I stała się tradycja

Najpierw sprawdziliśmy listę obecności: Franek „Kosa”, Natalia, Agnieszka, Radek, Ignacy, Maks, Aleksander, Anita, Bartek, Franek „Dziedzic”, Matka Anka i Szymon-nasz Tata. Wszyscy zameldowali się w opolskiej rezydencji Państwa K., w momencie, kiedy kur sąsiadów ogłaszał południe, albo jeśli ktoś woli wersję jedzeniową- kończył żywota w rosole. Po sprawdzeniu listy obecności przyszła pora na przygotowanie pomocy naukowych: pościel, rozdysponowanie łóżek, przydasi i SŁODYCZY. Kiedy wszyscy byli gotowi, na stół wjechała… pomidorowa. Ale to taka pomidorowa, o której właśnie śnisz, taka, że jej smak pamiętam jeszcze teraz, kiedy piszę tę relację, taka, że garnek zaświecił pustką siedem i pół minuty po jego otwarciu. No pomidorowa na medal. Ponieważ nie wszyscy chcieli wziąć udział w tej części wykładu (nasz Franc szczególnie) w ramach alternatywy zostało przygotowane, to co tygryski lubią najbardziej, czyli fryty i ryba. Tygryski konsumujące wyglądały tak:

tygrysyWśród tygrysów sprytniejsi obserwatorzy mogą ujrzeć Matkę Ankę- jak Babcię kocham nie jadłam tych pyszniutkich, chrupiących, fantastycznych frytek! Ja tylko dziecku… no pomagałam trochę. Jedną, może dwie ;)

Kiedy szeroko pojęta konsumpcja została zakończona Starszyzna udała się na ploteczki w stylu: no co ty w ogóle nie przytyłaś (to do Matki Anki, aczkolwiek nie wierzę!), no, a Ty młodniejesz z wiekiem (tak, tak Mama Ignaca- ale to chyba tylko mamy trzech synów tak mają- wygląda tak, że ojacież – zazdrość, zazdrość), no i w końcu no co ty naprawdę wiesz takie rzeczy??? i te wszystkie trudne słowa?  (Matka Kosa jest taka mądra, żem niegodna jej sznurowadeł wiązać). No i kiedy ta prawie nie roztyła, ta piękna i ta mądra oddały się kultywowaniu swoich cudowności, tatusiowie oddali się opiece nad dziećmi:

tata1 tata2 tata3 Chociaż dzieci tak naprawdę wolały zaopiekować się same sobą, bo przecież nie po to przyjechały na zlot, żeby być na łańcuszku rodziców. Franki zatem w komitywie korzystali ze zdobyczy techniki- jakże by inaczej!

kompŻeby nie było, żeśmy tacy wyrodni, w dalszym ciągu oddając się plotkom, pogoniliśmy młodzież do gotowania:

kucharzeChociaż nie powiem, były też próby animacji ze strony mam…

animacja.jogNasz syn tradycyjnie robił maślane oczy do Natalii, siostry Franka „Kosy” i nawet nie pisnął, kiedy zniknęłam za drzwiami, bo to właśnie Natalia dostąpiła przyjemności zagadywania Francesca przed snem. Do tego stopnia sobie pogadali, że Franek mówi teraz o siostrze Kosy per „moja Natalka”

spiochKiedy dzieci poszły już spać, a szalony gwar ustąpił miejsca błogiej ciszy rodzice oddali się pogawędkom do nieprzyzwoitych godzin nocnych. Powiem Wam, że takie spotkania dają nam zazwyczaj mnóstwo siły i energii. Rozumiemy siebie bez słów, bo choć nasze rodziny mają na stałe wpisane różne choroby, inne niepełnosprawności, to mamy mnóstwo podobnych pytań, problemów i zagadek. Stworzyliśmy zatem coś na kształt burzy mózgów, by o świcie całą noc pogadanek mogły zweryfikować nasze dzieci. Dziatwa rozochocona sobotnimi szaleństwami miała ochotę na jeszcze, więc korzystając z gościnności Opola odwiedziliśmy naleśnikarnię, gdzie najmłodsi z rodziny pałaszowali z ochotą czekolady, szpinaki i inne pyszności:

ig fr dzObjedzeni, wygadani, prawie wyspani, a już na pewno szczęśliwi wróciliśmy do domu. Jak tradycja nakazuje trzecie spotkanie naszych rodzin za jakiś czas w naszym domu. To dopiero będzie szaleństwo!

