Urlopowicze

Ci z Was, którzy obserwują nas na facebooku, wiedzą, że wakacje nasza rodzina ma w tym roku już za sobą. Ostatni tydzień spędziliśmy nad morzem w naszych ulubionych Rowach. Niestety wszystko, co dobre szybko się kończy, dlatego jestem już po rozpakowaniu osiemnastu toreb, trzech praniach i odkurzeniu tony przywiezionego w nie wiem czym piasku. Zanim jednak naszykuje kolejne sześć prań na jutro, naszło mnie, żeby Wam opowiedzieć (a tym, co pytali odpowiedzieć), skąd u nas pomysł na tak wczesne wakacje.

20160624_210528

Kto pamięta nasz pierwszy wyjazd z Franiem nad morze, ten wie, że przygotowywaliśmy się do niego, jak do wyprawy na Kilimandżaro. Spędziliśmy wtedy fantastyczne trzy dni, łapiąc słońce, oswajając Franka z wiatrem i uzupełniając niedobory chlebka z chmurką. Co nam się wówczas spodobało? To, że nadmorskie miejscowości były niemal puste. Otwarte dwie smażalnie na krzyż, nasza ulubiona gofrownia i… tyle. Cisza, spokój, nic się nie działo. Nie było zewsząd bombardujących zmysły zabawek, karuzel. Nie było jednak przede wszystkim tłumów- wchodzących na wózek, stojących szacownymi czterema literami na wysokości twarzy Franka panów w kąpielówkach, muzyki typu umcyk-umcyk od rana do nocy, spojrzeń i współczuć. Wtedy właśnie uznaliśmy, że to będzie nasz czas, nasze wakacje. Ładowanie baterii, kalorii, uśmiechów.

20160624_204230Od tamtego czasu niemal nic się nie zmieniło. Znów zabraliśmy kilkadziesiąt przydasi, zbyt wiele ubrań, łopatkę i wiaderko i pojechaliśmy…

Pytania, które najczęściej pojawiały się na tak zwanych ‚privach’ to „Dlaczego przed sezonem?”, „Jak to? A szkoła?”, „Co polecacie?”, „Respirator na plaży???”

20160620_165030

20160619_121638

20160618_111744

No tak. Część z Was zdziwił fakt, że nasze wakacje rozpoczęły się jeszcze w czasie roku szkolnego. Powiem w ten sposób – wyważyliśmy priorytety, czy jak kto woli- zrobiliśmy drzewko decyzyjne. W związku z planowanym na czas wakacji przeglądem zdrowotnym Franka, lipiec prawie zupełnie odpadał. Zaś im dalej w wakacje, tym większe ryzyko tłumów. Próbowaliście wejść na plażę w środku sezonu? No właśnie. My, idąc na plaże, wyglądamy jak cygański tabor. Plaża to dla respiratorowca prawdziwy survival. Zatem oprócz podstawowego wyposażenia Franka (czyt. respirator, ssak, cewniki) oraz wyposażenia rodzinnego (koc, namiot, wiaderko, łopatka, krem, woda, smakąski plażowe, latawiec)- zabieramy także zamienniki. Jeśli na plaży coś pęknie, upadnie, rozczepi się to pozamiatane, trzeba na szybko wymienić. No i Franio w wózku. No i teraz20160624_202148 20160622_172334
także Leoś. Zatem idąc na plaże musimy mieć pewność, że a/ znajdzie się dla nas wystarczająco dużo miejsca, b/ nikogo nie rozjedziemy, c/ każde z nas będzie miało sprawiedliwy dostęp do morza i piasku. Przeżyć to w środku sezonu? Nie, dziękuje. Przecież wszyscy pojechaliśmy tam odpocząć. W grę więc wchodzą miesiące, kiedy Bałtyk oblegają emeryci, renciści, odważni rodzice przedszkolaków i respiratorowcy – czerwiec i wrzesień. We wrześniu początek szkoły, Franek zostanie pierwszakiem. Umówmy się, że koniec czerwca to nie jest natłok zajęć w zerówce, więc… urządziliśmy sobie wagary. Wychowawczyni Franka została o nich oczywiście uprzedzona, jednak tak czy inaczej, to będzie nasz cykliczny numer.

20160618_163915

Brak tłumów to nie jest główny powód. Jeszcze pogoda. I tu Was zdziwię- jesteśmy chyba jednymi z nielicznych, którzy narzekają, że nad Bałtykiem było zbyt gorąco. Serio, serio. Kiedy w ubiegłym tygodniu Polskę nawiedziła fala upałów, termometr w Rowach przekroczył 30 stopni. To nas uziemiło w domu. Mimo tych wszystkich szaleństw, czyli respirator na plaży, Franek z wózkiem w morzu i takie tam, zdajemy sobie sprawę, że życie naszego dziecka zależy od maszyny. A wiecie, jak to jest z maszynami. Kiedy20160620_070541 respirator mocno się nagrzewał, prosto do płuc Franka leciało meeeeega ciepłe powietrze. W rurce gorąco, Franio nagrzany. Od środka. Jeden dzień pozwoliliśmy sobie na wyjście do Słowińskiego Parku Narodowego i Franc przypłacił to nocnym pobytem na ambu i gorączką. Dlatego idealny był dla nas początek tygodnia- 26 stopni i cudna bryza od morza. Typowy smażing więc nie dla nas. Że nie wspomnę o Leosiu- przecież chłopina ledwo od piersi odstawiony, malutki jeszcze- też niezbyt kochał te temperatury.

