Kiedy Twoje dziecko dorasta

W życiu każdej matki, a już szczególnie w życiu matki jedynej, jedynaka znaczy, przychodzi taki moment, że potrzeba dużo korektora pod oczy i jeszcze więcej mocnych nerwów, bo (jacież kręce już?) syn dorasta. Nie ma żadnych zapowiedzi, maili, listów poleconych, nikt nie daje znaków, teściowa nie ostrzega (wszak jej syna porwałaś właśnie Ty), nie ma tego w instrukcji obsługi ani encyklopedii. Bierze sobie więc taki uroczy, maleńki, różowy taki, pudrem pachnącym i zaczyna dorastać. Pytacie, po czym poznać? Otóż z racji tego, że u nas najprawdopodobniej zaczęło się, a Was moje miłe- czytające, posiadające dzieci (synów chyba dokładniej, mam wrażenie, że matki córek mają łatwiej, jeśli nie- wyprowadźcie mnie z błędu, proszę,) otóż, ponieważ jest Was tutaj całkiem sporo, a ja słynę z dobroci serca (nie śmiej się mężu!) i totalnie zerowej asertywności, podzielę się z Wami owymi symptomami. Będzie Wam łatwiej. Otóż: Wasze dziecko dorasta, kiedy…

…nagle okazuje się, żeś nie godna noży pomocnikom kucharzy w hells kitchen ostrzyć

Kiedy dziecię Twe było ciut mniejsze robiłaś przeciery, zupki, kompociki, kanapeczki, kaszunie- i on to wszytko z uśmiechem i wdzięcznością do zera. I choć głosiłaś, że niejadkiem jest, to zawsze, ale to zawsze Twoja kuchnia była tą the best, tą do poradników kulinarnych, tą od mamusi. A teraz? Teraz moja droga przegrywasz z zupką warzywną z przedszkola, kanapką z serem od Babci i każdą jadłodajnią, która nie jest Twojego autorstwa. Nagle okazuje się, że w kuchni to Ty możesz i owszem, ale pozmywać, ale za gotowanie to się lepiej nie bierz. Paznokcie umaluj! Dzieć i tak woli zjeść nie to, co akurat zaproponujesz, to przynajmniej dłonie będziesz miała zadbane. Żeby już tak do końca nie deptać Twojej psychiki droga Matko, napiszę tylko, że za lat parę, jak już żonę miał będzie, to ta żona na sto procent usłyszy: „ale moja mama to tę zupę inaczej robiła”, przy czym inaczej będzie oznaczało wiesz co- wygrałaś!

…jesteś siedemnasta w rankingu popularności i to tylko po znajomości.

Biegniesz, ba na skrzydłach miłości lecisz z tej roboty po ciemku, bo godzinę przestawili, drogą nieoświetloną na skróty, żeby było szybciej, żeby już, żeby za chwilę. Zakupy robisz na szybko albo przez internet, po przekroczeniu progu domu telefon służbowy masz w najgłębszej… kieszeni swojej przepastnej torby, nie dojadasz obiadu, co Ci go mąż w wielkiej łaskawości swej podgrzał, promienna, radosna, już wiesz, jak mu czas zaanimujesz. Zaczynasz wertować, szukać, książeczki ulubione, klocki, może piłka, może kredki, pisaki, globus, czytanie, lepienie, cięcie, klejenie. Czego to Ty teraz mu nie zaproponujesz! Jak będzie ekstra! Jak fajnie! Już witasz się z gąską, z nim znaczy i słyszysz tym tonem, które zwiastuje tylko katastrofę: „Mamo! Ja jestem teraz zajęty. Bawię się z Amelką, a potem mam plan oglądać rajdy samochodowe i mecz z tatą. Mamo. Troszkę mi przeszkadzasz.” Kiedy tylko odzyskasz przytomność, spędź wieczór delektując się tym, że on się tak pięknie potrafi sam zaanimować, bo przecież, kiedy przyjdzie noc ciemna głucha, to i tak zawoła, że do Ciebie chce, do dużego łóżka.