***

tu przypominam, że Jest Robótka!

Robótka 2014

Robotka2014_sztandar_500pxZewsząd zaczyna nas atakować magia Świąt. Podobno nawet najstarsi górale nie są w stanie oprzeć się myśli, że Mikołaj czai się za rogiem i zaczynają nerwowe przygotowania do godziny zero. Jestem niezmiernie ciekawa, kiedy zaczniecie szaleć z myciem okien, usuwaniem kotów z kurzu spod kanapy albo zamawianiu czternastu kilogramów karpia. W naszym domu na przykład wczoraj wieczorem zostało popełnione piernikowe ciasto, które teraz w chłodzie będzie sobie dojrzewało i na choince pierwszy raz zawisną pierniki made by Franek. Jeszcze prezenty! No właśnie. Jeśli o prezentach mowa. W zeszłym roku przyłączyliśmy się do jedynej słusznej idei Robótki. Robótka trwa od dobrych kilku lat, a w tym roku Komitet Dezorganizacyjny przeszedł sam siebie i stworzył dla Robótki 2014 własne miejsce w sieci. Zajrzyjcie TU (KLIK!) i sami zobaczcie, ile radości można wywołać u dużych malutkich. Potraficie naprawdę wiele i wiem, że pamiętacie, że są obok Was tacy, dla których Wasz maleńki gest znaczy cały świat.

Zachęcamy, namawiamy, agitujemy! Weźcie udział w Robótce 2014. *

Naprawdę warto. ;)

*wpis sponsorowany przez najszczersze uśmiechy domowników z Niegowa.

aha. A jeśli piszecie bloga, namówcie swoich czytelników do Robótkowania przed Świętami!

Niedaś niestania nie istnieje

Weźcie głęboki oddech i przypomnijcie sobie, jakie uczucia towarzyszyły Wam, kiedy Wasze dziecko zrobiło coś tak bardzo spektakularnego, że świat oszalał. Na przykład… jak powiedziało najpierw „mama”, zamiast tata ;) albo, kiedy w usiadło po raz pierwszy samo. O! Albo kiedy… No kiedy wstało.

No to nasze właśnie stanęło.

Nie to, że sam. Że wziął pewnego dnia i stwierdził, że sobie stanie. Znów kierunek, który obrali nasi rehabilitanci okazał się skuteczny. Ba! Dał spektakularny efekt. Otóż moi mili! W czasie ostatniej wizyty na gumeczkach, tam, gdzie Franio bywa komarem. Gdzie jeszcze kilka tygodni temu nie wiedział, co się robi z nogami. Gdzie nie potrafił oderwać głowy od swojego trenera.. Teraz przy pomocy Marka rehabilitanta podniósł pupę i STANĄŁ! Na kilka sekund, może dziesięć. Stał. Samodzielnie, dzielnie, fantastycznie. Dumny i szczęśliwy. A potem to powtórzył raz drugi i trzeci. Fala szczęścia, jaka się przelała przez rodzicielskie serducha jest nie do opowiedzenia. I duma. I radość.

