Intryga waniliowa

Odkąd Franciszek został niezwykle sprawnym operatorem swojego wózka elektrycznego, nawet na moment nie możemy spuścić go z oka. Już dwa razy nam zwiał, za nic mając sobie nasze zawały. Na szczęście w tej swojej samodzielności jest niezwykle ostrożny, więc zatrzymuje się na poboczu, kiedy widzi auto i (no dobra) stara się omijać kałuże. Dlatego, żeby sprawdzić jego samodzielność w świecie, na spółkę z naszą sąsiadką uknułyśmy intrygę waniliową!

Oto bowiem w naszym domu nagle zabrakło cukru waniliowego! Straszne prawda? Normalnie wzięłabym nogi za pas, poszła po cukier i wróciła za… no dłuższe pół godziny. Ale nie tym razem. Tym razem nie mogłam pójść. Wysłałam więc mojego niespełna pięcioletniego, podłączonego do respiratora, niepełnosprawnego (AAAAAAAAA) syna po cukier do sąsiadów. Aga została poinformowana telefonicznie, że za chwilę pod jej bramę zajedzie Francesco w swojej wyścigówce i że pożyczy troszkę cukru. Tym samym całkiem przypadkowo spacerowała za bramą, mając baczenie na podjazd. Franek zaś cały w skowronkach wyruszył z pierwszą dorosłą misją! Obserwowany z garażu przez Tatę i przez ukrytą w krzaczorach Mamę. Wyruszył… i klapa! Okazało się, że na odcinku stu metrów ( w obie strony!) niezwykle ciekawa może być studzienka kanalizacyjna (zatrzymał się na chwilę), traktor sąsiada (kolejna chwila), aż w końcu odpadł totalnie i pojechał „coś sprawdzić mamo!” w przeciwnym kierunku. Już myśleliśmy, że nici z pierwszej odpowiedzialnej misji Francesca, ale chłopaczysko dało się przekonać i zanim Ciocia Aga zapuściła korzenie za bramą, dojechał na miejsce! Dojechał, poprosił o cukier, zdefraudował kilka truskawek, pogadał z dzieciakami i wężykiem (!), środkiem drogi (!!), mówiąc dzień dobry pozostałym sąsiadom wrócił szczęśliwie do domu.

Tak, wiem. Jestem złą matką ;)

A potem zapytał, czy może jechać do sklepu!

cukier/oznaczyłam czerwoną krzywą strzałką, bo przecież prawie nie widać, taka to była daleka wyprawa!/

5 mitów Franklinowskich

Do grona osób nazywanych niepełnosprawnymi nasz Franciszek dołączył cztery lata temu. W temacie niepełnosprawności jesteśmy jeszcze przedszkolakami, ale z racji tego, że jesteśmy bardzo ambitnymi przedszkolakami, zdradzę Wam dzisiaj, z jakimi mitami dotyczącymi naszego życia z niepełnosprawnym dzieckiem przyszło nam się zmierzyć. Od razu też uprzedzę, że każdy z rodziców takich, jak my ma zapewne swoje mity, inaczej bowiem wygląda życie z dzieckiem, które ma autyzm, czy takim, które zmaga się mózgowym porażeniem lub jest niewidome. Poznajcie więc:

5 Franklinowskich mitów o niepełnosprawności:

1. Skoro Franek leży i się nie rusza (mit sprzed 3 lat), to możecie mu włączyć telewizor i zrobić w domu wszystko, tylko na niego zerkając.

Niby tak, niby nie. No bo wyobraźcie sobie, że chłonny umysł Waszego rocznego dziecka od rana do wieczora karmiony jest telewizyjną papką. To, co do tej pory osiągnął Franio, to efekt jego żmudnej i ciężkiej pracy oraz naszej determinacji. Dzieci, które nie mogą same się poruszać, spojrzeć na słońce lub co gorsza spróbować odwrócić głowę, kiedy ono razi, zawsze potrzebują asysty drugiego człowieka. Nie można było więc Frania pozostawić samemu sobie na kanapie. W ten sposób nigdy nie pokonałby strachu przed wiatrem, deszczem, ostrym słońcem, nie dotknąłby mąki, cukru, kamieni, piasku. Nie jeździłby na rowerze, nie chodził do przedszkola. Dla dzieci leżących, nie poruszających się samodzielnie, nogami i rękami muszą być rodzice. Co z tego, że mielibyśmy sterylnie wysprzątany dom, skoro Franio nie jadłby sam, nie siedział , nie czytał, czy nie mówił. Staramy się, żeby życie Franka w niczym nie ustępowało życiu jego równolatków, ale do wszystkich czynności niezbędni jesteśmy mu my. Dlatego właśnie „przy Franku” można zrobić w domu tyle samo, co przy każdym fajnym, zdrowym pięciolatku- pograć w gry i poczytać Reksia. Non stop. Siedemset dwadzieścia sześć razy. Codziennie. Uwielbiam.