…porzucenie w przeszłości myśli o założeniu bloga modowego, to był strzał w dziesiątkę

No cóż tu się rozpisywać: „Mamo! Nie założę tej bluzy z napisem <i love my mummy>, zrozum w końcu.”  To było wczoraj. Jeszcze próbuję zrozumieć.

 

Jej portret

babelkiPowinna Go kochać. To przede wszystkim. Ojej. Już nie musi mieć pięciu habilitacji, znać sześciu języków i posiadać na koncie co najmniej jednej kwalifikacji olimpijskiej. Może być brunetką. Nie to, że jestem uprzedzona do ciemnowłosych. Chyba nawet lepiej, żeby była brunetką, bo ten blond mógłby być usprawiedliwieniem dla jej gaf. Gaf, których na pewno popełni milion- przecież zawsze tak jest. I może byłoby lepiej, gdyby nie tak od razu chciała się ze mną zaprzyjaźniać. Dystans jeszcze nikomu nigdy nie zaszkodził. Gotować musi umieć- koniecznie! Mam nadzieję, że zorientuje się szybko, że on lubi chrupiące ziemniaczki i mięsko. I jest fanem maślanki. Najwyżej jej przypomnę, gdyby zapomniała. Byłoby dobrze, gdyby lubiła porządek. On lubi, kiedy wszystko jest na swoim miejscu- łatwiej Mu się wtedy odnaleźć. Strasznie go irytuje, kiedy Jego ulubione książki są przekładane na inne półki. Świeże powietrze! Muszą dużo spacerować. Najlepiej codziennie. I odwiedziny. Ustalimy to na początku, że wpadamy do nich regularnie, Wigilia u nas i jeden niedzielny obiad. Dostosuje się… Przecież ma Go kochać.

No i może powinna wiedzieć, że ja mam rację.

Niania dla Franka? Nie… Moja potencjalna przyszła synowa. Skąd ten pomysł, zapytacie? Z tej scenki domowej:

Zaproszeni na pizzę do znajomych, postanowiliśmy poprosić Ciocię M. o opiekę nad Dziedzicem. Niestety dla nas, a na szczęście dla Cioci chłopaka- M. miała randkę. W związku z tym zapadła szybka decyzja, że Franek idzie z nami.

-Franio, co sądzisz o tym, żeby iść z nami do Wujka od Pszczółek?- zagaił Tata, wiedząc już, że z opieki Cioci M. nici.

-A nie zostaję z Ciocią? – zaintrygowany nagłą zmianą planów Franklin, zaczyna drążyć.

-Nie, bo Ciocia ma randkę-wyjaśniamy zgodnie z prawdą.

-To ja pójdę na randkę z M!- oświadcza radośnie nasz Młodzieniec i już jest niemal gotowy do zakładania kurtki

-Franek, Ciocia M ma swojego chłopaka, to z nim chodzi na randki- tłumaczymy, bo Franio zna i lubi randkowicza Cioci- ty będziesz mógł pójść na randkę, jak będziesz miał dziewczynę.

-Ja mam dziewczynę.- odpowiada, a huk pękającego serca matki słychać na Madagaskarze.

-Dziewczynę???- pyta zszokowana kobiecina, z trudem łapiąc oddech.-Jak to?- dopytuje na granicy omdlenia.

-No mam. Olę. Od trampoliny. Co jest koleżanką Cioci A. To jest moja dziewczyna, wiesz mamo? Mogę iść z nią na randkę.

A idź!-myślę sobie, a ja tu zostanę stara taka, samotna, z tym obiadem ugotowanym dla Ciebie, z tymi ubraniami poprasowanymi, poukładanymi równo w komodzie, tym jogurtem w lodówce, który tak lubisz. Idź, a ja będę gapić się taka samotna w telewizor, wzrok przy tym tracąc i nerwy. Idź i nie myśl o mnie, dam sobie radę, Ty baw się dobrze.