To Monika, Ania, Ewa i Marek. To oni pomogli mu stanąć. Dziękujemy! A on sam ciężką i mozolną pracą, kiedy mówili, że się nie da- stanął. To jest ten moment, kiedy można się wzruszyć.

stoi

Dyktator

Płacze. Nagle płacze tak, jakby zawalił mu się cały świat. Jakby skończyły się frytki we wszystkich McDonaldach. Jakby Złomek zapadł się pod podłogę i już nigdy miał nie wyjść. Jakby w naszym domu embargo na dostawy słodyczy i bajek dostały Babcie. Jakby ograniczyć mu kontakt z Ciocią A. i M. Płacze. Łzy leje, jak grochy. Zupełnie bez przyczyny (zdawałoby się). Odessany, z naładowanym respiratorem, tulony, myziany, kochany, bezpieczny. Nic go nie ukąsiło, nikt go nie uderzył, nikt mu nic nie zabrał. Nogi prosto, kręgosłup wyprostowany. Płacze. Oj, jak płacze…

-Co się dzieje synku? Franek! Fraaaanio. Odpowiedz-proszę, ale takim tonem, jakim proszą mamy na granicy wytrzymałości.

-Booooo ja chciałem lecieć samoloteeeem!-rozdziera się jeszcze bardziej.

-Samolotem?! – widzicie swoje miny, kiedy dziecko w akcie rozpaczy oznajmia Wam taką rewelację?

-Taaaaaak- rozpacz, rozpacz, rozpacz- z napiseeeem loooot!

-Że co? Lot?- przełknij ślinę, spokojnie przełknij ślinę.

-Taaaak. Do Fraaaancji.

-Aha.

Czyli wszystko jasne. Chce lecieć samolotem, koniecznie z napisem lot i koniecznie do Francji. Eeeee no to spoko. Grunt to iść do szefa po podwyżkę. Bardzo dużą podwyżkę. Wręcz… Nie, to może nie jest najlepszy pomysł. A może by tak…. Wiem! Wezmę udział w konkursie na najfajniejszego pasażera lotu i sam sobie tymi błękitnymi oczami wygra ten lot do Francji. Francja. Skąd mu się to wzięło? I to z takim płaczem? Nie mógł po prostu chcieć frytek, jak zwykle?

 

Dzień Niepodległości

bieg2Nie wszyscy wiedzą, chociaż media trąbią od wczoraj, że 11 listopada to w Wielkopolsce wielkie święto rogala. Spakowaliśmy więc wszystkie przydasie, zaopatrzyliśmy się w akcesoria patriotyczne i pogoniliśmy do stolicy pyr i gziki- Poznania. Po drodze zahaczyliśmy o Luboń, gdzie w Lubońskim Biegu Niepodległości brał udział Wujek Ad. Wujek biegł z całych sił, a my nerwowo deptaliśmy z nogi na nogę, zdzierając gardło i kibicując wszystkim, bez wyjątku. Franek był zaskoczony rozmachem wydarzenia i choć biegaczy było ponad 1500 tysiąca, z uporem wypatrywał swojego Wujka z dumą powtarzając: „Mamo, a Wujek ma numer 830, wiesz? Będziemy bili mu brawo!”. Ja zaś z dumą patrzyłam, jak nasz czterolatek odśpiewuje dwie (!!!) zwrotki Mazurka Dąbrowskiego, okraszając je szczerbatym uśmiechem. Wujek do mety dobiegł szczęśliwie, a Jego największy Kibic z radością przymierzył się do medalu. Bieg zwieńczyliśmy przesłodkim, przepełnionym orzechami i białym makiem rogalem, by szczęśliwie wrócić do domu.

A Wy? Jak spędziliście Dzień Niepodległości?

bieg1 bieg6 bieg4 bieg5 bieg

 

Gadulec

Tak strasznie, najstraszniej, bardzo mocno, tak z całych sił się baliśmy. Baliśmy się, że nie będzie mówił. Jakby to było w Jego życiu wtedy najistotniejsze. Mocno nas jednak zaskoczyło to, że po zabiegu tracheotomii nasze ciche od tygodni dziecko, było nieme. Franek od urodzenia nie był typem krzykacza. Teraz wiemy, że to były pierwsze oznaki choroby, ale wtedy wszem i wobec głosiliśmy, że jest taki grzeczny i ułożony, że nawet płacze rzadko i bardzo bardzo cicho. Eh… Nie ma co wracać.