2. Bo Wam się zawsze chce.

O… nie. Zdecydowanie nie! O matko nawet nie wiecie, ile razy tak bardzo nam się nie chce. Rehabilitacja, zakupy, logopeda,umyć okna, przedszkole, ogarnąć ogródek, kardiolog, może jakieś kino, ortopeda, sprzęt, dziadkowie, pomoce do nauki, naprawa wózka, urodziny cioci, rehabilitacja, jeszcze więcej rehabilitacji. Nie ma lekarstwa, można tylko próbować zatrzymać. Pogodzić terminy, nie obciążyć Franka. I mieć przy tym uśmiech od ucha do ucha, żeby Franek też chciał. Czasem tak bardzo nam się nie chce, że odpuszczamy na chwilę. Robimy wagary, prosimy o luzy na ćwiczeniach. Nie chce nam się być rodzicami niepełnosprawnego chłopca. My nimi jesteśmy z całym dobrodziejstwem inwentarza, bo ciągle boimy się, że czegoś nie dopatrzymy, że coś schrzanimy, przegapimy, stracimy szansę. Cytując klasyka: „nie chcem, ale muszem”.

3. Macie łatwiej, bo blog, bo media, bo celebryta Franciszek.

Kurczę, żeby tak właśnie było. To prawda Franio dużo zyskuje na swojej pięknej medialnej buzi i elokwencji tudzież wdzięku osobistym. Dzień policyjny, zaproszenie na pierogi (będziemy niebawem!), znajomości z cyklu Dżem. To z atrakcji. Resztę próbujemy wychodzić sami. Nie o wszystkim piszemy na blogu. Nauczyliśmy rozpoznawać się już, kto chce pomóc Frankowi, spełnić jego marzenie, sprawić mu radość, bo go lubi, a kto dlatego, że medialny ładny Franciszek może przyczynić się do poratowania wizerunku albo pięknego gazetowego artykułu. Przykre jest to, ale kilka osób próbowało ugrać coś dla siebie kosztem Franka. Zawsze, ale to zawsze staramy się tępić takie akcje w zarodku. Słodki i lukrowany blog o uroczym Jaśnie Paniczu będzie nadal słodki, ale dziegciu trochę się już nałykaliśmy w tym czasie.

4. Franio jest w dobrej formie, więc w sumie nie macie się o co martwić.

Przeponowa postać rdzeniowego zaniku mięśni typu smard1 zwana przez nas potworzastym jest nadal chorobą nieuleczalną. W Polsce jest troje dzieci z tym rozpoznaniem. Na świecie pewno nie więcej niż czterdzieścioro. Mamy się o co martwić. Na początku naszej drogi usłyszeliśmy, że mamy 6 wspólnych miesięcy. Szczęśliwcy ocierają się nawet o 2 lata. My jesteśmy razem już prawie pięć. Ale na chorobę Franka nadal nie ma lekarstwa, terapii ani operacji. Każda infekcja osłabia jego mięśnie oddechowe. Każde osłabienie oddechowe osłabia mięśnie odpowiedzialne za ruch. Każdy dzień jest sukcesem. Nie wiadomo, czy i kiedy będzie lek, który uzdrowi naszego syna. Dlatego kochamy i doceniamy to, że Franek tak pięknie siedzi, czyta, liczy, uwielbia czytać atlas, że pięknie je, jeszcze próbuje samodzielnie oddychać. Ale mamy się o co martwić, nadal nie ma leku.