20160621_174151 20160621_175754

No, ale znacie nas. Nie jesteśmy smutasami. No i co z tego, że musieliśmy spauzować nieco? Musicie bowiem wiedzieć, że wakacje planujemy zawsze tuż po tych, które kończymy. Rowy nam odpowiadają- są wystarczająco duże i na tyle małe, by były atrakcyjne dla nas wszystkich. Jednak miejscowość to nie wszystko, jeszcze miejscówka. I zdaje się, że znaleźliśmy idealną. Rzadko coś polecam, ale jeśli już to mogę się pod tym podpisać wszystkim kończynami. Jeśli chcecie do Rowów, to koniecznie Villa Pomerania. Dygresja: Matka Anka ma fobię. Z łacińska zwaną: łazienkus pospolitus. Otóż Matka nienawidzi obcych łazienek. Prysznic nie w domu, to dla Matki katorga. Nie wiem, ale mam chyba jakiś detektor mikro brudu w łazienkach, bo wypatrzę wszystko. Że już o toaletach publicznych nie wspomnę (Suzi, Ty wiesz. Zasada idziesz, patrzysz, ale starasz się nie widzieć). No nie przeskoczę tego. Po dygresji. Zatem test toalety. Pomerania go zdaje celująco. Jest czysto. Przeczysto. Osobiście nadzorowaliśmy mycie podłóg w salonie (mają ogromny salon z kanapą, wielkim tv i kącikiem dla dzieci- taka wspólna część dla wszystkich), kiedy Leon postanowił wstawać o piątej (!!!) i był pierwszym, który mógł stąpać po świeżej podłodze. Do tego jeszcze kuchnia- dobrze wyposażona i… czysta, co jasne. Pokoje, zapytacie? Jasne i funkcjonalne. W trójce zmieściliśmy się we czworo bez żadnych wyrzeczeń. Każdy spał na swoim. 20160619_215154Do tego właściciele. Przyjacielscy i rodzinni. Strefa kibica dla wszystkich gości? Bardzo proszę! Zabawa z Frankiem w zagadki przez godziny? Nie ma problemu! Przerzucanie klocków z małym Mateuszem? Jak najbardziej! Żadnej spiny. Dlatego, kiedy z nieba lał się żar, a my czekaliśmy na wieczorne wyjście na miacho, w Pomeranii nie było nudy. Franek czytał, Leon walczył z zabawkami, a my sączyliśmy bezalkoholowe. Zatem wakacje odbyte! Te planowane, bo co jeszcze lato przyniesie, to nie wiadomo…

20160624_210209

 

Szalejący Łoś

13405649_1192003504198990_537380836_o

W ubiegły czwartek napisałam na facebooku, że Franek jedzie na wycieczkę klasową. Bez Mamy i Taty. Sam. Znaczy z M., no ale wiecie, że bez nas. No i że muszę melisy w takim wypadku, bo dzień zapowiada się ciężko. I wcale nie chodziło mi o to, że jestem nadopiekuńcza, że dziecięcia spod skrzydeł kwoczych wypuścić nie chcę, że brak mi luzu… Uwierzcie, jesteśmy jednymi z bardziej wyluzowanych respiratorowych rodziców, jakich znam. To znaczy o to też mi chodziło, bo Matki zazwyczaj stresują się klasowymi wyjazdami i tymi sodomami, które się tam dzieją. Wiem, że dopiero w okolicach gimnazjum papierosy- taką mam przynajmniej nadzieję, a dziewczyny to jeszcze nie teraz- taaa… matki lubią wierzyć w bajki, jednakowoż mimo stwarzanych pozorów, postaram się polubić dziewczyny moich chłopców. Luz więc pełen. Duma nawet, bo 13446268_1099128303506198_334119112_oFranka wespół z Ciocią M. i Panią Anią to chyba z miesiąc na tę wycieczkę namawiałyśmy, bo Młodziak bał się, że będzie głośno, że będą stwory i inne dziwolągi. Nawet o przewóz zadbaliśmy i w busiku wycieczkowym Tata zamontował specjalne pasy, żeby Frankiem nie ciskało przez całą drogę. Także spokój, cisza, szum fal, drink z palemką i malowanie paznokci.

Skąd więc ten wpis na facebooku, zapytacie? Ponieważ moi mili, wysłałam na wycieczkę13441951_1192004210865586_1111484773_o
dziecko na stałe podłączone do respiratora. I tej kwestii moje serce i głowa nie były w stanie przeskoczyć. Dlatego, zanim w ogóle w czwartkowy poranek Francyś opuścił dom przeszedł generalny przegląd: gruntowne odessanie z wlewką z soli fizjologicznej, wymianę wszystkich filtrów przy ssaku, wymianę całego obwodu przy respiratorze (rury, filtrów, złączek). Dostał ładowarki i kable. W torbie miał nową rurkę tracheo na wymianę. Dopiero tak zabezpieczonego mogłam ze spokojnym sumieniem wypuścić na klasowy wyjazd. Oczywiście oprócz tych niuansów dostał też kanapkę, picie i inne smaczystości, a także słynne już na cały internet dwie dychy na szaleństwa. Tak zabezpieczony, lekko zestresowany, ale szczęśliwy pojechał… do wioski Indian!

Wypuściłam z domu Franciszka, a wrócił „Szalejący Łoś” w kowbojskim kapeluszu. Czy znacie bardziej przystojne combo Indianina z kowbojem?

13389137_1192003244199016_1761012509_o

 

 

Gra terenowa z niespodzianką

20160612_134541Trzeba się nieco wysilić, żeby wypełnić czas czymś innym niż książki i komputer takiemu chłopcu, jak Franek. Bycie sędzią w każdym podwórkowym meczu, czy „kopanie” piłki za pomocą kółek od wózka elektrycznego szybko się nudzą. Zabawa w chowanego też odbywa się raczej pro forma, bo trudno nie zauważyć chłopca na wózku o takich gabarytach lub nie usłyszeć dyszenia respi. Ganiany… elektryk nie jeździ aż tak szybko. Na szczęście nie jesteśmy normalną rodziną. I na szczęście ciotki i wujkowie Franka też do zwyczajnych nie należą.

Dziś „Gra terenowa z niespodzianką”. Wymyślona przez Wujka Ad. Mocno osadzona w realiach, w których się odbywała- czyli na podwórku u Dziadka Ksero. Z tego, co się orientuję, nie została jeszcze opatentowana, więc śmiało czerpcie z wujkowego pomysłu. Franek jeszcze w aucie opowiadał, jak to było super i już się zastanawia, co Wujek wymyśli nowego.

Zasady: Wujek wręcza Frankowi atlas świata i kartkę z pierwszą wskazówką. A potem? Potem już poleciało! Każda wskazówka, to inne miejsce z kolejną wskazówką. Trzeba mocno znać topografię dziadkowych terenów, żeby się w nich odnaleźć!

20160612_135709

1/ Franku! To popołudnie nie może być stracone. Wyruszaj w drogę i otwórz 15 stronę.

20160612_1346292/ Idź do mamy, daj jej buzi, później się zapytaj, gdzie jest chatka Zuzi. (Zuzia to kuzynka Frania, właścicielka własnego M1 w ogródku)

3/ Twoja ciocia jest śliczna, lecz Twój wuja brzydki. Nie bój się go jednak i spytaj, gdzie Babcia chowa frytki.

4/ Za górami, za lasami jest zagroda z barankami.

5/ Dziadku, dziadku! Gdzie trzymasz zboże? To znaleźć skarb mi bardzo pomoże.