Teraz Frankowski ma cztery lata. Z rurą w szyi żyje 44 miesiące. Można o nim powiedzieć wiele, ale nie to, że jest niemy. Wiem, że wiecie, że mówi. Nie… On nie mówi. On nadaje, jak małe radyjko. Zaczyna o 6:45, kiedy wstaje z pytaniem: „czy jest już jasno?” i kończy około 20.30 pytaniem: „czy muszę już spać?”. W tak zwanym międzyczasie nadaje o jedzeniu, o pogodzie, o zwierzętach, przedszkolu, samochodach, bajkach, kolegach. O tym, że był na stadionie z kolegą Antkiem, że jeździ do kina. Mówi, mówi, mówi. Ogromna w tym zasługa przede wszystkim trzech osób: Cioci Beaty od Literek (brzmi, jak imię świętej, ale z ręką na sercu przyznaję, że wyciągnęła Dziedzica z niemowy, nauczyła wydłużać oddech, mówić najpierw jedno słowo, by dobić do pełnego zdania, za co będziemy Jej dozgonnie wdzięczni), Frankowy Tata (no przyznać trzeba, że gdyby nie to, że Tata opowiada Frankowi wszystko, zawsze i wszędzie, Franio nie śmigałby tak, jak teraz. Chłopcy tłumaczą sobie wszystko od budowy drogi przed domem, po zawartość zmywarki, a kreatywność Męża mego nie zna granic). No i oczywiście Babcia Domowa- buzia Jej się nie zamyka, uczy Franklina słów, których znaczenie zna ona, Franek i słownik Języka Polskiego, pozwala sobie na kłótnie z  wnukiem, byleby mówił pełnym zdaniem. Wiem na pewno, że gdyby nie gadatliwość Babci Domowej, Franek nie byłby takim gadułą. Z resztą z Francysiem rozmawiają wszyscy: Ciocie od Rehabilitacji, Panie w sklepie, Pani Ela w przedszkolu i chwała im za to, bo czego sobie chłopina nie wywalczy siłą, to dopowie.

Żeby nie pozostać gołosłowną, chciałam Wam dzisiaj nagrać jakąś budującą rozmowę z Dziedzicem. Niestety na chęciach się skończyło. Franek za nic w świecie nie chciał współpracować, nie pozostało mi zatem nic innego, niż ukryta kamera. Ponieważ dzisiaj jest środa, a każdy prawdziwy kibic wie, że w środę jest Liga Mistrzów, nagrałam Wam dwa filmiki Franklina meczowego. Komentuje, pyta, zagrzewa do walki. Zobaczcie jak głośno i wyraźnie. Pękamy z dumy.

No i wydało się. Franek chodzi na treningi piłki nożnej. Że z respiratorem się nie da? W poniedziałek kolejny trening, na który wybiera się paparazzo mama, więc jeśli uda się strzelić jakąś fotkę tudzież popełnić film, udowodnimy wszystkim malkontentom, że jednak się da. Grunt to wiara i fajny Pan Trener.

Dla porównania zobaczcie, jak F. zaczynał przygodę z mówieniem:

 