5. Z tego co piszesz, to nie wydaje się, żeby życie z niepełnosprawnym dzieckiem było AŻ TAK trudne, jak trąbią media.

Sami sobie zgotowaliśmy ten los, Wam powiem. I kiedy w czasie wieczornych dyskusji, zaraz po: „ale nie zabieraj tyle kołdry!” , dochodzimy do poważnych rozmów i tematów, a ich wniosek jest taki, że jeśli tylko nic się nie schrzani, to jest nam w życiu całkiem spokojnie, następnego dnia okazuje się, że Franc ma jelitówkę, że siadł oddechowo, albo wózek kosztuje milionpięćsetstodziewięćset i skąd wziąć kasę. Oczywiście standardowo lecimy na ogromnym debecie i w ogóle, ale kto nie leci. Po prostu wychodzimy z założenia, że z takiego życia, jakie nam się ułożyło wyciśniemy, ile się da, więc nie będziemy robić tragedii.                                                                                                    Życie z Franiem nie jest bułką z masłem. Od czterech lat nie przespaliśmy ciągiem ani jednej nocy, chyba, że oddzielnie. Franek w nocy sam się ani nie przykryje ani nie odkryje, nie zmieni pozycji. Zdarzyło się, że kilka razy odłączył się od respiratora. Zdarzyło się, że zatkała mu się rura w czasie snu. Śpimy na wiecznej czujce. I chyba już tak zostanie. Mimo tego, co Młodzieniec potrafi, nadal jest bardzo mocno zależny od nas. W dzień, kiedy odczepi mu się rura, a on zdąży ją złapać- próbuje podłączyć się sam, ale kiedy rura mu ucieknie, musimy być w zasięgu ręki. Musimy być także wtedy, kiedy trzeba poprawić pupę, plecy, wyprostować nogę, podrapać po karku, przewentylować ambu, podnieść coś z podłogi, porysować, ułożyć puzzle, przypominać sobie i jemu, że jest ciągle dzieckiem. Franek nie ubierze się sam, sam nie pójdzie na podwórko. Mimo, że świetnie jeździ na elektryku, zawsze jesteśmy obok (chyba, że ucieknie), bo może się odłączyć, może paść bateria. A wiecie co jest najtrudniejsze? Że będzie tak już zawsze. Że nie poczujemy nigdy tego luzu, jaki spada na rodziców, kiedy dziecko zajmie się samo sobą. Robimy wszystko, żeby Frank był jak najbardziej samodzielny, ale prędko to niestety nie nastąpi.

***

Żeby już nie przynudzać to zdradzę Wam, czego naprawdę chciałam! ;)

Zagłosujcie proszę w inicjatywie placozabawowej Ignacówki——> KLIK KLIK

dołączcie na fejsbuniu——-> KLIK KLIK

Dwa kliknięcia, to tyle co nic, a dzieciaki mogą mieć tyle radości!

 

Matka Kwoka

Rozmawiałyśmy o tym ostatnio z Suzi. Że takie z nas Matki Kwoki. Że tak nam fajnie z naszymi synami.

Weźmie taki jeden z drugim na przykład rozsypie płatki po raz sto siedemdziesiąty czwarty i jak masz już się wkurzyć i za uszy na mróz wystawić, to on spojrzy tymi oczętami niebieskimi, powie, że przepraszam, że to ostatni raz i leżysz na łopatkach i spełniasz kolejne życzenia. Tylko po to, żeby za piętnaście minut znowu rozrzucił płatki na połowie kuchni. Ale Cię kocha przecież. No i pierdołą jest straszną przecież! Pytań zadaje pięć tysięcy i za nic w świecie ma fakt, że na połowę z nich odpowiedziałaś wczoraj. Pewne, że skleroza Ci przy nim naprawdę nie grozi. I to wcale nie chodzi o to, że tych wyjść w szpilkach i z pomadką czerwoną do klubu nie lubisz. I, że czasem masz po prostu ochotę wyjść z siebie i nigdy nie wracać. Albo jak babcia, czy ciocia go weźmie na godzinny spacer, a Ty sobie możesz robić nic. Lubisz to. Lubisz przecież do niego tęsknić.No i przy tym ten mąż, tudzież konkubent bywa zazwyczaj też fajny. Bo z synem i w piłkę pogra i historii milion ciekawych opowie i na męski spacer zabierze.

No, ale siedzisz i przebierasz te płatki białe od czarnych, bo on tak lubi, a ten mąż czy też konkubent jakoś nie ma cierpliwości.

No i wrzucasz po łyżce kukurydzianych, bo on nie lubi miękkich płatków, tylko chrupiące, a facet jak to facet zasypie od razu całą miskę.