Będę trudną teściową. Wiem to na pewno.

 

Szafa Franka

Francyś, jak prawdziwa gwiazda i najprawdziwszy jedynak posiada szafę bez dna. Fakt, że jest jedynym malutkim w naszej najbliżej rodzinie sprawia, że Dziedzic ma chyba każdą koszulkę z Zygzaciem, jaką wyprodukowano. Jednak zakupienie odpowiedniej garderoby takiemu chłopcu, to nie lada wyzwanie.

Nie wiem, jak to jest u innych mięśniaków z respiratorami. Opowiem Wam za to, czym różni się szafa czteroletniego Franka, który nosi ze sobą respirator, ma rurę, waży niespełna 10 kg i ma nieco poniżej jednego metra wzrostu od szafy zdrowych rówieśników. Do tego F. w zasadzie jest chudziną na chudzinami, z wątłymi ramionkami, opadającym stopami, długaśnymi nogami i wątłą pupą. Wpis będzie stricte modowy- wolę uprzedzić Panów Czytaczy, a dla miłych Pań- to, co tygryski lubią najbardziej! Szoping z Dziedzicem! :)

Spodnie

Teoretycznie sprawa jest prosta. W grę powinien wchodzić rozmiar 92, 98 lub 104. No to prawie nie ma na co narzekać! No właśnie prawie. Te 92 są zazwyczaj dobre w pasie, ale zbyt krótkie, te 98 bywają dobre w pasie, ale są nadal zbyt krótkie, zaś te 104 są zdecydowanie zbyt duże. Nogawki fruwają, jak im wiatr zawieje, że już nie wspomnę o tym, że zwężanie takich spodni w pasie to prawdziwa mordęga. Preferujemy dresy. To ważne, żeby nie miały szyć i kieszeni na pupie- Franek przecież siedzi przez cały dzień i wszelkie naszycia odciskają mu się na skórze. Ważne jest także to, żeby miały dość obcisłe nogawki. Te szerokie na chudych nóżkach wyglądają po prostu słabo- a przecież wiadomo- nie pozwolimy Franklinowi wyglądać słabo!

Bluzki, bluzy, bluzeczki, koszulki, koszule

Tutaj jest nieco prościej niż w przypadku spodni. Kupujemy Frankowi nawet te bluzki, które są wkładane przez głowę. Przyznam szczerze, że jeszcze trzy lata temu każde odłączenie Franka od respiratora było dla nas mega wyzwaniem. Teraz, kiedy Dziedzic jest dużo mocniejszy oddechowo- nie ma żadnego problemu. W zasadzie od pasa w górę Franek ubierany jest bez rury podłączonej do respiratora. Zastanawiacie się nad krojem? Ano też nie  jest prosto. Trzeba się nagimnastykować, żeby bluza, czy sweter nie wyglądały jak na wieszaku. Do tego Franek już dawno mentalnie wyrósł z działu dla niemowlaków, a kupienie czegoś w przedziale 2-9 lat to zawsze przygoda. Do tego, z tego samego powodu, co kieszeni, unikamy kapturów. Żeby nie gniótł w plecy. No i raczej nie korzystamy z szelek. Z podobnej przyczyny- gniotą w plecy. Od zawsze jesteśmy w rozmiarze 92-98. Najłatwiej wybrać coś Frankowi.

Kurtka zimowa

Piszę o zimowej, bo temat na topie. W ostatni wtorek przemierzyliśmy z Dziedzicem sześćset milionów razy galerię w poszukiwaniu czegoś w sam raz. I tak: kiedy w jednym sklepie w rozmiarze 98 Franek tonął, w innym był on za mały. Zaś 104 pokonywał nas wszędzie. Pikowane- odpadają, bo tonie. Generalnie te wielkie, te narciarskie, te z kapturami ogromnymi, płaszcze z guzikami na plecach, kożuszki- nie dla nas. Nie znaleźliśmy ideału, więc przystało na tym, co było najbliższe. Miał być kaptur odpinany, jest przyszyty na stałe, ale wątły- postawimy na grubą czapkę. Poza tym stanęło na 98, które w owym sklepie okazało się przyduże- będzie na za rok.