Kiedy Twoje dziecko dorasta

W życiu każdej matki, a już szczególnie w życiu matki jedynej, jedynaka znaczy, przychodzi taki moment, że potrzeba dużo korektora pod oczy i jeszcze więcej mocnych nerwów, bo (jacież kręce już?) syn dorasta. Nie ma żadnych zapowiedzi, maili, listów poleconych, nikt nie daje znaków, teściowa nie ostrzega (wszak jej syna porwałaś właśnie Ty), nie ma tego w instrukcji obsługi ani encyklopedii. Bierze sobie więc taki uroczy, maleńki, różowy taki, pudrem pachnącym i zaczyna dorastać. Pytacie, po czym poznać? Otóż z racji tego, że u nas najprawdopodobniej zaczęło się, a Was moje miłe- czytające, posiadające dzieci (synów chyba dokładniej, mam wrażenie, że matki córek mają łatwiej, jeśli nie- wyprowadźcie mnie z błędu, proszę,) otóż, ponieważ jest Was tutaj całkiem sporo, a ja słynę z dobroci serca (nie śmiej się mężu!) i totalnie zerowej asertywności, podzielę się z Wami owymi symptomami. Będzie Wam łatwiej. Otóż: Wasze dziecko dorasta, kiedy…

…nagle okazuje się, żeś nie godna noży pomocnikom kucharzy w hells kitchen ostrzyć

Kiedy dziecię Twe było ciut mniejsze robiłaś przeciery, zupki, kompociki, kanapeczki, kaszunie- i on to wszytko z uśmiechem i wdzięcznością do zera. I choć głosiłaś, że niejadkiem jest, to zawsze, ale to zawsze Twoja kuchnia była tą the best, tą do poradników kulinarnych, tą od mamusi. A teraz? Teraz moja droga przegrywasz z zupką warzywną z przedszkola, kanapką z serem od Babci i każdą jadłodajnią, która nie jest Twojego autorstwa. Nagle okazuje się, że w kuchni to Ty możesz i owszem, ale pozmywać, ale za gotowanie to się lepiej nie bierz. Paznokcie umaluj! Dzieć i tak woli zjeść nie to, co akurat zaproponujesz, to przynajmniej dłonie będziesz miała zadbane. Żeby już tak do końca nie deptać Twojej psychiki droga Matko, napiszę tylko, że za lat parę, jak już żonę miał będzie, to ta żona na sto procent usłyszy: „ale moja mama to tę zupę inaczej robiła”, przy czym inaczej będzie oznaczało wiesz co- wygrałaś!

…jesteś siedemnasta w rankingu popularności i to tylko po znajomości.

Biegniesz, ba na skrzydłach miłości lecisz z tej roboty po ciemku, bo godzinę przestawili, drogą nieoświetloną na skróty, żeby było szybciej, żeby już, żeby za chwilę. Zakupy robisz na szybko albo przez internet, po przekroczeniu progu domu telefon służbowy masz w najgłębszej… kieszeni swojej przepastnej torby, nie dojadasz obiadu, co Ci go mąż w wielkiej łaskawości swej podgrzał, promienna, radosna, już wiesz, jak mu czas zaanimujesz. Zaczynasz wertować, szukać, książeczki ulubione, klocki, może piłka, może kredki, pisaki, globus, czytanie, lepienie, cięcie, klejenie. Czego to Ty teraz mu nie zaproponujesz! Jak będzie ekstra! Jak fajnie! Już witasz się z gąską, z nim znaczy i słyszysz tym tonem, które zwiastuje tylko katastrofę: „Mamo! Ja jestem teraz zajęty. Bawię się z Amelką, a potem mam plan oglądać rajdy samochodowe i mecz z tatą. Mamo. Troszkę mi przeszkadzasz.” Kiedy tylko odzyskasz przytomność, spędź wieczór delektując się tym, że on się tak pięknie potrafi sam zaanimować, bo przecież, kiedy przyjdzie noc ciemna głucha, to i tak zawoła, że do Ciebie chce, do dużego łóżka.

…porzucenie w przeszłości myśli o założeniu bloga modowego, to był strzał w dziesiątkę

No cóż tu się rozpisywać: „Mamo! Nie założę tej bluzy z napisem <i love my mummy>, zrozum w końcu.”  To było wczoraj. Jeszcze próbuję zrozumieć.