20160612_135049 20160612_134656 20160612_135517

 

 

 

 

 

 

 

 

 

6/ Ma cztery łapy i macha ogonem, Dziunie ma za swoją żonę. (Dziunia to suczka, małżonka Gustawa- psy dziadków)

7/ Świnka robi chrum, robi też kwi. Dobrze obszukaj jej wszystkie drzwi.

20160612_135649 20160612_135509 20160612_135301

 

 

 

 

 

8/ Ze skarbem nie żartuję, nie rób smutnej miny i biegnij do Babci na jej maliny!

20160612_140239 20160612_140257 20160612_140343_1

 

 

 

 

 

 

20160612_140601_19/ Jesteś już blisko, jesteś ciut ciut, zajrzyj Leonowi w jego lewy but.

 

 

 

10/ Koniec chodzenia. Teraz układanka. Niech nikt nie pomaga, to wyzwanie Franka! 20160612_140839 20160612_141016 20160612_141116

 

 

 

 

Po odnalezieniu dziesiątej wskazówki, należało ułożyć z nich całość. Kiedy puzzle były gotowe, na środku pojawił się napis: „Odwróć kartkę na drugą stronę!” A tam kolejne polecenie i kolejny komunikat (napięcie sięgało zenitu, a Franek wszystkim obwieszczał, że zaraz finał zabawy!): „17 kroków od środkowych wrót stodoły, później 17 w lewo skarb czeka gotowy. Koniec Twojej dzisiejszej przygody, szukaj naczynia do noszenia wody.” 20160612_141648 20160612_141646 20160612_141650

 

 

 

 

I pewnie myślicie, że to finał? Franek też tak myślał i wcale nie był zawiedziony. Kiedy 20160612_141810jednak Wujek Ad. wyjął wiadro z ogrodowej studzienki, a w nim była torba z niespodzianką, była taka radość, że szok. Wujek postawił na smakąski i książkę oczywiście. Nowy Albert („Albert i Mika”) już przeczytany, jutro idzie z Franiem do szkoły.

 

20160612_141934 20160612_142008

Wujek ma bzika na punkcie sprawiania radości Frankowi, Leonowi i swojemu Kubusiowi. Niechże tylko Młodszaki podrosną, to myślę, że wtedy dopiero będzie się działo. Bardzo Wam polecam taką zabawę, bo i my- dorośli z frajdą pytaliśmy Franka o wskazówki i mocno mu kibicowaliśmy. Dajcie znać, czy macie podobne pomysły. Miłej zabawy!

 

Biblioteka

20160606_090902

No cóż ja mogę powiedzieć. Półki Franka się uginają się od książek, a na dźwięk słów: „jedziemy do księgarni na jakiś zakup?” dostaje rumieńców. Zatem zapraszam Was do biblioteki Franciszka. Wybrałam jego ulubione książeczki z kilku kategorii- a jest ich naprawdę sporo. A na końcu absolutna wisienka na torcie, czyli podium- książki nie do zdarcia, czytane milion razy.

20160606_084831Wiecie już, że Francesco ma bzika na punkcie geografii. Mapy, globusy i atlasy zaszczepił Tata. Franek z pasją szuka stolic, ogląda flagi, uczy się najwyższych gór- takie tam rozrywki pięciolatka. Jednak absolutnym hitem w tej serii są książki Neli. Pierwszą pożyczyliśmy od Antka- Franiowego kolegi. A potem się już posypało, bo Nela nie próżnuje i w zasadzi co chwilę wydawana jest jakaś pozycja sygnowana jej imieniem. Książki z cyklu „Nela Mała Reporterka” to papierowa wersja jej telewizyjnego programu. Pięknie wydana, cudne kolorowe zdjęcia, napisana językiem przystępnym dla małych czytelników. Franek bardzo lubi te fragmenty, w których Nela zachęca swoich czytelników do podróżowania. Sam wtedy opowiada o swoich marzeniach (chce polecieć do Lizbony do Jasia, do Nowego Jorku dużym samolotem i coś przebąknął o Australii- nie rozdrabnia się chłopak). Nas też wciąga Nela, lubimy ją czytać razem z Franiem, bo kraje które odwiedza (Tanzania, Etiopia, Boliwia,…) to dla nas prawdziwa egzotyka. Dla starszych dzieci zostały wydane „Zabawy z Nelą”- zagadki, wykreślanki, krzyżówki. Franio pochłonął już obie części i z niecierpliwością czeka na jeszcze. Jednak ‚Zabawy’ to pozycja dla dzieci, które już dość dobrze czytają i liczą, myślę, że uczniowie z klas 1-3 byliby zadowoleni.

No, ale nie samą geografią człowiek żyje! Mała beletrystyka. Tutaj największym 20160606_090502powodzeniem cieszy się Albert. Cykl krótkich historii o rówieśniku Frania, który w poszczególnych częściach przeżywa adekwatne do wieku małe przygody i wyzwania. Jest więc historia o tym, jak Albert idzie do pierwszej klasy i ze stresu nie może zasnąć, jest także ta o tym, jak Albert udowadnia swoim starszym kuzynom, że wcale nie jest taki mały i ta, gdzie sposobem wciąga swojego tatę do wspólnej zabawy. Albert jest sprytnym chłopcem, a Franek w czasie czytania co i rusz wykrzykuje, że to zupełnie tak jak on! Ostatnio regularnie czytujemy „Dobranoc, Albercie Albertsonie”- to opowiastka o tym, jak Albert przeciąga pójście spać, jak wkręca tatę w picie, wspólne mycie zębów i potwory w szafie. To zupełnie tak, jak nasz Franio, który przed snem zwykle dwa miliony razy prosi o picie, sześć milionów o zmianę pozycji i jakieś dwanaście o ambu. Poza Albertem Franc czyta także klasykę dla chłopców, czyli Mikołajka, a także absolutny (czasem niezrozumiany przez rodziców, w tym mnie) bestseller „A kuku to ja, Turlututu!”. Próbujemy się też czasem z „Basią” Zofii Staneckiej- aczkolwiek Franio dopiero przekonuje się do tego cyklu i czasem mówi, że ta Basia go denerwuje.