No i pamiętasz, żeby monte nie mieszać białego z czekoladą, bo on lubi, jak się tak od góry nabiera, a tata to zawsze miszmasz ze wszystkiego robi.

No i tak sobie myślisz, czy jak umrzesz nagle od pioruna albo z nerwów zwyczajnie jak połowa matek, to czy oni sobie tak sami w tym złym świecie dadzą radę.

I lubisz kiedy te chude lub całkiem pękate rączki się tulą i żyć nie dają i męczą i duszą. I kiedy z płaczem tylko na Twoje kolana ostatnio chce. I kiedy mówi, że kocha Mamę, Michasię i Ewę- dokładnie w tej kolejności.

I gdyby nie fakt, że te rachunki i kredyty i pieluchy i ubrania i jedzenie nawet, to byś sobie była Matką Kwoką na zawsze i wciąż, a nie tam, że jakaś praca, czy coś. I kiedy uświadamiasz sobie, że do wywodu powyższego skłoniło Cię małe czerwone zaproszenie, to myślisz, że pora zbadać hormony. ;)

Zobaczcie! Idziemy na PIERWSZY w przedszkolu dzień Mamy i Taty! tamtaratatamttamamamtamtaaaam!

zapro

Tak. Zwariowałam.

 

Plac zabaw w minutę

Wyobraź sobie, że masz taką moc: w jedną minutę możesz wywołać przyspieszone bicie serca, uśmiech od ucha do ucha, rumieńce na policzkach, radość, śmiechy i zabawę pewnej fajnej grupy dzieciaków. A jest to grupa szczególna, bo są w niej także dzieci, którym o uśmiech nieco trudniej. Jak to zrobić? A… wiedziałam, że Cię skuszę!Zatem wyjaśniam.

Ignacy (klik) nasz kumpel chodzi do przedszkola integracyjnego w Trzebnicy. Przedszkole owo właśnie zabiera swój majdan i przeprowadza się w nowe miejsce. Ale w życiu, jak wiadomo, czasem chodzi też o pieniądze. Mama Ignacego zgłosiła więc pomysł do projektu Avivy (klik, klik). Jeśli pomożemy Ignacówce nazbierać najwięcej głosów w całym kosmosie, to przy owym przedszkolu stanie najfajniejszy plac zabaw ever! Z najprawdziwszą rakietą!

Spójrzcie, oddanie głosu, raz dziennie zajmie Wam minutę, a może okazać się, że poślecie grupę całkiem fajnych przedszkolaków w kosmos!

Prawda, że budowanie placu zabaw to łatwizna? ;)

Krótka instrukcja obsługi:
1. wejdź na stronę zgłoszonej przeze Ignacówkę  inicjatywy  pod adresem:

http://todlamniewazne.pl/inicjatywa,426,nie-trzeba-leciec-w-kosmos-zeby-sie-dobrze-bawic-.html

2. kliknij przycisk „Głosuj” (każdy adres email może poprzeć jedną inicjatywę w konkursie, przy czym z jednego adresu IP można oddać dziennie maksymalnie 10 głosów)

3. po przekierowaniu do formularza głosowania wpisz swój adres e-mail, z którego chcesz zagłosować (można to zrobić z kilku posiadanych adresów, powtarzając dla każdego całą, króciutką procedurę), kod pocztowy (wymagany) i zatwierdzić na dole strony swoją decyzję.

4. po odebraniu w poczcie linka potwierdzającego, zaakceptuj ostatecznie oddanie głosu.

Pamiętacie mój blog roku? Albo na jednym wózku? Co to więc dla Was! Mocno liczymy na kosmiczny plac zabaw w Trzebnicy! Ahoj! :*

Zaplecze sprzętowe

20150512_155006Choroba Frania jest z założenia nieuleczalna. Piszę „z założenia”, bo kiedy cztery lata temu pierwszy raz usłyszeliśmy, na co choruje nasze dziecko, usłyszeliśmy także, że mamy się nie spodziewać jakiegoś spektakularnego odkrycia w temacie leku. Na przekór tym słowom w zeszłym roku w marcu gruchnęła wieść o olesoxime- preparacie, który ma powstrzymywać rozwój SMA1, ale zgodnie z wiedzą naszej Pani Genetyk także Franio mógłby próbować go przetestować. Ponadto Mama Krzysia jest zawodowym szperaczem na każdym forum, gdzie pojawia się nazwa SMARD1 i to dzięki niej wiemy, że w powijakach jest kilka pomysłów na walkę z naszym potworzastym. Wiecie, droga pewnie jeszcze daleka, ale w momencie diagnozy, nie było nawet ścieżki!

Dlatego naszym głównym celem na dziś jest utrzymanie sprawności Frania na jak najwyższym możliwym poziomie. Jeśli bowiem kiedyś pojawi się lek/preparat/operacja/czar i magia na pokonanie potworzastego, Franio musi mieć wystarczająco dużo siły, by z tej sposobności skorzystać. Z iście matczynym sarkastyczny „pff” wspominam więc specjalistów, którzy mawiali nam, że „nie ma sensu, żebyśmy rehabilitowali tak intensywnie/pionizowali/trenowali/zabierali do domu (!!!)/wozili na terapię i inne takie mądrości, bo choroba jest PRZECIEŻ NIEULECZALNA”. Sami wiecie, że nie mieli racji i że Franek po kolei zagrał na nosie wszystkim takim statystykom.

Niestety dla nas, a raczej przede wszystkim dla Frania, smard1 okazał się wyjątkowo trudnym przeciwnikiem. Dziś sen z powiek nam i naszym najbliższym opiekunom spędzają dwie rzeczy: plecy Franka i jego masa. Francysiowy kręgosłup zwija się w brzydkie „S”, miednica rządzi się sama i żyje własnym życiem brzydko skręcając, a bezmięsne kostki coraz trudniej mają całość utrzymać w ryzach. Dlatego ciągle poszukujemy, sprawdzamy i testujemy. Jeśli zaś chodzi o wagę… Długo trwała walka z sondą, którą porzuciliśmy na rzecz samodzielnego jedzenia. Ma to ogromne znaczenie w rozwoju mowy i ćwiczeniu mięśni buzi. Franio żuje i połyka modelowo, ale… za mało. To znaczy, wystarczająco dużo, żeby badania krwi wychodziły piękne i okrągłe, ale z krągłości to byłoby na tyle. I tak zataczamy błędne koło: je mało, nie ma masy. Nie ma masy, kręgosłup nie ma się na czym oprzeć. Oj, ciężki jest żywot szukających sensu.

Dlatego dziś powzięliśmy jeszcze jedną próbę oszukania przeznaczenia. Franio przymierzał się do nowego gorsetu, który mógłby utrzymać jego ciało iście po japońsku, czyli -do momentu znalezienia czegoś jeszcze bardziej- jako tako:

20150512_154947

Mamy nadzieję, że uda się Franka przekonać do tego typu rozwiązania, chociaż na noc, kiedy to młody człowiek rośnie i się rozciąga, bo inaczej, to już sama naprawdę nie wiem…

20150512_160129Dodatkowo pokusiliśmy się o przymiarkę rękawiczki stabilizującej wiotkie nadgarstki Dziedzica. Generalnie z dwóch powodów: 1. żeby zwiększyć „wydajność” rąk, czyli, żeby Franiowi łatwiej było chwytać. 2. żeby ułatwić mu sterowanie wózkiem elektrycznym. Ostatnimi czasy Franek mocno narzeka na otarcia między kciukiem a palcem wskazującym, które powodują szaleństwa na elektryku. Francyś ciśnie na maksa do przodu, ucieka, goni i gra w piłkę, a ręka prosi o pomoc. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na ten model poniżej:

20150512_160326Zabezpiecza to, o co nam chodziło: nadgarstek i błonę między palcami. Ponieważ ulubionym kolorem Franka jest fioletowy, Młodzieniec zdecydował się na… zielony (poważnie piszę!) i już niedługo na ścieżki Frankowic wyjedzie profesjonalnie zaopatrzony wyścigowiec Francesco.

W temacie nowości sprzętowych to prawie wszystko, bo czekamy jeszcze za zagłówkiem do elektryka. Jak tylko dobijemy targu, na pewno zaprezentujemy Wam całość.

Rycząca czterdziestka

Jedziemy z Franiem do dziadków i już standardowo przeprowadzamy w aucie bardzo poważne rozmowy na bardzo poważne tematy.

-Mamo, a jak będę starszy, to też będę kierował naszym autem, wiesz?

-Wiem, synku.

-I ja Cię będę wszędzie woził. Na przykład do Opola do Franka albo do Ignacego!

-O! To super bardzo się cieszę!

-Bo Ty już wtedy będziesz miała bardzo dużo lat, wiesz?

-Tak? A ile to jest „bardzo dużo lat” kochanie?

-No… czterdzieści chyba.

Uhm. Czyli za jakieś dziesięć lat syn widzi mnie, jako niedołężną staruszkę, którą wszędzie trzeba wozić. Nieee… no super. W obliczu nadchodzących urodzin mocno poprawiło mi to nastrój. Na dzieci to jednak zawsze można liczyć!

se1

/fot. P. Szyszka/

 

 

 

Dwie kreski, czyli pudełko pełne wspomnień

20150507_164738Matka Anka nie jest raczej typem zbieracza. Nie kolekcjonuje ubrań, bo będą modne za siedem sezonów, butów, bo jeszcze na pewno je założy, ani umowy kredytowej na pierwszą w życiu kanapę na raty, ani nawet zeszytów z liceów. Robi co jakiś czas Matka remanent i nieprzydasie lądują w koszu. Ale! Jest takie jedno pudełko, w którym czas się zatrzymał. To pudełko pełne wspomnień. Zaczęło się od testu i dwóch kresek, które widzicie na zdjęciu powyżej. To był pierwszy sygnał i pierwsza rzecz, jaka była od Franka. Pięć lat później to samo pudełko pęka w szwach, a przy okazji wiosennych porządków, postanowiła się Matka Anka z Wami podzielić. Oto pudełko Franka:

20150507_163257

 

Odkąd pojawił się na świecie, wzbudzał zainteresowanie mediów:

20150507_164139Nie ma się co dziwić, w końcu…

20150507_163405Pierwsze akcesoria prawdziwego przystojniaka i łamacza serc:

20150507_162539Oraz pierwsza metryczka:

20150507_164216Potem okazało się, że medycyna już zawsze będzie nam bliska. Oto pierwsze gipsy Frania- wtedy myśleliśmy, że opadające stopy, to stopa końsko-szpotawa, zanim Franio zapadł oddechowo, cztery tygodnie spędził w taki uroczym obuwiu:

20150507_164022No, a potem cały ten galimatias z potworzastym i listy, miliony listów. Takie czułe, jak te od Cioci A.- wówczas ośmiolatki. Ten list wisiał przez długie miesiące nad łóżkiem Frania w Łodzi na OIOMIE:
20150507_165741I takie inne, całkiem szalone i wywołujące uśmiech na twarzy:

20150507_165754Aż w końcu nadszedł maj 2011. Franek wrócił do domu, a my staliśmy jacyś tacy… ułożeni? Poniżej nasz kalendarz, zapisywaliśmy tam NAPRAWDĘ wszystko. Uczyliśmy się przecież odsysać, uczyliśmy Frania jeść łyżką… Oj, teraz to jesteśmy totalnie wyluzowani ;)

20150507_162855 20150507_162945 20150507_162912A potem nadeszła Wasza era. Jeśli ktoś z Was, czytających nas jeszcze teraz (Mama Olka, Mama Maksyma, Justyna T., Monika G- pamiętacie nas jeszcze?) przysłał Frankowi kiedykolwiek jakąkolwiek kartkę bądź list, one też są w pudełku. Są tam pełne wyznań miłosnych listy i rysunki od Dyni, zdjęcia FifiRodziny, całusy i buziaki od Rybaków (jeszcze wtedy trzech!!!) i żyrafy, mnóstwo żyraf. Kartki drukowane, robione własnoręcznie, laurki, malowanki, tam jest wszystko:

20150507_165803 20150507_170303 20150507_171011 20150507_162634Są też pierwsze dzieła i osiągnięcia Francesca. Laurka dla Taty na trzydzieste urodziny, dyplomy, medale, pierwszy wierszyk na przedstawienie w szkole…

20150507_162705 20150507_162809I cały tabun gazet, które udało nam się zdobyć, a które wspominały o naszym Franku:

20150507_172433Na samym dnie znalazłam kamienie. Z naszego pierwszego wyjazdu nad morze. A poza tym bilety na mecz, pierwszy bilet do teatru, na basen, wizytówki z wesela Bruniaczy, kartę parkingową z pierwszego meczu na stadionie i mnóstwo, mnóstwo wzruszeń…

20150507_164412A Wy macie swoje pudełka?