 

Jej portret

babelkiPowinna Go kochać. To przede wszystkim. Ojej. Już nie musi mieć pięciu habilitacji, znać sześciu języków i posiadać na koncie co najmniej jednej kwalifikacji olimpijskiej. Może być brunetką. Nie to, że jestem uprzedzona do ciemnowłosych. Chyba nawet lepiej, żeby była brunetką, bo ten blond mógłby być usprawiedliwieniem dla jej gaf. Gaf, których na pewno popełni milion- przecież zawsze tak jest. I może byłoby lepiej, gdyby nie tak od razu chciała się ze mną zaprzyjaźniać. Dystans jeszcze nikomu nigdy nie zaszkodził. Gotować musi umieć- koniecznie! Mam nadzieję, że zorientuje się szybko, że on lubi chrupiące ziemniaczki i mięsko. I jest fanem maślanki. Najwyżej jej przypomnę, gdyby zapomniała. Byłoby dobrze, gdyby lubiła porządek. On lubi, kiedy wszystko jest na swoim miejscu- łatwiej Mu się wtedy odnaleźć. Strasznie go irytuje, kiedy Jego ulubione książki są przekładane na inne półki. Świeże powietrze! Muszą dużo spacerować. Najlepiej codziennie. I odwiedziny. Ustalimy to na początku, że wpadamy do nich regularnie, Wigilia u nas i jeden niedzielny obiad. Dostosuje się… Przecież ma Go kochać.

No i może powinna wiedzieć, że ja mam rację.

Niania dla Franka? Nie… Moja potencjalna przyszła synowa. Skąd ten pomysł, zapytacie? Z tej scenki domowej:

Zaproszeni na pizzę do znajomych, postanowiliśmy poprosić Ciocię M. o opiekę nad Dziedzicem. Niestety dla nas, a na szczęście dla Cioci chłopaka- M. miała randkę. W związku z tym zapadła szybka decyzja, że Franek idzie z nami.

-Franio, co sądzisz o tym, żeby iść z nami do Wujka od Pszczółek?- zagaił Tata, wiedząc już, że z opieki Cioci M. nici.

-A nie zostaję z Ciocią? – zaintrygowany nagłą zmianą planów Franklin, zaczyna drążyć.

-Nie, bo Ciocia ma randkę-wyjaśniamy zgodnie z prawdą.

-To ja pójdę na randkę z M!- oświadcza radośnie nasz Młodzieniec i już jest niemal gotowy do zakładania kurtki

-Franek, Ciocia M ma swojego chłopaka, to z nim chodzi na randki- tłumaczymy, bo Franio zna i lubi randkowicza Cioci- ty będziesz mógł pójść na randkę, jak będziesz miał dziewczynę.

-Ja mam dziewczynę.- odpowiada, a huk pękającego serca matki słychać na Madagaskarze.

-Dziewczynę???- pyta zszokowana kobiecina, z trudem łapiąc oddech.-Jak to?- dopytuje na granicy omdlenia.

-No mam. Olę. Od trampoliny. Co jest koleżanką Cioci A. To jest moja dziewczyna, wiesz mamo? Mogę iść z nią na randkę.

A idź!-myślę sobie, a ja tu zostanę stara taka, samotna, z tym obiadem ugotowanym dla Ciebie, z tymi ubraniami poprasowanymi, poukładanymi równo w komodzie, tym jogurtem w lodówce, który tak lubisz. Idź, a ja będę gapić się taka samotna w telewizor, wzrok przy tym tracąc i nerwy. Idź i nie myśl o mnie, dam sobie radę, Ty baw się dobrze.

Będę trudną teściową. Wiem to na pewno.

 

Szafa Franka

Francyś, jak prawdziwa gwiazda i najprawdziwszy jedynak posiada szafę bez dna. Fakt, że jest jedynym malutkim w naszej najbliżej rodzinie sprawia, że Dziedzic ma chyba każdą koszulkę z Zygzaciem, jaką wyprodukowano. Jednak zakupienie odpowiedniej garderoby takiemu chłopcu, to nie lada wyzwanie.