20160606_091332Poeci Polscy uratowali nam życie w Łodzi na oioimie. Wałkowaliśmy ten opasły tom tysiące razy, a Franek jak tylko zaczął wydobywać z siebie jakiekolwiek dźwięki, uwielbiał dopowiadać końcówki wersów. Dziś chętnie wraca do tej książki i chyba jak każde dziecko bardzo lubi rymowanki. Ponieważ dorośleje nam chłopak szczególne miejsce w jego biblioteczce zajęły „Wierszyki domowe” Michała Rusinka. Żeby się nie znudzić (bo zna już sporo na pamięć), razem z Ciocią M. wymyślili zabawę polegającą na tym, że losują wiersz z zamkniętymi oczami, a potem jakimś śmiesznym głosem go czytają. Tym sposobem Michał Rusinek stał się prawie naszym domownikiem.

Ciekawość świata nie ma u Frania granic. Po co? Dlaczego? Jak? Bez przerwy pyta i 20160606_085639drąży. Rodzicielskiej kreatywności nie wystarcza, żeby odpowiedzieć na wszystkie pytania, dlatego na naszej półce wszystkie ‚ciekawskie’ książki. Najfajniejsza jest „Tata, a dlaczego?” Wojciecha Mikoluszko. Ponieważ Franek sam już czyta doskonale, świetnie się bawi, znajdując odpowiedzi na nurtujące go ciągle dylematy. Prym wiodą pytania z cyklu ‚dlaczego bekamy’ i ‚skąd się biorą bąki’- typowo męskie zagrywki. Z kolei, kiedy w duecie do czytania występuje któreś z rodziców, prym wiedzie „Mały Geniusz”- przyrodnicze, matematyczne, językowe, logiczne. Czasem zupełnie łatwe, czasem naprawdę trudne. Franek uwielbia wtedy ‚nie wiedzieć’- Tata tłumaczy mu wtedy wszystkie zawiłości świata, a on chłonie jak gąbka i zaskakuje Panią w zerówce.

20160606_093559Na koniec typowo męski światek. Samochody i motocykle oraz cały cykl o Złomku i jego przygodach. Do tego dołącza jeszcze Zyg Zac McQueen i świetna zabawa gwarantowana. Teraz, kiedy jestem w płciowej mniejszości w naszym domu, podejrzewam, że książek tego rodzaju na pewno przybędzie.

 

Top 3.

Jednak każdy, absolutnie każdy szanujący się Czytacz ma swoje gwiazdy. Książki, które może wałkować w dzień i w nocy, w pociągu i autobusie. Takie, które otwierane po raz milionowy znów zaskakują. Franek też takie posiada.

20160606_104450

Miejsce 3. „Duże sprawy w małych głowach” Agnieszki Kossowskiej. Książka szczególnie bliska nie tylko Frankowi, ale i nam. Kiedy Franio chce ją (znów) poczytać, prosi o książkę, w której uczy migać ‚drugi Franio’- czyli syn autorki, prywatnie kolega naszego Francesca. O „Dużych sprawach” pisałam już kilkakrotnie. To absolutnie wyjątkowa pozycja na rynku- jej bohaterami są niepełnosprawne dzieci. Dzieci, które swoim rówieśnikom i ich rodzicom w mądry, rzeczowy i prosty sposób pokazują świat niepełnosprawności. Franek z uwielbieniem czyta rozdział o niepełnosprawności ruchowej, która jest jemu szczególnie znajoma. Jednak chętnie zagłębia się też w innych częściach i cieszę się, że nigdy nie współczuł bohaterom tej książki. On ich podziwia- mówi, że chciałby migać, ale to trudne i trzeba się dużo uczyć, że jak ktoś nie słyszy, to może mieć kolorowe aparaty. Znajduje w świecie niepełnosprawnych atuty, których my zdrowi nie zauważamy na co dzień.

Miejsce 2. „Proszę mnie przytulić” Przemysława Wechterowicza. Jak wiecie Franek długo borykał się z nadwrażliwością sensoryczną. Do tej pory zbieramy szpitalne żniwa. Problem był nie tylko z wiatrem, deszczem, czy słońcem, ale także z przytulaniem na przykład. Dlatego „Proszę mnie przytulić” spadło nam z nieba. Oto mały Niedźwiadek i jego tata spacerują przez las. Świetnie się bawią w swoim towarzystwie, jednak Miś wpada na pomysł, że byłoby fajnie, gdyby kogoś przytulili. I tak odwiedzają po kolei wszystkich swoich sąsiadów: Panią Łasicę, Zające, malutką Gąsienicę, a nawet groźną Anakondę i Pana Myśliwego, któremu profilaktycznie zabierają strzelbę. Niedźwiadek słusznie zauważa, że wystarczy kogoś przytulić, by świat stał się piękniejszy. Bardzo nam ta książka pomogła okazywać uczucia. Teraz Franio jest wybitnym wieczornym przytulakiem. Piękne ilustracje, mądre zakończenie i cudna koncepcja. Prezent dla chłopca i dziewczynki w każdym wieku, o czym przekonało się kilkoro naszych znajomych. Naprawdę polecamy.

Miejsce 1. Absolutny hit. Numer jeden. Chwila wytchnienia dla nas. Wystarczy zaproponować Frankowi „Mapy” Mizielińskich i świat się zatrzymuje. Franek wpada w ten atlas całkowicie. Przepięknie wydany i mądry. Mnóstwo informacji o wszystkich krajach świata, stolice, ciekawe zabytki, zwierzęta, popularne imiona. Całość podana w formie rysunkowej, przystępnej dla dziecka z takim geograficznym zakręceniem, jak Franek. Zaśmiewamy się z nazw popularnych w danym kraju potraw i zamartwiamy, że nie możemy teraz, już, dziś lecieć na Islandię, zastanawiamy się czy nasz fordzik dojechałby do Afryki i czy w samolocie do Australii można spotkać kangura. Doskonała. Wyłącza Franka skuteczniej niż tablet.

20160606_104755Mam nadzieję, że znajdziecie w naszej bibliotece coś dla siebie. Znacie już trochę Franka, więc jeśli możecie nam polecić coś w punkt- komentarze są Wasze! Co czytacie? Co lubią Wasze dzieci? Może macie coś w sam raz dla Leona? Tuptam z niecierpliwością i idę szukać w śwince skarbonce

Nie dziwi nic

Wiecie, jak to jest z tym punktem widzenia. Najpierw nie miałam chłopaka. Matko to wieki temu było. Babcia moja własna osobista martwiła się głośno obwieszczając, że skoro w wieku lat osiemnastu jeszcze kawalera nie mam, to staropanieństwo grozi mi jak nic. Ciotka od strony wujka polecała zaś Tacie memu samodzielnie poszukać kandydata na zięcia, który to wiadomo odpowiednio zasobny portfel miał mieć, żeby byt, wikt i opierunek. A ja? A ja i wszystkie moje ‚stare panny’ koleżanki dziwiłyśmy się tym z chłopakami, że takie krótkowzroczne, takie zapatrzone, takie wyłączone z imprez, wypadów i innych takich. No a potem wiadomo love story, słynne wyjście do dziwnego pubu i bach! wpadła po uszy. I tak się jakoś wyłączyłam z imprez, wypadów i tych innych i tak zapatrzyłam i już się nie dziwiłam. Potem… ach potem to się dziwiłam Matkom- jako bezdzietna. Że takie zabiegane, że ja to na pewno nie będę, że u nich to praca- market- dom, a ja na luzie, powoli, chill taki. Kiedy pojawił się Franio, to już przestałam się dziwić. Nagle się okazało, że z zamkniętymi oczami pokonam trasę praca-lidl-dom, że jedną ręką wstawię pranie, drugą zamieszam zupę, a trzecią zajmę się Frankiem. Franek dorastał, a ja (jak każda wiecznie analizująca w głowie miliony sytuacji dziewczyna) dziwiłam się tym z dziećmi. Co najmniej dwójką. Bo Franek jest był mega grzecznym maluchem i poza oczywistymi problemami z tym na s, to nie sprawiał większych kłopotów. W głowie więc nie mieściło mi się, że te matki wielodzietne padają jak muchy o 21, nie mają czasu na kawy w ciągu tygodnia i w ogóle są tak jakoś bardzo zajęte… A najbardziej, ale to tak, że aż sama z podziwu wyjść nie mogę, to zmieniło mi się moje podejście do dwóch podstawowych domowych czynności.

Panie i Panowie,

Pranie i Prasowanie.

Oł jeee…

Singielka Anna na wikcie i opierunku u rodziców miała tylko dyżur przy praniu, prasowała na zmianę z Mamą swą osobistą i jakoś po latach nie pamięta, żeby pranie stanowiło jakikolwiek kłopot. Może poza tym, że ulubiona randkowa sukienka zazwyczaj była właśnie w praniu. Potem, kiedy przyszedł czas Anny zakochanej tak na poważnie, że na związek i ta pralka stanęła we wspólnej łazience, to pranie zostało zauważone. Nie oszukujmy się jednak- wiecie love is int the air, motylki w brzuchu i hormony sprawiły, że segregowanie JEGO skarpet to była jakby nobilitacja, a pranie rozwieszała Anna owa na boso fruwając po majowej łące. Potem prasowanie to niemal był zaszczyt i nie wyobrażała sobie Anna nie prasować wszystkiego od A do Z. Dokładnie, z namaszczeniem i uśmiechem. Tak, tak są w życiu kobiety zachowania, którym ona sama po latach przygląda się z niekłamanym niezrozumieniem. Kilka lat później Annę los obdarzył instynktem, a instynkt przywiódł Franciszka. I tak powstała Matka Anka. Matka Anka zaczęła kręcić nosem i dzielić obowiązki. Nagle okazało się, że jest nie tylko wyśmienitą praczką, ale także dyrektorem zarządzającym- i tak w historii o praniu pojawia się Mąż. Żeby zbytnio nie obciążać męskiego ego i co tu kryć uniknąć wyprania ulubionej błękitnej bluzki ze skarpetkami po koszeniu trawy- pozostawiła Matka Mężowi jeno wieszanie. I już wtedy przestawała się Matka dziwić. A co jest skutkiem każdego prania? Tak! Prasowanie. Już słyszę ten jęk znad Waszych komputerów. To akurat Matka rozumiała od zawsze- prasowanie jest beznadziejną czynnością domową. Jednak traktowała je Marka ambicjonalnie. Nadal prasowane było wszystko. Już bez uśmiechu, już raczej z tytułu ambicji i miłości wielkiej, bo inaczej uzasadnić tego Matka nie potrafi. I urodził się Leon. Pralka nie przestaje prać. Pranie nie nadąża schnąć. A prasowania nie ubywa. (Aktualnie w kolejce czeka jakieś z ośmiu prań) I kiedyś to sobie Matka nie wyobrażała nie uprasować. No jakoś jej to przez głowę przejść nie mogło, że pranie mogło zalegać nieuprasowane. A teraz ma Matka patenty. (Matko Matki, Babciu Goshu czyli nie czytaj, plis!) Otóż- Matka już się niczemu nie dziwi. Już wszystko rozumie. I tak kolejno- Leon jest przebierany 27 razy dziennie, średnio ma bluzkę jakieś cztery minuty na dobę, naprawdę nie zauważy, że jego ubrania prasowane są wyłącznie z przodu. Reprezentacyjnie głównie. Franio zaś dla odmiany ma oprasowywane tyły- wiecie siedzi dużo, żeby go nie gniotło w plecki. Mąż własny osobisty? A to zależy od stroju, jednakowoż znacząco Matka okroiła rzeczy do prasowania. Wszak nieźle naciągnięta koszulka przy koszeniu trawy też dobrze leży. Że o swoich Matka nie wspomni- doszła Matka do innego patentu- kupować takie, coby się za bardzo w praniu nie gniotło.

I pomyśleć, że dziesięć lat temu przez głowę by mi to nie przeszło…

p.s. A piszę to z macierzyńskiego. Myślę, że po powrocie do pracy ten wpis trzeba będzie koniecznie edytować.

 

Jedzie Matka

No i stało się! Tak może nie zupełnie przypadkiem, bo się sama Matka zgłosiła, ale w sumie z niewiarą, że gdzie ona- Matka taka zwykła, która coraz częściej kurz zmiata z bloga, zamiast nań pisać i szkiców wpisów ma już 25 rozpoczętych, no że gdzie ona ta Matka do tego wielkiego świata. Tym bardziej, że w zeszłym roku to Matki tam nie chcieli, kiedy to się Matka naprawdę nastawiła. Dlatego więc w tym roku, nocą, kiedy to już chłopaczyska dawno nie wiedzieli co to dzień, kliknęła Matka enter- zapisz się czyli i wysłała zgłoszenie. No i otwieram Ci ja drogi Pamiętniczku maila mego i patrzę, a tam oni mi piszą przyjedź Matko! Serio! Ja do tego wielkiego świata! Do tych blogerek, co to je czytam i wzdycham, że takie ładne, takie profesjonalne, że też bym chciała, i że jak to robią, że domy, dzieci, prace, współprace, kontakty i jeszcze te wpisy i że tak same… No i tak z tego podziwiania się okaże, że Matkę jeszcze nauczą. Nauczą co i jak z tym blogiem, żeby tu było piękniej, mądrzej i radośniej. A gdzie? A w Gdyni. Jedzie Matka na See Bloggers!

seebloggers-300x165_2

I teraz tak. O Boże, Boże, Bożenko! Co ja tam na siebie włożę???

 

ŚwiętoKrzyśkie

20160522_154149Czasem jest po prostu chemia, jak to mawia Mama Precla. Pewnie gdyby nie potworzasty, to byśmy nawet nie wiedzieli o swoim istnieniu, ale skoro już postanowił utrudnić życie i nam i Im, to stwierdziliśmy, że w kupie raźniej i miniony weekend razem z Krzysztofem zwiedzaliśmy Kielce. Ależ to była eskapada! Przez dwa dni w Kielcach było największe stężenie słodkości na metr kwadratowy. Z resztą co Wam będę opowiadać. Sami zobaczcie. Franek, Krzyś i Leoś na przyczepkę, czyli jak zdobyto świętokrzyskie…

 

 

20160520_181559

Punkt 1: Podróż.

Wyjazd z Frankiem, to tona przydasi, filtrów na wymianę, rurek i innych takich. Wyjazd z Frankiem i Leosiem, to wszystko co powyżej plus akcesoria Milusia: pieluszki, mleka, butelki, siedemdziesiąt sześć bluzek na zmianę i tyleż samo spodni. Do tego „nawszelkiewypadki”- czyli zapasowa rurka tracheo, złączki, sól fizjologiczna, ale także dwa opakowania chustek, picie w różnych odmianach, czapka z daszkiem (na słońce) i ta na uszy- choć nasze dzieci wzbudzają trwogę w oczach okolicznych bac, bo zwykle ‚bez czapeczki’. No i zapomniałabym na śmierć. Wózki. Dwa. Dlatego po tryliardzie prób spakowania tego ekonomicznie i próbach rozepchnięcia naszego i tak już sporego bagażnika, doszło do tego, że rodzicielska torba to była raczej torebunia (ach, gdzie te czasy, kiedy na weekend jedna walizka, to była moja kosmetyczka tylko!), a chłopaki zajęli całą resztę.

Punkt 2. Atrakcje

20160522_113940Kielce baaardzo pozytywnie zaskoczyły mnie pod względem atrakcyjności dla dzieci (atrakcyjność dla rodziców przyjdzie nam chyba zbadać na emeryturze). Jest fantastyczne Muzeum Zabawek, gdzie dochodzi do Ciebie, że już jesteś naprawdę stara, bo zabawki z Twojego dzieciństwa są eksponatami (chlip, chlip)  oraz czaderska Magia Karmelu, z której zapach rozpościera się na pół ulicy, 20160522_132859a pokazy wyrabiania cukierków ciekawią zarówno młodszych, jak i starszyznę. Franka zachwycił widok na amfiteatr Kadzielnia i najbardziej najbardziej w ogóle tak, że odejść nie chciał- wodna ściana na… parkingu zbudowanym w centrum miasta.

20160521_195435

Punkt 3. Towarzystwo

20160520_224744Nie ma to jednak, jak zgrana ekipa na wyjeździe. Krzyśka i jego Rodziców już kiedyś poznaliśmy osobiście. Teraz doszła jeszcze jego miejscowa ferajna. Franek mocno zakumplował się z Kacprem- bratem ciotecznym Krzysia, a Leon poczuł miętę do Mai- jego starszej siostry. Jednak nic nie przebije tego, że chłopaki świetnie czuli się w swoim towarzystwie. Bardzo ważne dla Frania jest przebywanie z dziećmi takimi jak on- z rurą i respiratorem. Dzieciaki doskonale się rozumieją i wydaje się, że są wtedy mniej skrępowane czynnościami, jakie 20160521_114553są przy nich wykonywane. Jednak najfantastyczniejsze było to, że Kris pozwolił Frankowi poszaleć na swoim elektryku! Dziedzic palił gumy i testował akumulatory, a matczyne serce posiadło kolejne marzenie, bo elektryk Krzyśka jest naprawdę super. A kiedy dzieci poszły już spać… obgadaliśmy chyba wszystkie gorsety, terapie, sprzęty i sposoby wentylowania ever. Rodzicielskie konsylium prawiło do długich godzin nocnych tylko po to, by żyło się lepiej- jak to mawiał klasyk.

20160521_093029

Punkt 4. Smaczki

Nic tak nie cieszy w opowieściach z wyjazdu, jak krępujące historie i smaczki z życia wzięte. I choć może Was zmartwię, że skandalu nie było- no może poza tym, że w akcie szeroko pojętego nieobycia ze zwierzęciem typu kot, zatrzasnęłam onego na balkonie, to kilka ujęć z tak zwanego backstage’u.

20160521_200520 Gdzie chłopaki, tam i Matki. Gdzie Matki, tam i telefony. W erze smartfonów z aparatami nasi synowie musieli być baaaardzo czujni. Matko-paparazzi czaiły się bez przerwy.

Stąd przyłapany w piżamie Leon, z miną: „to naprawdę nie ja tego kota. Za ogon. Ale, że never. A można go zjeść?” 20160520_224809

 

 

 

 

I jeszcze takie nietypowe z odpoczynku. 20160522_134611

 

 

 

 

I takie z miłości… 20160521_070909

 

 

 

 

I z frytek na kieleckiej Sienkiewce (są rzeczy niezmienne na naszych wyjazdach: pęknięty obwód do respi i frytki)

20160521_175755

Punkt 5. Skutki uboczne chorowania

Rozmawiałam już o tym z wieloma mamami. Także z Mamą Krzysia. Że byłoby w sumie dobrze, gdybyśmy się nigdy nie musiały poznawać. Gdybyśmy nie musiały tworzyć tych blogów, fanpejdży i innych cudów. Jednak jest, jak jest. Chłopcy mają potworzastego. A takie znajomości, to jedyny dobry jego skutek uboczny.

20160522_153458

 

 

 

Rubryka towarzyska

To, że Franek ma fantastycznych rehabilitantów, wiadomo nie od dziś. Taki stały „zestaw”, to naprzemienne ćwiczenia z Anią, Ewą i Markiem. Ania przytula, śpiewa piosenki, uczy łamańców językowych. Ewa jest kumpelą od szaleństw, wyjaśniania tajemnic świata i lekcji francuskiego. A Marek jest… No Marek przede wszystkim jest jednym z nielicznych mężczyzn we Franka życiu. Dlatego zupełnie nie dziwi mnie to, że chłopaki się zwyczajnie zakumplowali. Marek nie pozwala Frankowi wejść sobie na głowę, potrafi go zdyscyplinować, no i najzwyczajniej w świeci traktuje go jak kolegę, co chyba jest bardzo ważne dla Frania, bo bardzo lubi te dni, kiedy wypadają im wspólne ćwiczenia.

Mam nadzieję, że nie narażę się teraz bardzo, ale chyba nie jest to tajemnicą, że ku rozpaczy małych pacjentek, które z maślanymi oczami biegają za Markiem- chłopak się żeni. Dlatego bardzo często zdarza się, że głównym tematem rozmów Franka i Marka jest K.- narzeczona, przyszła panna młoda. W poniedziałek, na gumeczkach Franio zafascynowany kolejną historią o narzeczonej i ślubie, rozmarza się:

-Marek, a wiesz? Ja też chciałbym mieć już narzeczoną…

***

z pamiętnika Mamy:

tja. po moim trupie. narzeczoną. obcą babę, ehe. jasne. wina. wina potrzebuję.

***

Oferty matrymonialne można składać na skrzynkę mailową. Mamusia przejrzy i się zastanowi.

IMG_2344

Baw mnie

20160405_132513Franek ma pięć lat, jednak sam lubi podkreślać, że już prawie sześć. Precyzuje już zatem swoje zainteresowania względem spędzania czasu wolnego. Oczywiście 99% jego pomysłów na zabawę, to telefon albo tablet. Nie zabraniamy mu tego, staramy się jednak ograniczać. Z jednej strony jest to zrozumiałe, Francyś ze względu na swoje słabsze ręce i dłonie nie bawi się klockami, plasteliną, skomplikowanymi samochodami. Nawet te na pilota, które są w naszym domu,  obsługuje Tata- do czego, pewnie jak większości ojców, nie trzeba go namawiać. Odkąd Franek nauczył się czytać, jednym z bardziej trafionych prezentów są książki. Czasem jednak Ciotki głęboko wzdychają: „znowu książkę? Ja to bym chciała mu coś innego, coś tak bardziej, wymyśl coś Matko!”. Dziś więc wpis o najbardziej trafionych prezentach nieksiążkowych dla chłopca takiego, jak nasz Franek. Zabawkach łatwych w obsłudze, ale ambitnych i nie nudnych. Takich, którymi pięciolatek zainteresuje się dłużej niż pięć minut. Może znajdziecie inspirację dla swoich młodziaków?

Tata Franka i nasza Babcia Domowa mają fioła na punkcie przyrody i geografii. Tą pasją 20160425_100849zarażają więc Francesca, który pokochał zabawki geograficzne. Wisi więc w naszym domu na ścianie mata. Mata- mapa. Nadrukowane na materiale kontynenty, flagi, strefy czasowe i nazwy państw i ciekawostki. Mata jest z materiału, ma kieszenie na skarby (u nas buty do ćwiczeń, cewniki i memory), ma zawieszki, przez które Tata przeciągnął kij, żeby ładnie się prezentowała i tym sposobem zdobi naszą ścianę. Plusy: kolorowe zachęcające grafiki i ciekawostki, nazwy państw, oceanów w języku angielskim, zajmuje mało miejsca (co przy tonie innych zabawek naprawdę ma znaczenie), ładnie wygląda przywieszona nad łóżkiem w formie makatki, uszyta starannie. Minusy: dla dziecka, który nie zna liter pisanych ciężka do rozszyfrowania, raczej forma atrakcji- dekoracji (u nas w kategorii zabawki, bo Franek w czasie ćwiczeń leży i studiuje mapę).

20160425_100915Kto nie przegrał w memory ze swoim dzieckiem, niech pierwszy rzuci kamieniem! U nas memory rządzi. Jest misiowe, zwierzęce, samochodowe, bajkowe, ale tylko to z flagami rządzi. Nie dość, że można trenować pamięć, to jeszcze na dodatek kojarzyć nazwy państw z flagami. Tata i Franek stawiają poprzeczkę nieco wyżej i trzeba dorzucić stolicę, której na kafelku nie ma. Świetny prezent dla małego pasjonata geografii.

Interaktywna mapa świata. Żebyście widzieli minę Franka, kiedy Wujek Adam rozpakował ten prezent! Zachwyt i zmieszanie w jednym. Takie wiecie- chciałbym, a boję się. 20160425_100953Interaktywna mapa świata to zabawka na długie godziny. Po wybraniu kategorii (stolice, flagi, zabawne fakty, regiony świata) i naciśnięciu diody na określonym państwie usłyszymy krótką informację z danej dziedziny. Kiedy się już tak wyedukujemy, możemy przejść na formę quiz lub tryb wyzwanie. Tryb wyzwanie, to nasza ulubiona konkurencja. 20160425_101049W zasadzie Franka. Dwóch graczy otrzymuje pytanie, żeby odpowiedzieć, trzeba posiąść naprawdę ogromną wiedzę i nacisnąć odpowiednią diodę. (Wynik ostatnich rozgrywek Franek- Rodzice (!!!): 5:1, 5:3, 5:4- liczę, że kiedyś się odegramy). Cudny prezent. Plusy: naprawdę wartościowa forma nauki przez zabawę, ogromny przekrój wiedzy geograficznej podany w krótkich, łatwych do zapamiętania komunikatach, można przełączyć na tryb z językiem angielskim. Minusy: jednak dla starszych dzieci, które liznęły już szkoły (Franek odnajduje się znakomicie, ale nie wszyscy pięciolatkowie poczują tu flow), dość duże gabaryty- rozłożona na stole, zajmuje jego połowę, powieszona na ścianie (jeśli jest wolna) nie zawsze działa- diodę trzeba dość mocno docisnąć, co na przykład u nas oznacza, że Franek bawi się tylko z pomocą osoby sprawnej manualnie.

Albo to. Perełka. Wielkie laboratorium naukowe. Pełne zagadek i ciekawostek. 20160425_101255Sadziliśmy już ogród, chłopaki robili wulkan i szukaliśmy dinozaura. Fajna, prosta w obsłudze
zabawka naukowa. Nasz Tata ma zmysł pedagogiczny, więc pięknie objaśniał przy tym wszystkie prawa natury rządzące światem. Dobry, bardzo dobry prezent. Nawet dla przedszkolaka, bo większość zadań i tak wykonuje się z rodzicami.