Buty

Jak sięgam pamięcią, a jestem dość pamiętliwą bestią, nie rozstajemy się z rozmiarem 20. Z butami jest taki problem, że Franiowe stopy opadają. Najbardziej obrazowo? Kąt między stopą, a nogą to prawie 180 stopni. Poza tym Franek sam nie wsunie stopy do buta, trzeba mu ją włożyć i palcami wyprostować paluszki u stóp, które przy wkładaniu mogą się zawinąć. Buty muszą być więc z dostępem do całej stopy. Najczęściej kupujemy takie zapinane na zamek z boku, a zimowe udało się nabyć na rzepy. Cztery rzepy odpinane od góry do dołu. Poza tym bytu muszą być stabilne- odpadają więc papcie z materiału i klapki. Staramy się kupować takie, w których siła Frankowych nóg ich nie wykoślawi- idealne są więc takie do wysokości kostki. I żeby był kolorowe. ;)

Stylizacja na zimno

Czapki są bezproblemowe- zawsze znajdziemy coś dla siebie, więc jest ich spory zapas. Do tej pory korzystaliśmy z rękawiczek z jednym palcem, bo Franio ma problem z rozprostowaniem paluszków u dłoni. W tym roku- jeśli znajdziemy takie mini, pokusimy się o pięciopalcowe- wszak to będzie dla nich dodatkowy trening! Rajstopy? Temat rzeka. Nasz syn jest z tych z zimnego chowu. Nigdy, przenigdy, jakem Matka Anka- Franek nie nosił rajstop. Prababcie mają zawał, kiedy świeci gołymi łydkami jesienią. Na swoją obronę dodam tylko, że bezrajstopowy sposób bycia nie owocuje przeziębieniami już od kilku sezonów, więc rajstop nie będzie- never! Zdarzają się kalesonki- kiedy idziemy na sanki i jest zimniej niż minus pięć stopni.

Koce, okrycia

Franek korzysta z kocyków (ukochany pomarańczowy z żyrafą wygląda już jak psu z gardła, ale Dziedzic kocha i już). Okrywamy mu nogi, kiedy jest rześko- nie rusza nimi więc jest mu dużo chłodniej niż nam. Dziedzic jest raczej z tych zimnolubnych, więc kiedy mu zbyt okryty zaraz oblewa się potem i złością na rodzica. Zatem nie przegrzewamy i koce raczej z tych cieńszych.

Marzą mi się ładne kolorowe, dostosowane do siedzących i leżących na stałe ubrania. Takie, żeby nie uwierały, żeby nie uczulały, żeby przepuszczały powietrze, żeby były stosowne do pory roku i żeby nie były bure tylko dlatego, że dla niepełnosprawnych… Może kiedyś powstanie taka kolekcja. Czy to zbyt niszowe? Halo! Projektanci! Modeli znajdziecie na pęczki. ;)

Geograf

Tak sobie myślę, że jeśli spełnią się wszystkie Wasze życzenia, to nie grożą Frankowi żadne cosie, żadne katary i nawet pół grama kaszlu. Dziękujemy Wam za najzdrowsze życzenia świata, bo wiecie, że co jak co, ale zdrowie jest u nas szczególnie ważne.