Nie wiem, jak to jest u innych mięśniaków z respiratorami. Opowiem Wam za to, czym różni się szafa czteroletniego Franka, który nosi ze sobą respirator, ma rurę, waży niespełna 10 kg i ma nieco poniżej jednego metra wzrostu od szafy zdrowych rówieśników. Do tego F. w zasadzie jest chudziną na chudzinami, z wątłymi ramionkami, opadającym stopami, długaśnymi nogami i wątłą pupą. Wpis będzie stricte modowy- wolę uprzedzić Panów Czytaczy, a dla miłych Pań- to, co tygryski lubią najbardziej! Szoping z Dziedzicem! :)

Spodnie

Teoretycznie sprawa jest prosta. W grę powinien wchodzić rozmiar 92, 98 lub 104. No to prawie nie ma na co narzekać! No właśnie prawie. Te 92 są zazwyczaj dobre w pasie, ale zbyt krótkie, te 98 bywają dobre w pasie, ale są nadal zbyt krótkie, zaś te 104 są zdecydowanie zbyt duże. Nogawki fruwają, jak im wiatr zawieje, że już nie wspomnę o tym, że zwężanie takich spodni w pasie to prawdziwa mordęga. Preferujemy dresy. To ważne, żeby nie miały szyć i kieszeni na pupie- Franek przecież siedzi przez cały dzień i wszelkie naszycia odciskają mu się na skórze. Ważne jest także to, żeby miały dość obcisłe nogawki. Te szerokie na chudych nóżkach wyglądają po prostu słabo- a przecież wiadomo- nie pozwolimy Franklinowi wyglądać słabo!

Bluzki, bluzy, bluzeczki, koszulki, koszule

Tutaj jest nieco prościej niż w przypadku spodni. Kupujemy Frankowi nawet te bluzki, które są wkładane przez głowę. Przyznam szczerze, że jeszcze trzy lata temu każde odłączenie Franka od respiratora było dla nas mega wyzwaniem. Teraz, kiedy Dziedzic jest dużo mocniejszy oddechowo- nie ma żadnego problemu. W zasadzie od pasa w górę Franek ubierany jest bez rury podłączonej do respiratora. Zastanawiacie się nad krojem? Ano też nie  jest prosto. Trzeba się nagimnastykować, żeby bluza, czy sweter nie wyglądały jak na wieszaku. Do tego Franek już dawno mentalnie wyrósł z działu dla niemowlaków, a kupienie czegoś w przedziale 2-9 lat to zawsze przygoda. Do tego, z tego samego powodu, co kieszeni, unikamy kapturów. Żeby nie gniótł w plecy. No i raczej nie korzystamy z szelek. Z podobnej przyczyny- gniotą w plecy. Od zawsze jesteśmy w rozmiarze 92-98. Najłatwiej wybrać coś Frankowi.

Kurtka zimowa

Piszę o zimowej, bo temat na topie. W ostatni wtorek przemierzyliśmy z Dziedzicem sześćset milionów razy galerię w poszukiwaniu czegoś w sam raz. I tak: kiedy w jednym sklepie w rozmiarze 98 Franek tonął, w innym był on za mały. Zaś 104 pokonywał nas wszędzie. Pikowane- odpadają, bo tonie. Generalnie te wielkie, te narciarskie, te z kapturami ogromnymi, płaszcze z guzikami na plecach, kożuszki- nie dla nas. Nie znaleźliśmy ideału, więc przystało na tym, co było najbliższe. Miał być kaptur odpinany, jest przyszyty na stałe, ale wątły- postawimy na grubą czapkę. Poza tym stanęło na 98, które w owym sklepie okazało się przyduże- będzie na za rok.