20160425_101215Dla odmiany może coś… matematycznego. Zaraz po tym, kiedy moje dziecko zagnie mnie z pytania geograficznego, płynnie przechodzimy na zaginanie matematyczne. Zacznijmy od czegoś prostszego. Monopoly junior- już od dawna w naszym domu. Wciąga do gry zarówno Dziadzię Grega, który próbuje wnuka nauczyć przedsiębiorczości tłumacząc mu, gdzie kupić, jak zainwestować, żeby Matkę z torbami puścić w finale, jak i Ciocię A., która ma cichy pakt z Dziedzicem i ścigają się w zakupach- czyli kupują wszystko jak leci, byleby Matka kupić nie zdążyła. Fajna forma pionków. Figurki i zwierzęta są na tyle duże, że Franek może samodzielnie przesuwać je po planszy, uczy liczenia i daje namiastki ukochanej dziadziowej przedsiębiorczości. Minusy? Wciąga tak bardzo, że zdarzało nam się grać nawet wtedy, kiedy Franek już odpuszczał. 20160425_101148Jeśli chodzi o matematyczne cuda, to taki oto skarbeniek od Babci Domowej. Waga matematyczna. Franio nie darzył sympatią królowej nauk, więc postanowiliśmy sposobem. Zawieszanie i odwieszanie ciężarków, to świetny sposób na naukę dodawania,odejmowania i równości. U nas sprawdzała się świetnie, kiedy Franek musiał policzyć, ile jeszcze łyżek zupy musi zjeść, żeby móc skończyć obiad- takie tam rodzicielskie sztuczki. Dla nas minusem (jak niestety w większości zabaw i gier) jest fakt, ze Franek sam nie zawiesi takiego ciężarka, musi korzystać z pomocy osoby sprawnej manualnie. Raczej dla dzieci od zerówki wzwyż.

Na co my zwracamy uwagę, kiedy kupujemy lub podpowiadamy prezent dla Franka? Ano 20160425_101557jest taka krótka lista: 1) Zabawka musi być ciekawa dla Franka, więc poruszamy się w obrębie jego zainteresowań naukowych lub dziecięcych (auta, samoloty, no wiecie). 2) Zabawka musi w miarę możliwości być lekka, łatwa w obsłudze. Tak, żeby Franek choć minimalnie mógł sam ją obsługiwać. Np. puzzle są atrakcyjne tylko przez chwilę i choć Franek bardzo lubi je układać- a wygląda to tak, że on wskazuje palcem miejsce, w którym mam umieścić element, to taka forma szybko przestaje być dla niego atrakcyjna, nikt nie lubi być wyręczany. 3) Gabaryty- ogromne gry, wielkie układanki, klocki odpadają. Franek najczęściej siedzi w bafiinie lub na kanapie. Ma mały stolik, na którym taka zabawka musi się zmieścić. 20160425_100930Ważne więc jest to, że np. wspomniane puzzle nie wypadną z obrębu stolika po ich ułożeniu. Domino zaś, to u nas zawijas nad zawijasy, a Franek najbardziej lubi to zwierzęce, bo nie dość, że domino, to jeszcze można zwierzątka pozgadywać. 4) Powtarzalność- zwracamy też uwagę, by zabawki Franka nie były wszystkie w tym samym stylu. No bo przecież, ile można układać siedemnasty rodzaj puzzli o samochodach.

20160425_101410Franio jest pięcioletnim ciekawskim zerówkowiczem. Wiedzę i doświadczenie, jak każde dziecko zdobywa przy pomocy dorosłych. Podobnie jednak jest z zabawą. Musi siedzieć wygodnie, musi mieć dobrze ułożoną rurę od respi, musi korzystać z pomocy sprawnych kolegów i rodziców. Zorganizowanie atrakcyjnej dla niego zabawy to dość duży wyczyn. Jednak z czasem i nam i dziadkom i wszystkim naszym znajomym wychodzi to coraz lepiej.

Niby taka mądra

Po prostu… Wymądrzać to ja się potrafię. I pouczać i strofować i taka jestem otwarta i w ogóle, a tu bęc.

Franek i Tata siedzą na kanapie. Tata próbuje wmusić we Francesca choć kilka kęsków kanapki, zanim Młody pójdzie do szkoły. I namawia i przekonuje i słychać, że jest już u granic. W tle gra telewizja i jeden z dwóch ulubionych Frania programów ‚Petersburski Music Show’- czyli przede wszystkim edukacja muzyczna. Ciekawostki o instrumentach, utalentowane dzieci i gość odcinka. Grande finale to występ jakiegoś zespołu tanecznego, który tańczy do piosenki z czołówki programu. Franek odwlekając jedzenie śniadania co rusz zagaduje nas i wciąga w oglądanie. Kiedy dochodzi do końcowych tańców, komentuje:

-Ale ładnie te dziewczynki tańczą, prawda? Chyba mają dużo siły. A ja… ja nie mam siły.

I już w głowie matki wszystko się rozpada. Świat cały po prostu w gruzach, tryliard myśli i w ogóle, że on taki biedny, że przecież rozumie, że pewno nieszczęśliwy. I kombinuje Matka i docieka, kto też synkowi jej kochanemu takie myśli podsuwa, nie my przecież. Kto mu do licha powiedział, że nie ma siły? Już ja go dorwę i po prostu… wyedukuję, o tak! Wygarnę, że jak może, jak to utwierdza mojego dzielniaczka w przekonaniu, że on nie ma siły. Marny los tego delikwenta. Przystępuje więc Matka do śledztwa, ze znanym tylko matkom kunsztem i konspiracją:

-Franek, a kto Ci powiedział, że Ty nie masz siły?- nie mówiłam, że będzie dyplomatycznie.

-Adam. Mój wujek.

What? Co za @$%#%&&%$#%#*^%&$! – myśli Matka, jak to jej brat własny osobisty mógł tak nóż w plecy, tak bezczelnie, tak okrutnie dziecku…- 

-Adam Ci powiedział, że nie masz siły?

-No. Bo nie jadłem u Babci mięska. I Adam powiedział, że jak nie będę jadł, to nie będę miał siły na telefon. A widzisz jak słabo jem śniadanie. To muszę chyba jeść, prawda? Bo ja kocham Twój telefon!- oświecił jaśnie panującą.

Po prostu… Niech mi ktoś wyłączy hormony, a włączy mózg poproszę. Poszukiwanie drugiego dna kiedyś mnie wykończy.