Tymczasem nasz pełen sił i zdrowia Franciszek czteroletni przechodzi ostatnio samego siebie. Dodaje, odejmuje, zna wszystkie znaki drogowe, czyta, buszuje po internecie i uczy się geografii. Do tego dochodzą treningi piłki nożnej- wiem, jak to brzmi, ale moi chłopcy naprawdę chodzą na piłkę nożną. Zatem piłka nożna i chyba za chwilę angielski. Nie, to nie my mu to wymyślamy. To Francyś chce, zaczepia i pyta. Chłonie ogromne pokłady wiedzy, a ku uciesze Taty i Babci Domowej zna wszystkie oceany, wie, gdzie leży Australia i bezbłędnie odnajduje Polskę w Europie. I naprawdę w ubiegłą środę skończył dopiero cztery lata.
To jak już się tak chwalę, to mam nawet dowód i nie zawaham się go użyć:

Urodziny w Uciechowie

Nie tak dawno temu, bo dokładnie dziś i wcale nie tak daleko, bo tuż obok w Uciechowie spotkali się bliscy naszemu Franciszkowi koledzy, by świętować jego czwarte urodziny. Ponieważ miejsce zostało wybrane zupełnie nieprzypadkowo, wiadomym było, że czekają nas czary i bajki. Do królestwa Uciechowa zjechali Bartkowie Pierwszy i Drugi, Bolo, Zuzu i Tymuś, Kubutek, Wera i Ciocia A.- wszyscy gotowi na najfajniejszą imprezę w mieście. I powiem Wam, że tak samo oczarowani byli mali, jak i duzi. Ale jak tu nie być oczarowanym, kiedy z nieba lecą mydlane bańki:

4jpgStary pomarańczowy wózek staje się nagle superszybkim autem wyścigowym:

3A do konstruowania tychże pojazdów angażują się ci już całkiem pełnoletni:

5Na takiej imprezie, to i makijaż przydaje się oryginalny:

7By mimo tego główną atrakcją wieczoru pozostał sam Jubilat:

1Przez cały wieczór uśmiech nie schodził z ust wszystkich uczestników zabawy. Franek co i rusz powtarzał: „Mamo bardzo mi się podobają te urodziny”, a pozostałe dzieci wybiegały się, jak szalone. Baaaaardzo dziękujemy naszym kochanym Gościom za umilenie tego ważnego dnia naszemu CZTEROLATKOWI (!!!-duma, duma, duma), a Artystom z Uciechowa przesyłamy najserdeczniejszy szczerbaty, szczęśliwy uśmiech:

2Za rok wielka piątka!!!

 

Tego nam było trzeba

Za Franiem długi, pracowity i obfitujący we wrażenia dzień. Za nami także. W ramach konsultacji odwiedziliśmy dziś Poznań. Naszym celem była wizyta u Profesora Kotwickiego i Pani Dr od Brzuszka, jak nazwał Panią Dr zajmującą się żywieniem Franio.

Nasi mili. Prof. powiedział, że od ostatniej wizyty Francyś wykonał ogromną pracę, jego ręce są DUŻO silniejsze, nogi DUŻO silniejsze, plecy (choć krzywe) pięknie porozciągane i gołym okiem widać wzrost formy we Franciszkowym ciałku. Popracować musimy na łokciem, co wg i rehabilitantów i Profesora nie jest tragedią i próbować wzmocnić nadgarstki. Ciałko to choć chudziutkie i wątłe ma w sobie wielki hart ducha i wymyka się wszystkiemu temu, czemu wymknąć się da. Prof. utwierdził nas w przekonaniu, że to, co robią nasi rehabilitanci zasługuje na wszystkie medale, jakie mamy i musimy ich za to mocno wyściskać. Niemała też w tym Wasza zasługa, bo wszystkie Franiowe treningi pokrywamy ze środków zgromadzonych na fundacyjnym subkoncie. Czujcie się zatem współodpowiedzialni za to, co osiąga Franio. Mocno Wam dziękujemy.

A skoro wspomniałam już o chudym i wątłym ciałku. Pani Doktor od Brzuszka brzuszek ów obejrzała, przyszczypnęła łydkę, obejrzała pupę, pomyziała po policzkach i z uśmiechem powiedziała, żeśmy sobie fantastycznego syna sprawili. Bo choć małe to i chude, to wcale nie niedożywione, co siało nam zamęt w głowie. Taka już Francysiowa uroda. Kiedy się urodził, już był poniżej siatek centylowych, więc nawet z nich nie miał szans wypaść. Na szczęście cały czas rośnie równo, przybiera na wadze mało, ale równo i ciągle jest proporcjonalnie poniżej tych mądrych siatek. Pani Doktor uznała więc, że nie ma co Dziedzica bez sensu dodatkowo dokarmiać i paść odżywkami, bo na to zawsze przyjdzie czas. Lubimy takie Panie Doktor, co to w nosie mają statystyki i wytyczne, a w sercu pacjentów. Musimy popracować nieco nad wydalaniem tego, co zjadł Franio i już możemy odpalać fajerwerki. Pani Doktor powiedziała nam, że na odżywki, pega, dokarmianie być może przyjdzie czas, ale na pewno nie szybko i nie teraz. I możemy ten zamęt w głowie uspokoić i karmić Frania tym, co lubi.

Miód na nasze serca. Było nam tego trzeba. Takich wiadomości. Takich wytycznych. Szczególnie przed jutrem. ;)

Na koniec, by wlać też trochę uśmiechu dialog z gabinetu:

-Doktor, a ty mi nie założysz gorsetu?-pyta profesora K. nasz Franio

-Nie. Skądże. Świetnie radzisz sobie bez gorsetu- odpowiada zapytany.

-To dobrze, bo ja bardzo, bardzo nie lubię gorsetów.

Na następną wizytę to chyba pojedzie już sam.

 

Ciągle ma nas na oku

Z potworzastym to już tak jest, że lubi o sobie czasem przypomnieć. Ciągle ma nas na oku. Dlatego nauczeni kilkoma poprzednimi razami, nie tracimy czujności ani na chwilę. Zawsze, kiedy tylko dzieje się coś niepokojącego, zasięgamy rady specjalistów. Tak jest i tym razem. Tak, dobrze czytacie. Tym razem. Mamy właśnie ten raz, a nawet dwa.

Ostatnio nasza Ania rehabilitantka zauważyła, że Franiowe łokcie dopadły lekkie przykurcze. Mimo, że zaprawieni w boju, staramy się nie wyolbrzymiać dolegliwości Dziedzica, te łokcie mocno nas zmartwiły. Myślimy, że to być może od tego, że Franek w głównej mierze siedzi i opiera łokcie o blat stolika, blatu na którym się bawi. W ten sposób zastały się i przykurczyły. Ciocia Ania pokazała Frankowemu Tacie, jak pracować z rączkami Franka, a Ciocia Monika wprowadziła dodatkowe zajęcia łokciowe na rehabilitacji i zapewniła nas, że to nic groźnego i że postarają się szybciutko owym przykurczom zaradzić. Jak wiecie, nasi rehabilitanci jeszcze nigdy nie zawiedli pokładanych w nich nadziei, mam więc nadzieję, że tak będzie i tym razem. Co nie zmienia faktu, że mając w domu Franeczka  z potworem w kapturze, musimy pilnować wszystkiego i każda taka wiadomość kosztuje nas wiele nerwów i emocji.

Ledwo złapaliśmy w ryzy strach o Dziedzicową sprawność rąk, przyszła niedziela. Ta wczorajsza. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że wylądowaliśmy na izbie przyjęć w szpitalu. Wiem, macie zawał. Już tłumaczę: Franio w nocy był dość niespokojny, nie miał problemów z oddychaniem, ale popłakiwał aż wylądował w naszym łóżku. Od rana pojechaliśmy na zakupy i w markecie dwa razy sytuacja powtórzyła się. Franek wpadł w niepokój i poprosił o ambu. Zaczęliśmy więc oglądać Juniora, co i jak. Już rano zaniepokoił nas fakt, że pielucha po nocy jest totalnie sucha. Zdarzało się to już wcześniej, wszak Młodzieniec jest już prawie czterolatkiem, ale nigdy w tym natężeniu. Do południa Franio nie załatwił się, pęcherz spuchł, a Dziedzic był już niespokojny. Po szybkiej konsultacji z naszym nieocenionym Doktorem Opiekunem pojechaliśmy do szpitala na cewnikowanie. Z tysiącem myśli z tyłu głowy. Na 10 sekund przed zabiegiem Franciszek totalnie wyluzował się, pieluchę napełnił, a Doktor Chirurg odstąpił od działania, sugerując obserwację. Wiemy, że dzieci z mięśniówkami cierpią na pęcherz neurogenny, ale nigdy wcześniej nie zaobserwowaliśmy u Franka czegoś, co mogło wzbudzić nasze zmartwienie. Teraz się wzbudziło. Doktor Chirurg (przemiły i przesympatyczny i w ogóle taki prze na plus) obiecał, że w razie czego służy radą, a nasz Doktor Opiekun wyraził nadzieję, że był to jednorazowy wypadek przy pracy i że już się to nie powtórzy. Zatem obserwujemy i realizujemy skierowania na badania.