Buty

Jak sięgam pamięcią, a jestem dość pamiętliwą bestią, nie rozstajemy się z rozmiarem 20. Z butami jest taki problem, że Franiowe stopy opadają. Najbardziej obrazowo? Kąt między stopą, a nogą to prawie 180 stopni. Poza tym Franek sam nie wsunie stopy do buta, trzeba mu ją włożyć i palcami wyprostować paluszki u stóp, które przy wkładaniu mogą się zawinąć. Buty muszą być więc z dostępem do całej stopy. Najczęściej kupujemy takie zapinane na zamek z boku, a zimowe udało się nabyć na rzepy. Cztery rzepy odpinane od góry do dołu. Poza tym bytu muszą być stabilne- odpadają więc papcie z materiału i klapki. Staramy się kupować takie, w których siła Frankowych nóg ich nie wykoślawi- idealne są więc takie do wysokości kostki. I żeby był kolorowe. ;)

Stylizacja na zimno

Czapki są bezproblemowe- zawsze znajdziemy coś dla siebie, więc jest ich spory zapas. Do tej pory korzystaliśmy z rękawiczek z jednym palcem, bo Franio ma problem z rozprostowaniem paluszków u dłoni. W tym roku- jeśli znajdziemy takie mini, pokusimy się o pięciopalcowe- wszak to będzie dla nich dodatkowy trening! Rajstopy? Temat rzeka. Nasz syn jest z tych z zimnego chowu. Nigdy, przenigdy, jakem Matka Anka- Franek nie nosił rajstop. Prababcie mają zawał, kiedy świeci gołymi łydkami jesienią. Na swoją obronę dodam tylko, że bezrajstopowy sposób bycia nie owocuje przeziębieniami już od kilku sezonów, więc rajstop nie będzie- never! Zdarzają się kalesonki- kiedy idziemy na sanki i jest zimniej niż minus pięć stopni.

Koce, okrycia

Franek korzysta z kocyków (ukochany pomarańczowy z żyrafą wygląda już jak psu z gardła, ale Dziedzic kocha i już). Okrywamy mu nogi, kiedy jest rześko- nie rusza nimi więc jest mu dużo chłodniej niż nam. Dziedzic jest raczej z tych zimnolubnych, więc kiedy mu zbyt okryty zaraz oblewa się potem i złością na rodzica. Zatem nie przegrzewamy i koce raczej z tych cieńszych.

Marzą mi się ładne kolorowe, dostosowane do siedzących i leżących na stałe ubrania. Takie, żeby nie uwierały, żeby nie uczulały, żeby przepuszczały powietrze, żeby były stosowne do pory roku i żeby nie były bure tylko dlatego, że dla niepełnosprawnych… Może kiedyś powstanie taka kolekcja. Czy to zbyt niszowe? Halo! Projektanci! Modeli znajdziecie na pęczki. ;)

Geograf

Tak sobie myślę, że jeśli spełnią się wszystkie Wasze życzenia, to nie grożą Frankowi żadne cosie, żadne katary i nawet pół grama kaszlu. Dziękujemy Wam za najzdrowsze życzenia świata, bo wiecie, że co jak co, ale zdrowie jest u nas szczególnie ważne.

Tymczasem nasz pełen sił i zdrowia Franciszek czteroletni przechodzi ostatnio samego siebie. Dodaje, odejmuje, zna wszystkie znaki drogowe, czyta, buszuje po internecie i uczy się geografii. Do tego dochodzą treningi piłki nożnej- wiem, jak to brzmi, ale moi chłopcy naprawdę chodzą na piłkę nożną. Zatem piłka nożna i chyba za chwilę angielski. Nie, to nie my mu to wymyślamy. To Francyś chce, zaczepia i pyta. Chłonie ogromne pokłady wiedzy, a ku uciesze Taty i Babci Domowej zna wszystkie oceany, wie, gdzie leży Australia i bezbłędnie odnajduje Polskę w Europie. I naprawdę w ubiegłą środę skończył dopiero cztery lata.
To jak już się tak chwalę, to mam nawet dowód i nie zawaham się go użyć: