Jaka jest matka

Jakiś czas temu byłam na randce w kinie. Towarzyszył mi młody, przystojny, niebieskooki blondyn. Zaopatrzeni w popcorn i colę wybraliśmy „Gdzie jest Dory?”. Ponieważ jestem szaleńczo zakochana w moim kompanie randkowym, nic dziwnego, że ubrałam się szykownie. Chciałam się chłopakowi podobać, więc wiecie, zarzuciłam stylóweczkę- sukienka, falowany włos, pomadka, te klimaty. Podeszłam do kasy… I tutaj zaczyna się sens tego wpisu:

-Dzień dobry, chciałam kupić dwa bilety na „Gdzie jest Dory?”. – sprzedałam najszczerszy uśmiech z możliwych. -Proszę zerknąć na ekran, które miejsca Pani wybiera?- rzeczowo, w stylu następny proszsz, odrzekła pani sprzedająca. -A macie miejsca dla niepełnosprawnych? -wszak towarzyszył mi Francesco, uroczy, cudny i wspaniały, niepełnosprawny chłopiec. -Dla niepełnosprawnych?- pani zrobiła oczy jak pięciozłotówki i rozejrzała się badawczo. -Tak, jestem z synem. Tam czeka. Jeździ na wózku. Czy macie takie miejsca?-Yyyy…. a….- coś nam się zawiesiła konwersacja, a pani była w wyraźnym szoku. -Coś nie tak?- zapytałam czule, jak na matkę przystało.

-No bo… nie wygląda Pani na mamę chłopca, który jest niepełnosprawny.- badumtssss.

-Dziękuję- zarumieniłam się, bo chyba był to mocno zawoalowany komplement.

No, ale w sumie to jak powinna wyglądać mama dziecka niepełnosprawnego? Gosia jest szczebiotką, gada i gada i bez przerwy ciepło się uśmiecha. Agnieszka też się szczerzy jak szalona, odkąd zmieniła fryzurę wygląda sto lat młodziej, wszędzie jej pełno. Gośka to chodzący sarkazm i dowcip tylko dla wybranych, ma ogromny dystans do otaczającego ją świata. Anita- te oczy jak chochliki i kolorowe bluzki i dowcip cięty jak ta lala. Znam jeszcze Emilię- co prawda tylko z internetów- ale widzę, że piękny makijaż nie jest jej obojętny, uśmiecha się czule z każdej fotografii. Albo Weronika– też znajoma z sieci- cudne blond włosy i uśmiech, który odziedziczyła jej Zoszka. Basia Antkowa śmieje się tak serdecznie, że nie ma szans, żeby jej nie lubić i mówi jak zawodowy radiowiec, bez przerwy i z humorem.A Olga to taaaakie ciepło w głosie, że mogłaby mi czytać bajki na dobranoc.Takie mam wzorce…

Suzi mówi o mnie per blond anielica, kocham szpilki, ostatnio kolorowe pomadki i sukienki na lato. Lubię ładnie się ubrać. Podobno jestem złośliwa, ale to tylko plotki. Zarażona dystansem do świata od młodszego brata, poczuciem humoru od Taty i radością z życia od Teścia jakoś ogarniam swoje życie.

Znam mnóstwo mam dzieci niepełnosprawnych. Radzimy sobie lepiej lub gorzej. Niektóre z nas są jak kolorowe ptaki, inne to mamy typ sportowy. Nasze dzieci mają różne niedoskonałości, a każda z nas została taką mamą na innym etapie swojego życia- jedne miały kariery u progu, inne właśnie zaczynały życie małżeńskie. Czasem kombinujemy obiad z lodówkowych resztek, choć akurat u Gośki gotuje mąż. Część z nas pracuje na etacie, pozostałe są etatowymi mamami. Jedne są wysokimi blondynkami, inne mają szalony rudy na głowie. Słuchamy różnej muzyki, czytamy inne książki, wierzymy w odmienne ideały. Nie chodzimy szare, nie nosimy worków pokutnych, nie płaczemy od rana do nocy. Czasem pijemy wino i wychodzimy na miasto. Jesteśmy mamami. Tak, jak każda inna. Co nas łączy? Nasze dzieci są niepełnosprawne. I oczywiście, że wpadamy z tego tytułu w doły przeogromne dość cyklicznie. I pewnie, że kombinujemy terapię i środki na nie bez końca i wciąż. Jednak my, mimo tego uśmiechamy się częściej niż inne, doceniając to, co dane jest nam doświadczyć.

20160723_212725

(wpis bez tytułu)

Rozmawiam z Frankiem na tak zwane poważne tematy. O tym, że oddychanie jest ważne, że nie może przetrzymywać glutków, bo mu się może zatkać rurka, o tym, że musimy reagować na alarmy. Że to dla jego bezpieczeństwa. Poruszamy więc głównie tematy respiratorowe. Nagle Franio mówi coś, co uzmysławia mi, że nasza rodzina wkracza w nowy etap oswajania potworzastego:

-Mamo, a ja nie chcę mieć już rury i respiratora. Chcę być jak Ignaś, chcę uczyć się sprzątać.

Dorasta nam syn, mądrzeje, dojrzewa, rozumie, nie godzi się. Wkraczamy na nowy level. Tylko dla odważnych.

Respirator w Trójmieście

20160723_204220Tak się jakoś poskładało, że od samego początku wakacji trudno nas spotkać w domu. Jakoś nas tak nosi. A to do dziadków, a to do miasta, a to do wujka na farmę. Tym razem jednak zaniosło nas aż 350 km od domu. Lubiacze z Facebooka już wiedzą- zgodnie z tym, jak całkiem niedawno chwaliła się Matka Anka, pojechaliśmy na See Bloggers- konferencję dla blogerów. Ponieważ gdyby nie Franek, nie byłoby tego miejsca, postanowiłam zabrać go ze sobą. Never ever nie wybrałabym się na taką eskapadę sama! Dla towarzystwa, uśmiechów i co tu kryć- pomocy, pojechały z nami Frankowe kochane Ciotki- M. i A. Nie zmienia to jednak faktu, że czy to w totalnej samotności, czy w pełni sezonu świat z respiratorem zwiedza się zupełnie inaczej…

20160723_155153

20160722_132617Wszystkie duże obiekty szczycą się tym, że są dostosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych. Są windy, podjazdy, toalety, miejsca postojowe. I wszystko super i bardzo fajnie, bo to naprawdę mocno ułatwia poruszanie się po miastach, dojście do ciekawej wystawy. Jednak u nas jest tak (i wiem, że dzięki kondycji fizycznej Franka, jesteśmy w luksusowej sytuacji, bo Młody trzyma
głowę i jak na mięśniaka jest dość napięty), jest więc tak, że wypinamy Dziedzica z wózka i bierzemy na ręce. I nosimy, 20160722_134557podnosimy, podsadzamy, bo przecież z pozycji siedzącej niezbyt wiele widać, co najwyżej przyciasne leginsy na pani przed nami. O. Takie zoo na przykład- cudne,
ogromne i piękne. Dla bezpieczeństwa zwierząt i zwiedzających, te pierwsze (albo ci drudzy?) odgrodzeni są płotami, balustradami, pasami roślin, więc Franek nic nie widział. Zaraz po wejściu nastąpiło więc zwolnienie maszyny przewożącej, Francesco siup na ręce i tak z torbą na jednym i jedenastoma kilogramami syna na drugiej 20160722_145219_001obejrzeliśmy chyba pierdylion zwierząt. Na szczęście respi wisiał na wózku, który pchała M., więc było o tyle lżej. Zmieniałyśmy się też w noszeniu, jednak przyznać Wam muszę, że po kilkugodzinnym wsadzaniu, podnoszeniu i przenoszeniu obiad smakował nam, jak ta lala.

Podobnie jest z plażingiem. Jak milion zawózkowanych rodziców- tych ze zdrowymi dzieciakami i tych, z nieco większymi życiowymi potrzebami, idąc na plażę, wyglądamy jak tabor cygański. Plaża w Gdyni jest piękna! Szeroka i czysta. Bardzo szeroka. Naprawdę sze-ro-ka. Kiedy już więc dociągnęłyśmy Dziedzica do brzegu, ten zamarzył sobie, że będzie moczył stópki. Patent z wjechaniem do morza odpadł- ku uciesze 20160723_151946turystów Bałtyk tego dnia był cichy i totalnie bez fal. Cóż nam więc pozostało? Na rączki. Tym razem bez wózka- dlatego na jedno ramię Franc, na drugie respi- 20 kilogramów. Ale nie, że tak bezmyślnie niesionych do wody. Wpadnie respirator, klops, Doktor Help nas zamorduje, zrobimy spięcie w morzu i usmażymy współkąpiących, że o tych mrożących krew w żyłach konsekwencjach nie wspomnę. Wpadnie Francesco… no słabo. Nie dość, że nie mam w zwyczaju zabierać mu zapasowych ubrań na wyjścia, no bo on raczej z tych nie brudzących się, to jeszcze z pływaniem, jakby na bakier. Dźwigasz więc te 20 kilogramów ryzyka i cieszysz się, że on się cieszy z tego moczenia stópek. 20160723_152230No i tak zwane zwiedzanie pozostałe. Czyli marina, czyli Experyment w Gdyni, czyli Koło Widokowe. Wszędzie, ale to wszędzie z Franiem należy podjechać maksymalnie blisko. Przykucnąć na wysokości jego głowy i sprawdzić, czy widzi, to co chcemy, żeby zobaczył. Jeśli nie, trzeba albo zmienić miejscówkę albo unieść wózek albo wyczepić pałąk, wziąć Franka, respi, uważać na tłumy, uważać na rurę, uważać na przydasie. Generalnie uważnym trzeba być, drogie dziatki. Jednak, kiedy się już zastosuje te wszystkie patenty, dostaje się taki oto uśmiech.

20160723_120730

Dygresja numer 1: hormon macierzyństwa powinno się osłabiać jakimiś lekami. Nigdy nie myślałam, że dam się na to namówić. Nie to, że mam jakiś szalony lęk wysokości, ale bujające się gondole koła widokowego w Gdańsku, to nie było to, co wisiało na podium mojej listy małego turysty. No, ale czego się nie robi dla dziecka. Kiedy więc umościłyśmy się w wagoniku, koło ruszyło, a potem na samym szczycie się zatrzymało, całe życie przed oczami- no wiecie. Franek zaś zupełnie bez kompleksów: „ale by było ekstra, gdybyśmy spadli, co mamo?” ta. Jasne. Już lecę.

13838514_1128720590546969_1975957009_oDygresja numer 2: nigdy, ale to nigdy nie obiecuj dziecku czegoś, czego nie możesz spełnić. Lub spełnić nie chcesz. Na przykład, że wieczór spędzicie na spacerze tam, gdzie ono chce. Oglądanie przejeżdżających aut na przystanku Hucisko w Gdańsku, to nie był mój pomysł na ten wyjazd…

Jestem genialna

Taka jestem sprytna, że aż się sama sobie dziwię. A, że jakoś nikt się nie rwie do pochwał, to sama postanowiłam się poklepać znacząco po ramieniu i chrząknąć z uznaniem i mimo rwącego jak potok internetu, dodać wpis. A co! W końcu jest 23.06, jeszcze tylko wypadałoby podłogę przetrzeć w kuchni, coby Leon jutro nie musiał tego robić własnymi kolanami i już można lecieć spać. Ja nie wiem, jak to się dzieję, ale naprawdę nie ogarniam. To znaczy ogarniam, bo dzieci umyte nawet, oprane i najedzone, ale z komputera wytarłam dziś centymetr kurzu zanim odważyłam się go włączyć. Jakoś mi ci moi chłopcy intensywnie wypełniają dobę. No, ale do rzeczy.

Jak to zwykle bywa na genialne pomysły wpada się zupełnie przypadkiem. Nie to, żebym wymyśliła coś na miarę koła, ale takie małe domowe osiągnięcie mi się ostatnio przydarzyło. Otóż Franio twierdzi(ł), że nie lubi warzyw. Żadnych. No, może poza ziemniakami pociętymi w paseczki i usmażonymi na głębokim oleju. Umówmy się jednak, że za frytki, to nas wszyscy dietetycy ślą gdzie pieprz rośnie. W każdym razie warzywom Francesco mówi zdecydowane nie. Okazało się jednak, że nie tak bez sensu Matka ogląda z miłością w oczach programy kulinarne, wertuje książki i blogi z przepisami. Coś tam w tej blond matkowej głowie zostaje! I kiedy tak napatrzyła się Matka na te wszystkie dania takie wiecie typu… słodkie ziemniaki ze szczyptą parmezanu, płatkiem jadalnego kwiatu, muśnięte sosem z malin zbieranych o świcie przez młodą rolniczkę, to wykoncypowała sobie Matka, że oto podejmie ryzyko. Stworzy danie fąfąfą, nazwie ja och i ach i poda Starszakowi. I, żeby podnieść sobie poprzeczkę, to będą tam WARZYWA!!! Raz kozie śmierć, czy coś i tak powstały „marchewkowe makarony”. Przepis na makarony marchewkowe jest tak banalny, jak mój talent do śpiewu, bo i tyleż w nich makaronów, co we mnie włoskiej divy. Podaję więc przepis: bierzesz Matko marchewkę, obierasz ją, myjesz i potem tą obieraczką do warzyw obierasz i obierasz i obierasz i o-bie-rasz. I wiesz, robisz takie wstążki. Ja poszalałam i to samo zrobiłam bogu ducha winnej cukinii. Takie „makarony” lekko oprószyłam solą, położyłam na kawałku przyprawionej ryby, wstawiłam do piekarnika, nazwałam „Ryba z marchewkowymi i cukiniowymi makaronami tagliatelle a’la Francesco” i… pożarł. Połknął, pochłonął, zjadł. Ze smakiem, z oblizywaniem, z uśmiechem. Bez namawiania i bez tłoczenia wykładu o konieczności dostarczania brzuszkowi witamin. Zjadł i zapytał z czego można jeszcze takie pyszne makarony zrobić.

Czyż nie jestem genialna?

20160715_151256

Królewna

Odkąd kiedyś, dawno temu okazało się, że jegomość, który rośnie w moim brzuchu to Leon- mężczyzna, chłopiec czyli, Matka Anka słyszała co chwilę: „uuuuu, ale fajnie, będziesz jak królewna”. W związku z powyższym naszło mnie, żeby zamieścić tu małe sprostowanie.

Otóż ja królewna policzyłam, że:

-nasza garderoba liczy 77 par skarpet męskich- wszystkie do uprania, powieszenia i segregowania- zajęcie w sam raz dla królewny, poprawia kondycję ruchową, sprawność manualną i rozwija motorykę

-bluzeczki chłopięce- średnio 21 na męską głowę, z czego największy mężczyzna posiada takowych najmniej- wieszanie takowych to wspaniała okazja dla królewny do zrzucania zbędnych kalorii, których oczywiście królewny nie posiadają, no bo skąd, skoro wieszają te bluzeczki

-spodnie codzienne typu dres- wyszło, że po 12 i tutaj jak wyżej, prym wiodą męskie latorośle- dresów królewna nie prasuje, jak już wspomniała w jednym z poprzednich wpisów, jednak składanie i odnoszenie spodni do szaf na piętro znakomicie działa na królewskie pośladki

-koszule wizytowe (czy ja słyszę jęk rozpaczy prasujących?)- Leon 12 (kochane cioteczki stylizują na maksa), Franio 8, mąż 6- tutaj jedyna w swoim rodzaju chwila, kiedy królewna może doskonalić swój zmysł estetyczny i wieszać koszule np. kolorystycznie- od błękitu do ciemnego granatu, wszak królewna-estetka to dopiero czad

-koszule sportowe (tak, też do prasowania) jakieś w sumie 16- w ogóle co to za combo? Koszule sportowe. Tychże królewna szczerze nie cierpi, dlatego prasowanie onych sprawia, że królewna pozbywa się wszelkich negatywnych emocji (i to za darmo!!!), taka terapia oczyszczająca.

A poza tym słyszała Matka od innych królewien, że potem to jest tak, że tych ubrań, skarpet i innych jest więcej i że dochodzi włażenie w buciorach na świeżą podłogę i „trzymanie strony” taty. Same rarytasy.

I miałam w głowie jeszcze jeden złośliwy nieco akapit. Ale przyszedł mąż i cmokając mnie w czoło powiedział, że „fajne mam te nowe włosy’ (zauważył!!!), a Franio zapytany przez obcą kobietę, jaka jest jego mama, powiedział, że ‚moja mama jest piękna’, a Leon we śnie zawsze wtula się we mnie, nie w tatę i jeszcze mówią mi często, że mnie kochają i że rosół robię najlepszy i lasagne i w ogóle podobno bez mamy ani rusz.

To tak sobie myślę, że chyba jestem królewną, co nie?

Urlopowicze

Ci z Was, którzy obserwują nas na facebooku, wiedzą, że wakacje nasza rodzina ma w tym roku już za sobą. Ostatni tydzień spędziliśmy nad morzem w naszych ulubionych Rowach. Niestety wszystko, co dobre szybko się kończy, dlatego jestem już po rozpakowaniu osiemnastu toreb, trzech praniach i odkurzeniu tony przywiezionego w nie wiem czym piasku. Zanim jednak naszykuje kolejne sześć prań na jutro, naszło mnie, żeby Wam opowiedzieć (a tym, co pytali odpowiedzieć), skąd u nas pomysł na tak wczesne wakacje.

20160624_210528

Kto pamięta nasz pierwszy wyjazd z Franiem nad morze, ten wie, że przygotowywaliśmy się do niego, jak do wyprawy na Kilimandżaro. Spędziliśmy wtedy fantastyczne trzy dni, łapiąc słońce, oswajając Franka z wiatrem i uzupełniając niedobory chlebka z chmurką. Co nam się wówczas spodobało? To, że nadmorskie miejscowości były niemal puste. Otwarte dwie smażalnie na krzyż, nasza ulubiona gofrownia i… tyle. Cisza, spokój, nic się nie działo. Nie było zewsząd bombardujących zmysły zabawek, karuzel. Nie było jednak przede wszystkim tłumów- wchodzących na wózek, stojących szacownymi czterema literami na wysokości twarzy Franka panów w kąpielówkach, muzyki typu umcyk-umcyk od rana do nocy, spojrzeń i współczuć. Wtedy właśnie uznaliśmy, że to będzie nasz czas, nasze wakacje. Ładowanie baterii, kalorii, uśmiechów.

20160624_204230Od tamtego czasu niemal nic się nie zmieniło. Znów zabraliśmy kilkadziesiąt przydasi, zbyt wiele ubrań, łopatkę i wiaderko i pojechaliśmy…

Pytania, które najczęściej pojawiały się na tak zwanych ‚privach’ to „Dlaczego przed sezonem?”, „Jak to? A szkoła?”, „Co polecacie?”, „Respirator na plaży???”

20160620_165030

20160619_121638

20160618_111744

No tak. Część z Was zdziwił fakt, że nasze wakacje rozpoczęły się jeszcze w czasie roku szkolnego. Powiem w ten sposób – wyważyliśmy priorytety, czy jak kto woli- zrobiliśmy drzewko decyzyjne. W związku z planowanym na czas wakacji przeglądem zdrowotnym Franka, lipiec prawie zupełnie odpadał. Zaś im dalej w wakacje, tym większe ryzyko tłumów. Próbowaliście wejść na plażę w środku sezonu? No właśnie. My, idąc na plaże, wyglądamy jak cygański tabor. Plaża to dla respiratorowca prawdziwy survival. Zatem oprócz podstawowego wyposażenia Franka (czyt. respirator, ssak, cewniki) oraz wyposażenia rodzinnego (koc, namiot, wiaderko, łopatka, krem, woda, smakąski plażowe, latawiec)- zabieramy także zamienniki. Jeśli na plaży coś pęknie, upadnie, rozczepi się to pozamiatane, trzeba na szybko wymienić. No i Franio w wózku. No i teraz20160624_202148 20160622_172334
także Leoś. Zatem idąc na plaże musimy mieć pewność, że a/ znajdzie się dla nas wystarczająco dużo miejsca, b/ nikogo nie rozjedziemy, c/ każde z nas będzie miało sprawiedliwy dostęp do morza i piasku. Przeżyć to w środku sezonu? Nie, dziękuje. Przecież wszyscy pojechaliśmy tam odpocząć. W grę więc wchodzą miesiące, kiedy Bałtyk oblegają emeryci, renciści, odważni rodzice przedszkolaków i respiratorowcy – czerwiec i wrzesień. We wrześniu początek szkoły, Franek zostanie pierwszakiem. Umówmy się, że koniec czerwca to nie jest natłok zajęć w zerówce, więc… urządziliśmy sobie wagary. Wychowawczyni Franka została o nich oczywiście uprzedzona, jednak tak czy inaczej, to będzie nasz cykliczny numer.

20160618_163915

Brak tłumów to nie jest główny powód. Jeszcze pogoda. I tu Was zdziwię- jesteśmy chyba jednymi z nielicznych, którzy narzekają, że nad Bałtykiem było zbyt gorąco. Serio, serio. Kiedy w ubiegłym tygodniu Polskę nawiedziła fala upałów, termometr w Rowach przekroczył 30 stopni. To nas uziemiło w domu. Mimo tych wszystkich szaleństw, czyli respirator na plaży, Franek z wózkiem w morzu i takie tam, zdajemy sobie sprawę, że życie naszego dziecka zależy od maszyny. A wiecie, jak to jest z maszynami. Kiedy20160620_070541 respirator mocno się nagrzewał, prosto do płuc Franka leciało meeeeega ciepłe powietrze. W rurce gorąco, Franio nagrzany. Od środka. Jeden dzień pozwoliliśmy sobie na wyjście do Słowińskiego Parku Narodowego i Franc przypłacił to nocnym pobytem na ambu i gorączką. Dlatego idealny był dla nas początek tygodnia- 26 stopni i cudna bryza od morza. Typowy smażing więc nie dla nas. Że nie wspomnę o Leosiu- przecież chłopina ledwo od piersi odstawiony, malutki jeszcze- też niezbyt kochał te temperatury.

20160621_174151 20160621_175754

No, ale znacie nas. Nie jesteśmy smutasami. No i co z tego, że musieliśmy spauzować nieco? Musicie bowiem wiedzieć, że wakacje planujemy zawsze tuż po tych, które kończymy. Rowy nam odpowiadają- są wystarczająco duże i na tyle małe, by były atrakcyjne dla nas wszystkich. Jednak miejscowość to nie wszystko, jeszcze miejscówka. I zdaje się, że znaleźliśmy idealną. Rzadko coś polecam, ale jeśli już to mogę się pod tym podpisać wszystkim kończynami. Jeśli chcecie do Rowów, to koniecznie Villa Pomerania. Dygresja: Matka Anka ma fobię. Z łacińska zwaną: łazienkus pospolitus. Otóż Matka nienawidzi obcych łazienek. Prysznic nie w domu, to dla Matki katorga. Nie wiem, ale mam chyba jakiś detektor mikro brudu w łazienkach, bo wypatrzę wszystko. Że już o toaletach publicznych nie wspomnę (Suzi, Ty wiesz. Zasada idziesz, patrzysz, ale starasz się nie widzieć). No nie przeskoczę tego. Po dygresji. Zatem test toalety. Pomerania go zdaje celująco. Jest czysto. Przeczysto. Osobiście nadzorowaliśmy mycie podłóg w salonie (mają ogromny salon z kanapą, wielkim tv i kącikiem dla dzieci- taka wspólna część dla wszystkich), kiedy Leon postanowił wstawać o piątej (!!!) i był pierwszym, który mógł stąpać po świeżej podłodze. Do tego jeszcze kuchnia- dobrze wyposażona i… czysta, co jasne. Pokoje, zapytacie? Jasne i funkcjonalne. W trójce zmieściliśmy się we czworo bez żadnych wyrzeczeń. Każdy spał na swoim. 20160619_215154Do tego właściciele. Przyjacielscy i rodzinni. Strefa kibica dla wszystkich gości? Bardzo proszę! Zabawa z Frankiem w zagadki przez godziny? Nie ma problemu! Przerzucanie klocków z małym Mateuszem? Jak najbardziej! Żadnej spiny. Dlatego, kiedy z nieba lał się żar, a my czekaliśmy na wieczorne wyjście na miacho, w Pomeranii nie było nudy. Franek czytał, Leon walczył z zabawkami, a my sączyliśmy bezalkoholowe. Zatem wakacje odbyte! Te planowane, bo co jeszcze lato przyniesie, to nie wiadomo…

