło to:

20140807_132104Najpierw musieliśmy sprawdzić, czy te frytki to faktycznie nadają się tylko do zabawy. Jak? Franio własnoręcznie, a raczej za pomocą własnego języka spróbował KAŻDEJ i kiedy okazało się, że one jednak z materiału, kolej przyszła na burgera. A jest w nim wszystko! I wołowina i pomidory i ser i bułka i nawet szeleszcząca sałata.

20140807_133626Okazało się, że i burger wyłącznie zabawowy, więc przyszła pora na zabawę:

Czy mogę przyjąć Pana zamówienie? Tak to chyba powinno wyglądać, prawda? Franio rzekł tylko:

-Tato zamawiaj- posławszy niepewne spojrzenie w stronę pierwszego klienta.

20140811_185515Tata zamówił… Oczywiści hamburgera i frytki, więc nasz domowy kucharz tworzył…

20140811_185308i tworzył…

20140811_185336i tworzył…

20140811_185352i wyszło tak:

20140811_185424Czy dobrze? Tata zjadł ze smakiem.

Handmade for Hope

Słuchajcie! Słuchajcie!

Jest sprawa. Fundacja SMA (dokładnie ta sama, która przywiozła cudowne informacje o olesoxime do kraju) działa coraz prężniej. Wiecie dobrze, że Franio choruje na zupełnie inny rodzaj zaniku, jednak najbliżej jest nam właśnie do SMA. To także rodzice chorusków na SMA1 byli dla nas największym wsparciem, kiedy rozpoczęła się nasza walka z potworzastym- SMARD1. No i w końcu dobrze wiecie także, że kiedy olesoxime wejdzie na rynek także i Franio w teorii mógłby je przyjmować. Zatem z wielką radością chcemy włączyć się w akcję Handmade for Hope, którą zorganizowała Ula-mama Gabrysi (SMA1). Na facebooku można licytować różne przepiękne piękności, wygrane licytacje finalizować na koncie fundacji SMA i tym samym wspomagać jej działalność. Jaka w tym nasza rola? Licytować można rzeczy stworzone „tymi ręcoma”, w które włożono mnóstwo serducha.

Zatem nasz domowy Artysta usztywnił nadgarstki, pokonał nieśmiałość względem farb i… tworzył:

20140807_125912 20140807_130015Tworzył i tworzył i stworzył dzieło farbą malowane pt. „Kreski”:

20140807_135315Dodatkowo, żeby cała licytacja nabrała rumieńców na aukcję przeznaczamy także Pejzaż autorstwa Marii Rowdo-Bykowskiej (olej 40×50), który otrzymaliśmy w ramach X Międzynarodowego Pleneru Malarskiego Piękno Ziemi Blizanowskiej z założeniem, że go sprzedamy, a zdobyte pieniądze przekażmy na cel charytatywny. Tym sposobem chcemy wspomóc Fundację SMA.

20140807_135155Szczegóły aukcji na Handmade for Hope na facebooku. Kochane Cioteczki i Wujkowie, może ktoś się skusi?

Maria Rowdo-Bykowska

Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu (obecnie ASP). Od 1981 r. jest członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków. Zajmuje się malarstwem i rysunkiem. Specjalizuje się w portretach dzieci. Od 1974r. artystka bierze udział w licznych wystawach środowiska, a w ostatnich latach współpracuje z galeriamy we Francji i Włoszech, biorąc tam udział w wystawach zbiorowych. Jej prace znajdują się m.in. w Hiszpanii, Meksyku, Izraelu, Niemczech, Australii, Szwecji. Od 2002r. bierze udział w aukcjach charytatywnych na rzecz Polaków zamieszkałych na dawnych Kresach Wschodnich organizowanych przez „SEMPER FIDELIS” Wrocław.

Kierowca bombowca

Wyobraź sobie, że jedziesz samochodem i nagle ktoś zajeżdża Ci drogę. O! Albo płacisz grube pieniądze za parking w garażu podziemnym i regularnie, bez tłumaczeń znajomi sąsiadów parkują swojego diesla na Twoim miejscu. NA TWOIM. Wkurzające, co? Nie chcę prawić morałów. Chcę tylko napisać, żebyście Wy- źli kierowcy, dziesięć razy zastanowili się, kiedy parkujecie i zajmujecie 3/4 chodnika. Trudno przejść pieszemu, a co dopiero mamie z wózkiem, czy to spacerówką, czy kimbą. Dziś bardzo empatycznie pan kierowca (specjalnie piszę małą literą) zaproponował Cioci Suzi i Bolowi w wózku OBEJŚCIE jego auta zaparkowanego nieprawidłowo, w miejscu do tego nieprzeznaczonym ulicą. Miło prawda? Że już nie wspomnę o kopertach i miejscach dla niepełnosprawnych. Jeśli choć przez sekundę zły kierowco pomyślisz, by bez uprawnień zaparkować na takim miejscu, zastanów się: chciałbyś mieć pęknięty kręgosłup, niewładne ręce, respirator? Ile minut chciałbyś być na miejscu niepełnosprawnego? Chciałbyś, żeby Twoje dziecko miało takie uprawnienia? Albo żona? Staram się nie parkować z Franiem na takim miejscu, są bardziej potrzebujący od nas. Ale regularnie zwracam uwagę, jeśli ktoś na chwilkę albo na momencik parkuje. Taka miejscówka kosztuje 500 zł mandatu. Zabolałoby pewnie w niejednym portfelu złego kierowcy. I słusznie.

Żeby nie było, że jesteśmy tacy całkiem bez winy, to zdradzę Wam w sekrecie nasi kochani Czytacze, że nasz Francyś… Ach! Spowodował wczoraj wypadek! Swoim elektrykiem. Zagapił się mały zagapior i z impetem wjechał w naszą sąsiadkę Magdę. Obyło się bez policji, karetki, straży pożarnej, mandatu i punktów karnych. Sąsiadkę bardzo wyrozumiałą mamy na szczęście. Franek zrobił to nieumyślnie, bardzo uczulamy go, że nie wolno wjeżdżać w ludzi, auta, na schody, itp. No, ale zrobił. Noga sąsiadkowa przejechana. Pierwszy crash test wózka zaliczony.

I już na całkowicie na osłodę. Szczerbaty kierowca koparki. Bo nam Frankowicką remontują, a Panowie Koparkowi bardzo chętni do użyczenia sprzętu na potrzeby szczerbatego uśmiechu:

20140806_101821 20140806_101833 20140806_101844

Ząb zupa zębowa

Z Frankowymi zębami to było tak, że wyrosły sobie one bogato nawożone żelazem w czasie szpitalnych wojaży. W jednym ze szpitali, zamiast dożylnie, dostawał doustnie. Potem rozleniwiony karmieniem sondą brzuch i nienauczona ssania i połykania buzia długo nie pozwalały na właściwą higienę jamy ustnej Dziedzica. Nie wspomnę już o zamiłowaniu Francynia do serków i chipsów, które raczej zębom nie sprzyjają. No i sami wiecie, jak wyglądały Franiowe zęby. Szczególnie jedynki niemal w całości zjedzone przez próchnicę, spędzały nam sen z powiek już od dłuższego czasu. Oczywiście, że dużo w tym naszej winy i musicie mi wierzyć na słowo, że dobrze zdajemy sobie sprawę, że za stan zębów Frania w dużej mierze odpowiadamy my. Powiem Wam tylko, że jesteśmy o trzy lata doświadczeń mądrzejsi, ale dobrze pamiętamy, że Franek buzi nie chciał otwierać, nie pozwalał sobie tam włożyć nawet łyżeczki z jedzeniem, a co dopiero szczotki do zębów!

Próbowaliśmy ratować zęby Frania każdym sposobem. Niestety, nawet nasza Dr Małgosia i jej anielskie podejście nie skłoniły Dziedzica do leczenia tradycyjnym sposobem: wiertło i plomba. Tym samym wczoraj Francyś został poddany zabiegowi leczenia zębów pod znieczuleniem ogólnym. Wybaczcie, ale specjalnie nie pisałam tego wcześniej- ze strachu. Teraz, kiedy już mogę Wam napisać, że poszło świetnie, napiszę także, co i jak.

Cała procedura wyglądała, jak normalny jednodniowy pobyt w szpitalu. Wcześniej nasz Doktor Opiekun wyraził zgodę na taki zabieg i sto milionów razy zapewnił mnie, że przy tym rodzaju znieczulenia nie wiotczy się mięśni. Inaczej nie zgodzilibyśmy się na taki hardcore. Z racji tego, że Franiowe rączki są chude i każde wkłucie to trauma dla niego i problem dla wkłuwającego, postanowiono, że Dziedzic zostanie najpierw uśpiony, a venflon zostanie założony tuż przed zabiegiem. Najprościej rzecz ujmując- Franek został uśpiony, a dziąsła zostały znieczulone, jak przy tradycyjnym leczeniu stomatologicznym. Cały zabieg trwał około 45 minut, po czym już w pokoju Młodzieniec wybudzał się i walczył z lekkim obrzękiem. Znieczulenie zniósł świetnie- jak to on i na koniec przybił nawet piątkę z Doktorem Anestezjologiem. Do domu wróciliśmy po około 4 godzinach, znieczulenie trzymało Franka do wieczora, ale na wszelki wypadek podaliśmy mu jeszcze na noc lek przeciwbólowy.

Jaki efekt? Doktor, który naprawiał Frankowi zęby, powiedział, że spodziewał się tragedii- w sensie zębowym. Było kilka średnich ubytków w tylnych zębach, które zostały wyleczone. Niestety jedynki trzeba było usunąć. Doktor przekonał nas, że nie ma sensu ryzykować, że coś siedzi głębiej, a leczenie kanałowe mleczaków polegałoby na kilkukrotnym znieczulaniu ogólnym, co jest dużo większym ryzykiem, niż wyrwanie tych zębów. Mieliśmy mieszane uczucia.

Wczoraj Franio miał spory obrzęk, jadł więc głównie zblendowane zimne owoce, letnią kaszkę, itp. Dziś, ku naszemu zdziwieniu zjadł całą kanapkę z serem, zupę z kawałkami warzyw, orzeszki i nawet podjadał Tacie golonkę! Mamy wrażenie, że używał całej jamy ustnej, wszystkich ząbków do gryzienia. Do tej pory korzystał raczej z prawych tylnych zębów i większość jedzenia musiała być mocno zmielona. Wydaje nam się (choć pewności nabierzemy za jakiś czas), że te jedynki musiały boleć Franka, on nie potrafił nazwać tego i radził sobie tak, jak potrafił najlepiej.

Mamy zatem w domu blondwłosego, niebieskookiego, szczerbatego syna. Syna, który po zabiegu zapytał:

-Mamo, a ja mam teraz żółtą, czy białą rurkę?

-Białą-odpowiedziałam.

Zapytałam pielęgniarki i okazało się, że szpitalny respirator, na który w czasie zabiegu był przełączony Nianio miał żółtą rurę. Obie byłyśmy w szoku.

Franek był bardzo dzielny.

Jak księżniczka uratowała rodzinę od niechybnej śmierci z rąk pasikonika

Jestem księżniczką. Wszyscy to wiedzą. Niby nie boję się myszy, ale jak tylko słyszę skrobanie na strychu, mam gęsią skórkę. Serio. Nigdy nie spałam pod namiotem- raz, że niewygodnie i że te śpiwory takie podejrzane, dwa, że robale, robaczki i inne takie. Chyba nie przeżyłabym takiego prawdziwego biwaku- pewnie dlatego moi panowie przygotowują biwak z kolegami, bez uwzględniania mam. Tak, Franek i jego Tata mają zamiar urządzić sobie noc pod namiotem, na pewno Wam zrecenzuję. No, ale wracając do tematu- biwaki? No way! Że już nie wspomnę o prysznicach w hotelach! Nie wiem, ile gwiazdek musiałby mieć hotel, żebym dziesięć razy nie spojrzała, czy nie ma podejrzanych brudków w zakamarkach. Na ziarnku grochu co prawda nie spałam, ale zagniecenia na prześcieradłach rozpoznaję telepatycznie. Dzięki moim rodzicom i szczęściu w życiu- mam dwóch braci. Dlaczego o tym piszę? Bo mieszkaliśmy na wsi- wiecie z całym klimatem świnek, krów i tym podobnych. Na szczęście w rodzinie panował tradycyjny podział ról i w czasie, kiedy ja-księżniczka spokojnie oddawałam się myciu okien, moi bracia pomagali tacie w obejściu. Choć trudno w to niektórym uwierzyć, ale nigdy przenigdy nie byłam w oborze, żeby oporządzić zwierzęta. Ja-księżniczka, dziewczyna ze wsi.

Na szczęście zostałam Mamą. I to Mamą Franka!

Od mniej więcej dwóch lat, kiedy to nieco stłumiliśmy potworzastego, robię takie rzeczy, że sama się sobie dziwię. Jeżdżę z Frankiem (i Dziadkiem Ksero) traktorem po trawę dla baranków, wchodzę do chlewików, dotykam (ja!!!!) krów, koni, królików i gdyby Franek tylko poprosił, to pewnie wielu innych stworzeń, co do których miałam ogromny dystans jako księżniczka. Kombajn? Taki do koszenia zboża? Proszszsz. Wdrapałam się na tę wielką, zakurzoną maszynę, bo synek prosił. (Dziękujemy Panu Bogdanowi za spełnienie marzenia!)

kombajnA co z tym pasikonikiem? Ponieważ doświadczamy ostatnio upałów, jakich najstarsi górale nie pamiętają, wieczorami otwieramy na oścież okna, by wpadło choć trochę powietrza. I z tym powietrzem wpadł ogromny, przestraszny, przegroźny, przechcącynaszjeść pasikonik! A, że męża mego w pobliżu nie było, a dziecię śpiące ów konik zjeść przecież mógł, ruszyła Matka Anka-księżniczka do boju. Pasikonik przefrunął (przeskoczył?) kilka razy przed moimi oczami, przyprawiając mnie tym sposobem o zawał i nie było rady-albo on, albo my. Pech owada polegał na tym, że postanowił przycupnąć w przerwie naszej nieco jednostronnej bitwy (ja biegałam z sercem w gardle, sama nie wiedząc, czego szukam, żeby go zamordować, a on patrzył tymi zielonymi oczyskami i czekał, żeby przegryźć mi tętnicę w najbardziej sprzyjającym momencie albo po prostu sobie cykał), no więc w tej przerwie przysiadł na żyrafie Grażynie i… Nieeee, nie zamordowałam go, przecież jestem księżniczką. Chwyciłam w trymiga żyrafę za uszy i wystawiłam (ha! niemal wyrzuciłam) ją za okno, trzęsąc nią tak, że na bank wytrzęsłam kurz z poprzednich siedmiu lat i stare pająki oraz wspomnianego pasikonika.

I tym sposobem uratowałam mojego śpiącego syna i nieświadomego zagrożenia męża od niechybnej śmierci z rąk (czułek?) pasikonika.

Ja księżniczka.

Ja Matka.

ha!

Chrupaki

Pamiętacie, jak pisałam o kolorowych ziemniaczkach? Ów sposób już dawno jest nieaktualny, bo Franciszek powoli, ale skutecznie rozsmakowuje się w dorosych obiadach  i tym samym ziemniaki w różnych kolorach goszczą w naszej kuchni tylko w ramach atrakcji. Nie wpadajcie jednakowoż w euforię- Franio i tak je ciągle tyle, co wróbelek. Wznosimy się zatem wraz z Frankowym Tatą na wyżyny swoich kulinarnych pomysłów i tym samym ni stąd ni zowąd do naszego menu wskoczyły chrupaki. Co to chrupaki? Zaczęło się od tego, że Dziedzic przyznał się w największym sekrecie ever, że lubi, kiedy jedzenie jest chrupiące. Co prawda wcześniej regularnie podgryzaliśmy orzechy, ale myśleliśmy, że to ich walory smakowe tak urzekły Francesca. Otóż nie! Ma być chrupko. Zjadało nasze dziecię zatem ze smakiem… panierkę ze wszystkiego i nic poza tym. Nic, do momentu aż przyszedł sezon na bułkę tartą na masełku! Znacie ten smak? Nasze mamy bułką z masłem polewały kalafiora, fasolkę szparagową, młode ziemniaki, więc i my nie szczędząc masła, fundujemy naszemu Franiowi chrupiące ziemniaczki, chrupiącego kalafiorka i nawet chrupiące jajko sadzone. Zjada, aż mu się uszy trzęsą.

Już pomijam fakt, że tak nam się dziecko rozchrupało, że wyjada suchy chleb… dla owiec u Dziadka Ksero:

20140727_151639 20140727_151702 20140727_151707 20140727_151726 20140727_151732 20140727_151900 20140727_151907 20140727_152626

 

Jak zostać Frankiem

Zanim się położysz, przygotuj kilka niezbędnych rzeczy. Może książkę, którą bardzo chciałbyś przeczytać, pilot od telewizora, może spróbuj sałatkę na talerzu i widelec- najlżejszy, jaki masz w domu. Potem zamknij okno i drzwi i wyproś domowników do innego pomieszczenia, niech zajmą się sobą.

A teraz się połóż. Niech to będzie podłoga.

Umówmy się, że głową możesz ruszać tylko w prawo i lewo. Nie wolno Ci podnosić jej nawet na milimetr. Umówmy się także, że nie odrywasz nóg od powierzchni, na której leżysz- możesz tylko ruszać stopami, na prawo i lewo.Umówmy się również, że ręce możesz odrywać tylko do wysokości łokcia, jeśli podniesiesz je bardziej, to na wysokość oczu. Umówmy się w końcu, że nie wolno przewracać Ci się z jednego boku na drugi. I na koniec: szept. Możesz wyłącznie szeptać. Gotowy?

Właśnie zostałeś Frankiem.

Jesteś mądry. Znasz cyfry i litery. Może nawet kilka słów w języku obcym? Masz ulubiony wiersz, film, piosenkę. Właśnie! Może poczytasz? Super, to bierz książkę! Noooo halo! Ale nie wstawaj! Nie podnoś głowy! Ręce! Miało być tylko do łokci! Nogi! Nie ruszaj nogami! Stopy, tylko stopy. Nie da rady? Spoko. Zawsze możesz zawołać kogoś bliskiego. Szeptem. Że drzwi zamknięte? Że nie usłyszą? Jesteś Frankiem- on ćwiczy z logopedą na zajęciach i z tatą w domu, by mówić tak, jak ty półszeptem. Zajęło mu to dwa lata. Dlatego szepcz. Nikt nie przychodzi. No widzisz. Zrobiło Ci się gorąco? Pot na czole zaczął Ci doskwierać? No niestety- nie możesz sam otworzyć okna. Podobnie z jedzeniem. Musisz poczekać, aż ktoś przyjdzie Cię nakarmić. Nawet ten najlżejszy w domu widelec, jest zbyt ciężki i zbyt niewygodny, kiedy masz ograniczenia w używaniu rąk. A pilot? Musisz wziąć go oburącz, bez odrywania łokci i przenieść na wysokość oczu. Ale jak teraz włączyć telewizję? Ja też nie wiem. W końcu ktoś przyszedł. Jak wygląda z perspektywy podłogi? Jest ogromny prawda? A jego głos? Jakby z tuby. Że nie poprawił Ci poduszki? Bo nie poprosiłeś? Prosiłeś, ale nie usłyszał. No tak.

Jak to jest być Frankiem?

Czasem robimy sobie taki eksperyment. Leżymy i podziwiamy świat z perspektywy Franka. Siadamy na wysokości jego oczu i zastanawiamy się, czy widzi to, co chcemy mu pokazać.

Dlatego cierpliwie słuchamy jego szeptów szczególnie wtedy, kiedy dom jest pełen ludzi i on choć bardzo chce, to go nikt nie słyszy. Jesteśmy wówczas jego głośnikiem. To Franio wybiera jaką książkę chce czytać- nie my. Nawet, jeśli jest to po raz milionpięćsetdwudziestyczwarty książka o kropce. Słuchamy, jakimi zabawkami chce się bawić. Pytamy go o zdanie, gdzie chce usiąść.

Trudno jest być Frankiem, prawda?

Jeśli próbowałeś przeprowadzić nasz eksperyment, to już to wiesz. Dlatego pewnie rozumiesz, skąd w nas duma i radość z osiągnięć naszego syna. Każdy jego sukces i każdy uśmiech zdobyty jest z perspektywy chłopca, który ma słabe plecy, słabe ręce, słabe nogi, słabe nadgarstki, słabą szyję. Ma za to walecznego ducha i serducho. Widzisz jak trudno jest być szczęśliwym, kiedy jest się Frankiem? On jest. Każdy dzień rozpoczyna i kończy uśmiechem. I mam nadzieję, że tak będzie zawsze.