Nudy nie ma.

Kalendarz wypełniony na kilka tygodni do przodu.

Na szczęście nie tylko zmartwieniami.

Pan Przedszkolak

Z dumą przyznaję i obwieszczam, że Franio jest już rasowym przedszkolakiem! Dziedzic opiera się przedszkolnym bakteriom i zarazkom i (odpukać w puste!!!) mieliśmy do tej pory nieprzyjemność wyłącznie z lekkim katarem, z którego nie rozwinęło się nic poważnego. Francyś swoje przedszkole uwielbia. Pani Ela stała się specjalistką i argumentem na wszystko. Nie wiem, czy Pani Ela zdaje sobie sprawę z wpływu, jaki wywiera na Dziedzica, ale przyparty do muru Młodzieniec twierdzi, że Pani Ela pozwala na wszystko, łącznie z obgryzaniem paznokci! (Z przekazu Taty Franka wiem, że to nieprawda, ale te wielkie niebieskie oczyska są mi w stanie wmówić wszystko). Poza tym wsparte maminą zazdrością i drżeniem serca pojawiły się też ulubione koleżanki. Dziewczęta znaczy. Ten rodzaj koleżanek, na opowieści o których skacze mamina powieka i pojawia się nerwowy tik. Gabrysia i Oliwka to już stałe bohaterki przedszkolnych opowieści, a ja jakoś mimo wszystko zaocznie nabrałam do nich sympatii. Wszak, jeśli dbają o mojego syna… A dbają wszędzie. Dzieciaki w przedszkolu Frania są fantastyczne! Pamiętają angażować go do wszelkich zabaw, chcą być w parze na spacer, pchają wózek, znają już ambu i wiedzą, że ssak musi być zawsze gdzieś przy ich koledze. Była już pierwsza wycieczka do lasu, są ulubione obiady i ukochane rytuały.

Do przedszkola Franek chodzi codziennie na trzy godziny. Jeśli dodamy do tego rehabilitację przed i po oraz terapię z logopedą, to jest to naprawdę optymalna ilość. Musicie wiedzieć, że jest to ogromne wyzwanie dla takiego chłopca, jak Franio. Bodźce napływają zewsząd, trzeba być w pełnej gotowości niemal cały dzień. Ma to swoje plusy, Franio wyraźnie wzmocnił się fizycznie, mówi nieco głośniej, a różnorodna dieta podarowała mu tęższe udka i fałdkę na brzuchu. Dzień w przedszkolu Franio spędza zawsze z Tatą. Tata stara się pozostać tłem, jest tam ze względu na bezpieczeństwo Franka i komfort psychiczny zarówno jego, jak i Pań z przedszkola. Obsługa ssaka, odsysanie, przenoszenie, podnoszenie i ubieranie Franka nie jest trudne, ale nie jest też proste. Zatem nasz Tata ma szanse na powtórkę z edukacji. Jestem bardzo dumna z obu moich chłopców.

Pierwsza sesja fotograficzna też była. Aż grzech nie kupić. Poniżej: Franciszek Przedszkolak Pierwszy. Na poważnie się zrobiło.

przedszkolak