20160624_210209

 

Szalejący Łoś

13405649_1192003504198990_537380836_o

W ubiegły czwartek napisałam na facebooku, że Franek jedzie na wycieczkę klasową. Bez Mamy i Taty. Sam. Znaczy z M., no ale wiecie, że bez nas. No i że muszę melisy w takim wypadku, bo dzień zapowiada się ciężko. I wcale nie chodziło mi o to, że jestem nadopiekuńcza, że dziecięcia spod skrzydeł kwoczych wypuścić nie chcę, że brak mi luzu… Uwierzcie, jesteśmy jednymi z bardziej wyluzowanych respiratorowych rodziców, jakich znam. To znaczy o to też mi chodziło, bo Matki zazwyczaj stresują się klasowymi wyjazdami i tymi sodomami, które się tam dzieją. Wiem, że dopiero w okolicach gimnazjum papierosy- taką mam przynajmniej nadzieję, a dziewczyny to jeszcze nie teraz- taaa… matki lubią wierzyć w bajki, jednakowoż mimo stwarzanych pozorów, postaram się polubić dziewczyny moich chłopców. Luz więc pełen. Duma nawet, bo 13446268_1099128303506198_334119112_oFranka wespół z Ciocią M. i Panią Anią to chyba z miesiąc na tę wycieczkę namawiałyśmy, bo Młodziak bał się, że będzie głośno, że będą stwory i inne dziwolągi. Nawet o przewóz zadbaliśmy i w busiku wycieczkowym Tata zamontował specjalne pasy, żeby Frankiem nie ciskało przez całą drogę. Także spokój, cisza, szum fal, drink z palemką i malowanie paznokci.

Skąd więc ten wpis na facebooku, zapytacie? Ponieważ moi mili, wysłałam na wycieczkę13441951_1192004210865586_1111484773_o
dziecko na stałe podłączone do respiratora. I tej kwestii moje serce i głowa nie były w stanie przeskoczyć. Dlatego, zanim w ogóle w czwartkowy poranek Francyś opuścił dom przeszedł generalny przegląd: gruntowne odessanie z wlewką z soli fizjologicznej, wymianę wszystkich filtrów przy ssaku, wymianę całego obwodu przy respiratorze (rury, filtrów, złączek). Dostał ładowarki i kable. W torbie miał nową rurkę tracheo na wymianę. Dopiero tak zabezpieczonego mogłam ze spokojnym sumieniem wypuścić na klasowy wyjazd. Oczywiście oprócz tych niuansów dostał też kanapkę, picie i inne smaczystości, a także słynne już na cały internet dwie dychy na szaleństwa. Tak zabezpieczony, lekko zestresowany, ale szczęśliwy pojechał… do wioski Indian!

Wypuściłam z domu Franciszka, a wrócił „Szalejący Łoś” w kowbojskim kapeluszu. Czy znacie bardziej przystojne combo Indianina z kowbojem?

13389137_1192003244199016_1761012509_o

 

 

Gra terenowa z niespodzianką

20160612_134541Trzeba się nieco wysilić, żeby wypełnić czas czymś innym niż książki i komputer takiemu chłopcu, jak Franek. Bycie sędzią w każdym podwórkowym meczu, czy „kopanie” piłki za pomocą kółek od wózka elektrycznego szybko się nudzą. Zabawa w chowanego też odbywa się raczej pro forma, bo trudno nie zauważyć chłopca na wózku o takich gabarytach lub nie usłyszeć dyszenia respi. Ganiany… elektryk nie jeździ aż tak szybko. Na szczęście nie jesteśmy normalną rodziną. I na szczęście ciotki i wujkowie Franka też do zwyczajnych nie należą.

Dziś „Gra terenowa z niespodzianką”. Wymyślona przez Wujka Ad. Mocno osadzona w realiach, w których się odbywała- czyli na podwórku u Dziadka Ksero. Z tego, co się orientuję, nie została jeszcze opatentowana, więc śmiało czerpcie z wujkowego pomysłu. Franek jeszcze w aucie opowiadał, jak to było super i już się zastanawia, co Wujek wymyśli nowego.

Zasady: Wujek wręcza Frankowi atlas świata i kartkę z pierwszą wskazówką. A potem? Potem już poleciało! Każda wskazówka, to inne miejsce z kolejną wskazówką. Trzeba mocno znać topografię dziadkowych terenów, żeby się w nich odnaleźć!

20160612_135709

1/ Franku! To popołudnie nie może być stracone. Wyruszaj w drogę i otwórz 15 stronę.

20160612_1346292/ Idź do mamy, daj jej buzi, później się zapytaj, gdzie jest chatka Zuzi. (Zuzia to kuzynka Frania, właścicielka własnego M1 w ogródku)

3/ Twoja ciocia jest śliczna, lecz Twój wuja brzydki. Nie bój się go jednak i spytaj, gdzie Babcia chowa frytki.

4/ Za górami, za lasami jest zagroda z barankami.

5/ Dziadku, dziadku! Gdzie trzymasz zboże? To znaleźć skarb mi bardzo pomoże.

20160612_135049 20160612_134656 20160612_135517

 

 

 

 

 

 

 

 

 

6/ Ma cztery łapy i macha ogonem, Dziunie ma za swoją żonę. (Dziunia to suczka, małżonka Gustawa- psy dziadków)

7/ Świnka robi chrum, robi też kwi. Dobrze obszukaj jej wszystkie drzwi.

20160612_135649 20160612_135509 20160612_135301

 

 

 

 

 

8/ Ze skarbem nie żartuję, nie rób smutnej miny i biegnij do Babci na jej maliny!

20160612_140239 20160612_140257 20160612_140343_1

 

 

 

 

 

 

20160612_140601_19/ Jesteś już blisko, jesteś ciut ciut, zajrzyj Leonowi w jego lewy but.

 

 

 

10/ Koniec chodzenia. Teraz układanka. Niech nikt nie pomaga, to wyzwanie Franka! 20160612_140839 20160612_141016 20160612_141116

 

 

 

 

Po odnalezieniu dziesiątej wskazówki, należało ułożyć z nich całość. Kiedy puzzle były gotowe, na środku pojawił się napis: „Odwróć kartkę na drugą stronę!” A tam kolejne polecenie i kolejny komunikat (napięcie sięgało zenitu, a Franek wszystkim obwieszczał, że zaraz finał zabawy!): „17 kroków od środkowych wrót stodoły, później 17 w lewo skarb czeka gotowy. Koniec Twojej dzisiejszej przygody, szukaj naczynia do noszenia wody.” 20160612_141648 20160612_141646 20160612_141650

 

 

 

 

I pewnie myślicie, że to finał? Franek też tak myślał i wcale nie był zawiedziony. Kiedy 20160612_141810jednak Wujek Ad. wyjął wiadro z ogrodowej studzienki, a w nim była torba z niespodzianką, była taka radość, że szok. Wujek postawił na smakąski i książkę oczywiście. Nowy Albert („Albert i Mika”) już przeczytany, jutro idzie z Franiem do szkoły.

 

20160612_141934 20160612_142008

Wujek ma bzika na punkcie sprawiania radości Frankowi, Leonowi i swojemu Kubusiowi. Niechże tylko Młodszaki podrosną, to myślę, że wtedy dopiero będzie się działo. Bardzo Wam polecam taką zabawę, bo i my- dorośli z frajdą pytaliśmy Franka o wskazówki i mocno mu kibicowaliśmy. Dajcie znać, czy macie podobne pomysły. Miłej zabawy!

 

Biblioteka

20160606_090902

No cóż ja mogę powiedzieć. Półki Franka się uginają się od książek, a na dźwięk słów: „jedziemy do księgarni na jakiś zakup?” dostaje rumieńców. Zatem zapraszam Was do biblioteki Franciszka. Wybrałam jego ulubione książeczki z kilku kategorii- a jest ich naprawdę sporo. A na końcu absolutna wisienka na torcie, czyli podium- książki nie do zdarcia, czytane milion razy.

20160606_084831Wiecie już, że Francesco ma bzika na punkcie geografii. Mapy, globusy i atlasy zaszczepił Tata. Franek z pasją szuka stolic, ogląda flagi, uczy się najwyższych gór- takie tam rozrywki pięciolatka. Jednak absolutnym hitem w tej serii są książki Neli. Pierwszą pożyczyliśmy od Antka- Franiowego kolegi. A potem się już posypało, bo Nela nie próżnuje i w zasadzi co chwilę wydawana jest jakaś pozycja sygnowana jej imieniem. Książki z cyklu „Nela Mała Reporterka” to papierowa wersja jej telewizyjnego programu. Pięknie wydana, cudne kolorowe zdjęcia, napisana językiem przystępnym dla małych czytelników. Franek bardzo lubi te fragmenty, w których Nela zachęca swoich czytelników do podróżowania. Sam wtedy opowiada o swoich marzeniach (chce polecieć do Lizbony do Jasia, do Nowego Jorku dużym samolotem i coś przebąknął o Australii- nie rozdrabnia się chłopak). Nas też wciąga Nela, lubimy ją czytać razem z Franiem, bo kraje które odwiedza (Tanzania, Etiopia, Boliwia,…) to dla nas prawdziwa egzotyka. Dla starszych dzieci zostały wydane „Zabawy z Nelą”- zagadki, wykreślanki, krzyżówki. Franio pochłonął już obie części i z niecierpliwością czeka na jeszcze. Jednak ‚Zabawy’ to pozycja dla dzieci, które już dość dobrze czytają i liczą, myślę, że uczniowie z klas 1-3 byliby zadowoleni.

No, ale nie samą geografią człowiek żyje! Mała beletrystyka. Tutaj największym 20160606_090502powodzeniem cieszy się Albert. Cykl krótkich historii o rówieśniku Frania, który w poszczególnych częściach przeżywa adekwatne do wieku małe przygody i wyzwania. Jest więc historia o tym, jak Albert idzie do pierwszej klasy i ze stresu nie może zasnąć, jest także ta o tym, jak Albert udowadnia swoim starszym kuzynom, że wcale nie jest taki mały i ta, gdzie sposobem wciąga swojego tatę do wspólnej zabawy. Albert jest sprytnym chłopcem, a Franek w czasie czytania co i rusz wykrzykuje, że to zupełnie tak jak on! Ostatnio regularnie czytujemy „Dobranoc, Albercie Albertsonie”- to opowiastka o tym, jak Albert przeciąga pójście spać, jak wkręca tatę w picie, wspólne mycie zębów i potwory w szafie. To zupełnie tak, jak nasz Franio, który przed snem zwykle dwa miliony razy prosi o picie, sześć milionów o zmianę pozycji i jakieś dwanaście o ambu. Poza Albertem Franc czyta także klasykę dla chłopców, czyli Mikołajka, a także absolutny (czasem niezrozumiany przez rodziców, w tym mnie) bestseller „A kuku to ja, Turlututu!”. Próbujemy się też czasem z „Basią” Zofii Staneckiej- aczkolwiek Franio dopiero przekonuje się do tego cyklu i czasem mówi, że ta Basia go denerwuje.

20160606_091332Poeci Polscy uratowali nam życie w Łodzi na oioimie. Wałkowaliśmy ten opasły tom tysiące razy, a Franek jak tylko zaczął wydobywać z siebie jakiekolwiek dźwięki, uwielbiał dopowiadać końcówki wersów. Dziś chętnie wraca do tej książki i chyba jak każde dziecko bardzo lubi rymowanki. Ponieważ dorośleje nam chłopak szczególne miejsce w jego biblioteczce zajęły „Wierszyki domowe” Michała Rusinka. Żeby się nie znudzić (bo zna już sporo na pamięć), razem z Ciocią M. wymyślili zabawę polegającą na tym, że losują wiersz z zamkniętymi oczami, a potem jakimś śmiesznym głosem go czytają. Tym sposobem Michał Rusinek stał się prawie naszym domownikiem.

Ciekawość świata nie ma u Frania granic. Po co? Dlaczego? Jak? Bez przerwy pyta i 20160606_085639drąży. Rodzicielskiej kreatywności nie wystarcza, żeby odpowiedzieć na wszystkie pytania, dlatego na naszej półce wszystkie ‚ciekawskie’ książki. Najfajniejsza jest „Tata, a dlaczego?” Wojciecha Mikoluszko. Ponieważ Franek sam już czyta doskonale, świetnie się bawi, znajdując odpowiedzi na nurtujące go ciągle dylematy. Prym wiodą pytania z cyklu ‚dlaczego bekamy’ i ‚skąd się biorą bąki’- typowo męskie zagrywki. Z kolei, kiedy w duecie do czytania występuje któreś z rodziców, prym wiedzie „Mały Geniusz”- przyrodnicze, matematyczne, językowe, logiczne. Czasem zupełnie łatwe, czasem naprawdę trudne. Franek uwielbia wtedy ‚nie wiedzieć’- Tata tłumaczy mu wtedy wszystkie zawiłości świata, a on chłonie jak gąbka i zaskakuje Panią w zerówce.

20160606_093559Na koniec typowo męski światek. Samochody i motocykle oraz cały cykl o Złomku i jego przygodach. Do tego dołącza jeszcze Zyg Zac McQueen i świetna zabawa gwarantowana. Teraz, kiedy jestem w płciowej mniejszości w naszym domu, podejrzewam, że książek tego rodzaju na pewno przybędzie.

 

Top 3.

Jednak każdy, absolutnie każdy szanujący się Czytacz ma swoje gwiazdy. Książki, które może wałkować w dzień i w nocy, w pociągu i autobusie. Takie, które otwierane po raz milionowy znów zaskakują. Franek też takie posiada.

20160606_104450

Miejsce 3. „Duże sprawy w małych głowach” Agnieszki Kossowskiej. Książka szczególnie bliska nie tylko Frankowi, ale i nam. Kiedy Franio chce ją (znów) poczytać, prosi o książkę, w której uczy migać ‚drugi Franio’- czyli syn autorki, prywatnie kolega naszego Francesca. O „Dużych sprawach” pisałam już kilkakrotnie. To absolutnie wyjątkowa pozycja na rynku- jej bohaterami są niepełnosprawne dzieci. Dzieci, które swoim rówieśnikom i ich rodzicom w mądry, rzeczowy i prosty sposób pokazują świat niepełnosprawności. Franek z uwielbieniem czyta rozdział o niepełnosprawności ruchowej, która jest jemu szczególnie znajoma. Jednak chętnie zagłębia się też w innych częściach i cieszę się, że nigdy nie współczuł bohaterom tej książki. On ich podziwia- mówi, że chciałby migać, ale to trudne i trzeba się dużo uczyć, że jak ktoś nie słyszy, to może mieć kolorowe aparaty. Znajduje w świecie niepełnosprawnych atuty, których my zdrowi nie zauważamy na co dzień.

Miejsce 2. „Proszę mnie przytulić” Przemysława Wechterowicza. Jak wiecie Franek długo borykał się z nadwrażliwością sensoryczną. Do tej pory zbieramy szpitalne żniwa. Problem był nie tylko z wiatrem, deszczem, czy słońcem, ale także z przytulaniem na przykład. Dlatego „Proszę mnie przytulić” spadło nam z nieba. Oto mały Niedźwiadek i jego tata spacerują przez las. Świetnie się bawią w swoim towarzystwie, jednak Miś wpada na pomysł, że byłoby fajnie, gdyby kogoś przytulili. I tak odwiedzają po kolei wszystkich swoich sąsiadów: Panią Łasicę, Zające, malutką Gąsienicę, a nawet groźną Anakondę i Pana Myśliwego, któremu profilaktycznie zabierają strzelbę. Niedźwiadek słusznie zauważa, że wystarczy kogoś przytulić, by świat stał się piękniejszy. Bardzo nam ta książka pomogła okazywać uczucia. Teraz Franio jest wybitnym wieczornym przytulakiem. Piękne ilustracje, mądre zakończenie i cudna koncepcja. Prezent dla chłopca i dziewczynki w każdym wieku, o czym przekonało się kilkoro naszych znajomych. Naprawdę polecamy.

Miejsce 1. Absolutny hit. Numer jeden. Chwila wytchnienia dla nas. Wystarczy zaproponować Frankowi „Mapy” Mizielińskich i świat się zatrzymuje. Franek wpada w ten atlas całkowicie. Przepięknie wydany i mądry. Mnóstwo informacji o wszystkich krajach świata, stolice, ciekawe zabytki, zwierzęta, popularne imiona. Całość podana w formie rysunkowej, przystępnej dla dziecka z takim geograficznym zakręceniem, jak Franek. Zaśmiewamy się z nazw popularnych w danym kraju potraw i zamartwiamy, że nie możemy teraz, już, dziś lecieć na Islandię, zastanawiamy się czy nasz fordzik dojechałby do Afryki i czy w samolocie do Australii można spotkać kangura. Doskonała. Wyłącza Franka skuteczniej niż tablet.

20160606_104755Mam nadzieję, że znajdziecie w naszej bibliotece coś dla siebie. Znacie już trochę Franka, więc jeśli możecie nam polecić coś w punkt- komentarze są Wasze! Co czytacie? Co lubią Wasze dzieci? Może macie coś w sam raz dla Leona? Tuptam z niecierpliwością i idę szukać w śwince skarbonce

Nie dziwi nic

Wiecie, jak to jest z tym punktem widzenia. Najpierw nie miałam chłopaka. Matko to wieki temu było. Babcia moja własna osobista martwiła się głośno obwieszczając, że skoro w wieku lat osiemnastu jeszcze kawalera nie mam, to staropanieństwo grozi mi jak nic. Ciotka od strony wujka polecała zaś Tacie memu samodzielnie poszukać kandydata na zięcia, który to wiadomo odpowiednio zasobny portfel miał mieć, żeby byt, wikt i opierunek. A ja? A ja i wszystkie moje ‚stare panny’ koleżanki dziwiłyśmy się tym z chłopakami, że takie krótkowzroczne, takie zapatrzone, takie wyłączone z imprez, wypadów i innych takich. No a potem wiadomo love story, słynne wyjście do dziwnego pubu i bach! wpadła po uszy. I tak się jakoś wyłączyłam z imprez, wypadów i tych innych i tak zapatrzyłam i już się nie dziwiłam. Potem… ach potem to się dziwiłam Matkom- jako bezdzietna. Że takie zabiegane, że ja to na pewno nie będę, że u nich to praca- market- dom, a ja na luzie, powoli, chill taki. Kiedy pojawił się Franio, to już przestałam się dziwić. Nagle się okazało, że z zamkniętymi oczami pokonam trasę praca-lidl-dom, że jedną ręką wstawię pranie, drugą zamieszam zupę, a trzecią zajmę się Frankiem. Franek dorastał, a ja (jak każda wiecznie analizująca w głowie miliony sytuacji dziewczyna) dziwiłam się tym z dziećmi. Co najmniej dwójką. Bo Franek jest był mega grzecznym maluchem i poza oczywistymi problemami z tym na s, to nie sprawiał większych kłopotów. W głowie więc nie mieściło mi się, że te matki wielodzietne padają jak muchy o 21, nie mają czasu na kawy w ciągu tygodnia i w ogóle są tak jakoś bardzo zajęte… A najbardziej, ale to tak, że aż sama z podziwu wyjść nie mogę, to zmieniło mi się moje podejście do dwóch podstawowych domowych czynności.

Panie i Panowie,

Pranie i Prasowanie.

Oł jeee…

Singielka Anna na wikcie i opierunku u rodziców miała tylko dyżur przy praniu, prasowała na zmianę z Mamą swą osobistą i jakoś po latach nie pamięta, żeby pranie stanowiło jakikolwiek kłopot. Może poza tym, że ulubiona randkowa sukienka zazwyczaj była właśnie w praniu. Potem, kiedy przyszedł czas Anny zakochanej tak na poważnie, że na związek i ta pralka stanęła we wspólnej łazience, to pranie zostało zauważone. Nie oszukujmy się jednak- wiecie love is int the air, motylki w brzuchu i hormony sprawiły, że segregowanie JEGO skarpet to była jakby nobilitacja, a pranie rozwieszała Anna owa na boso fruwając po majowej łące. Potem prasowanie to niemal był zaszczyt i nie wyobrażała sobie Anna nie prasować wszystkiego od A do Z. Dokładnie, z namaszczeniem i uśmiechem. Tak, tak są w życiu kobiety zachowania, którym ona sama po latach przygląda się z niekłamanym niezrozumieniem. Kilka lat później Annę los obdarzył instynktem, a instynkt przywiódł Franciszka. I tak powstała Matka Anka. Matka Anka zaczęła kręcić nosem i dzielić obowiązki. Nagle okazało się, że jest nie tylko wyśmienitą praczką, ale także dyrektorem zarządzającym- i tak w historii o praniu pojawia się Mąż. Żeby zbytnio nie obciążać męskiego ego i co tu kryć uniknąć wyprania ulubionej błękitnej bluzki ze skarpetkami po koszeniu trawy- pozostawiła Matka Mężowi jeno wieszanie. I już wtedy przestawała się Matka dziwić. A co jest skutkiem każdego prania? Tak! Prasowanie. Już słyszę ten jęk znad Waszych komputerów. To akurat Matka rozumiała od zawsze- prasowanie jest beznadziejną czynnością domową. Jednak traktowała je Marka ambicjonalnie. Nadal prasowane było wszystko. Już bez uśmiechu, już raczej z tytułu ambicji i miłości wielkiej, bo inaczej uzasadnić tego Matka nie potrafi. I urodził się Leon. Pralka nie przestaje prać. Pranie nie nadąża schnąć. A prasowania nie ubywa. (Aktualnie w kolejce czeka jakieś z ośmiu prań) I kiedyś to sobie Matka nie wyobrażała nie uprasować. No jakoś jej to przez głowę przejść nie mogło, że pranie mogło zalegać nieuprasowane. A teraz ma Matka patenty. (Matko Matki, Babciu Goshu czyli nie czytaj, plis!) Otóż- Matka już się niczemu nie dziwi. Już wszystko rozumie. I tak kolejno- Leon jest przebierany 27 razy dziennie, średnio ma bluzkę jakieś cztery minuty na dobę, naprawdę nie zauważy, że jego ubrania prasowane są wyłącznie z przodu. Reprezentacyjnie głównie. Franio zaś dla odmiany ma oprasowywane tyły- wiecie siedzi dużo, żeby go nie gniotło w plecki. Mąż własny osobisty? A to zależy od stroju, jednakowoż znacząco Matka okroiła rzeczy do prasowania. Wszak nieźle naciągnięta koszulka przy koszeniu trawy też dobrze leży. Że o swoich Matka nie wspomni- doszła Matka do innego patentu- kupować takie, coby się za bardzo w praniu nie gniotło.

I pomyśleć, że dziesięć lat temu przez głowę by mi to nie przeszło…

p.s. A piszę to z macierzyńskiego. Myślę, że po powrocie do pracy ten wpis trzeba będzie koniecznie edytować.