20150507_162514

Nocowanie

Trzy ostatnie noce nie należały do naszych ulubionych. Frankowa gorączka oscylowała w granicach 38-39,5 stopnia, odpuszczała na czas podania leku, by na przykład w samym środeńku nocy podskoczyć po raz kolejny. Mimo, że Franka osłuchała nasza nieoceniona ekipa lekarska w postaci Doktor Pediatry i Doktora Opiekuna, żadne z nich nie usłyszało nic poza „wątpliwymi, ale nie zapalnymi szumami”. Antybiotyk został więc włączony na tak zwany wszelki wypadek, bo 1. „to coś” przyszło nagle i mocno, 2. nocami Francyś wentylowany był głównie za pomocą ambu. Doszło do tego, że właśnie w czasie snu, kiedy temperatura skakała, Frankowi na tyle trudno oddychało się na podkręconych parametrach respi, że musieliśmy włączyć koncentrator tlenu. Nawet wtedy, mimo tlenu, respiratora i leków saturacja Dziedzica sięgała góra 94-95%, a tętno w czasie snu nie schodziło poniżej 150 uderzeń. Niefajnie nie śpi się przez tyle czasu, więc Franio nadrabiał za dnia. Nie jadł, sporo pił, podsypiał i wiedzieliśmy, że jest naprawdę chory, bo odmówił nawet zabaw na ukochanym komputerze!

Jak zło przyszło, tak sobie idzie. Wczoraj gorączka była już raczej w normie, nocą obyliśmy się bez koncentratora tlenu i ambu i nawet udało nam się pospać. Zwolnienie z ćwiczeń i przedszkola do poniedziałku włącznie, ale chyba pokusimy się już o wędrówkę na podwórko, bo pogoda iście majówkowa, a w domu coraz większe nudy.

 

Szare potworki

Od jakiegoś czasu Franio miewa koszmary. Budzi się najczęściej około 3-4 w nocy z płaczem, mocno przerażony i bezdyskusyjnie domaga się wstania i pójścia na dół. Bo on nie zaśnie. Bo się boi. Czego? Szarych potworków.
Nie mamy zielonego pojęcia, skąd wzięły się szare potworki w naszym domu. Nie straszymy Franka duchami, potworami ani niczym i nikim innym. Na podziw jednak zasługuje fakt, że wyrwany z głębokiego snu, jest w stanie kolejną godzinę analizować swój sen. Mimo przerażenia pyta i Tatę i mnie, czy na pewno w naszym domu nie ma szarych potworków, czy w kuchni też ich nie ma, czy w łazience także. Kiedy wyjaśniamy mu (o trzeciej w nocy), że szare potworki w ogóle nie istnieją, nakazuje zejść Tacie na dół i pogonić je tam, gdzie pieprz rośnie.

Dziś w nocy znów pojawił się motyw szarych potworków. Franio zasnął wtulony w Tatusia, tysiące razy zapewniany, że nic się nie dzieje i może czuć się bezpieczny.

Ranek przyniósł 38 stopni gorączki, rehabilitację na ambu i  cztery godziny odsypiania. Kiedy lek przeciwgorączkowy przestał działać, Frankowa temperatura skoczyła do 38,5 stopnia, pojawiły się wymioty i kolejne odsypianie po leku. Musicie wiedzieć, że Franio, jak prawdziwy mężczyzna, już przy 37,5 stopnia jest baaaardzo słaby. Przy 38,5 był dziś totalnie wyłączony i apatyczny. Doktor Opiekun nakazał podrasowanie nastaw respiratora, a zawezwana Doktor Pediatra wysłuchała dziwnych brzydko rokujących cudów na prawym płucu. Apetytu zero, ale humor zaczął wracać, kiedy w drzwiach pojawiła się ukochana Ciocia M. W użyciu antybiotyk, dużo płynów i spełnianie najmniejszych zachcianek. Zwolnienie z ćwiczeń. Przed nami chyba długa noc. Szare potworki mogłyby iść skąd przyszły i zabrać to, co przyniosły.

Kciuki mile widziane.

Mokoty

Nie od dziś wiadomo, że podróże kształcą. W czasie naszej ostatniej wizyty w Warszawie, zahaczyliśmy o Galerię Mokotów. Frytki- wiadomo. Chodzimy, szukamy, oglądamy…

-Tato, jak nazywa się ta galeria?

-Galeria Mokotów synku.

-A gdzie są te wszystkie Mokoty?

No właśnie. ;)