Biedny Leoś

Odkąd na świecie pojawił się Leoś, kilkukrotnie zdarzyło się, a to w komentarzu, a to w rozmowie, że ktoś wyraźnie współczuł Franiowi, że będzie świadkiem dorastania swojego młodszego, zdrowego brata. Okazuje się jednak, że ten nasz Franciszek to bardzo mądry chłopiec jest, to po pierwsze i świetnie odnalazł się w roli starszego brata. A po drugie Franek mimo wątpliwości i mnóstwa pytań, które dotyczą jego choroby i ułomności ciała z tym związanych, nigdy nie nie odniósł ich do nikogo innego. Ani do swojego przyjaciela Bola, który także urósł na jego oczach, ani wobec Leosia, ani wobec Kuby. Trzech najbliższych mu chłopców.

Dlaczego jednak nikt nigdy nie współczuł Leonowi? 

Mimo, że uważam, że współczucie, to ostatnia rzecz, jaka jest potrzebna naszej rodzinie, chciałabym Wam napisać, co w pakiecie z narodzinami otrzymał Leon od naszej rodziny. Mam nadzieję, że pozwoli Wam to inaczej postrzegać zdrowe rodzeństwo biednych, niepełnosprawnych dzieci, które zazwyczaj choć dużo silniejsze psychicznie i dzielniejsze od swoich zdrowych rówieśników postrzegane są jako te słabe. 

#uwaga

Dzieci takie jak Franio, wymagające stałej i bezwzględnej opieki wymagają stałej i bezwzględnej uwagi. Poza typowym przynieś, wynieś, podaj jest także codzienna walka o jeszcze jeden oddech. Trzeba kontrolować parametry, odsysać wydzielinę, zmieniać opatrunki, filtry, tasiemki. Trzeba zmieniać pozycję, poprawić zawinięty w skarpetce palec, podwiniętą za bardzo dłoń. Moment zagapienia można przypłacić czymś naprawdę najcenniejszym. Automatycznie więc resztkę uwagi poświęca się zdrowemu rodzeństwu. Mówię resztki, bo przecież ten chory potrzebuje też uwagi poza chorobą. Potrzebuje pogadać, pograć, poprzytulać się. Resztka więc jest śrubowana do granic przez zdrowiaka, a i tak dostaje on jej sporo mniej niż wtedy, gdyby było „normalnie”.

#samodzielność

Dwuletni Leoś zaskoczył mnie dziś tym, że zdjął i złożył swoje spodnie, skarpetki i majtki zanim postanowił (w koszulce) wskoczyć do wanny. Sam podsuwa sobie stopień pod umywalkę, bierze szczoteczkę do zębów i przynosi razem z pastą, by mu pomóc w myciu, nieproszony wynosi zużyte filtry i cewniki do kosza, podaje Frankowi kanapki wprost do buzi, podsuwa szklankę z piciem i pomaga radzić sobie z niesforną słomką. Pomyślicie, że to super. Ale kurczę, on ma dwa lata! On naprawdę nie musi tego jeszcze robić, on nie musiałby tego robić nigdy. Żeby pobawić się z bratem, przygotowuje dla niego poduszki na materacu, bierze się za przenoszenie respiratora. Obserwuje nas wyśmienicie, wie kiedy i jak trzeba zareagować. Jest szalonym, żywym ale i bardzo rezolutnym chłopcem. A ma dopiero dwa lata. I to wcale nie jest tak, że zawsze w konfiguracji młodszy-zdrowy, tak jest z tą samodzielnością. W rodzinach, które znam, tam, gdzie zdrowe jest starsze, jest dokładnie tak samo. Sprawne starszaki bardzo szybko przechodzą kurs dorosłości, stają się samodzielne, często zupełnie „bezproblemowe”, starające się nie dokładać rodzicom do pakietu. Fajnie?

#zasady

Pomijając fizyczność Franka, wszelkie nasze aktywności determinuje kilka innych bardzo ważnych czynników. Przede wszystkim prąd. Lub jego brak. Jeśli planujemy dłuższą wycieczkę, w samochodzie zawsze jest przetwornica, a respirator ładuje się w trasie. Od momentu pierwszego alarmu sygnalizującego totalne rozładowanie baterii mamy mniej więcej 20 minut na znalezienie źródła prądu. Jak wytłumaczyć dwuletniemu dziecku w środku super zabawy na plaży, że choćbyśmy bardzo chcieli musimy wracać, bo trzeba „naładować Frania”? Każde nasze wyjście do znajomych, to konieczność zabrania ze sobą przydasi, a ponieważ zazwyczaj i tak jesteśmy objuczeni torbami na maksa, przydasie Leosia były zwykle ograniczone do minimalnego minimum. A ponadto: musimy wracać, bo rehabilitacja, bo logopeda, bo coś związane z Twoim bratem/siostrą dzieciaku i Ty, choć nie masz z tym nic wspólnego, musisz się dostosować. Rozumiem, że tak nie jest zawsze i wszędzie, ale głównie przy maluchach i mniejszych starszakach tak bywa. Dopiero nastolatki przecież mogą pozwolić sobie na jakąś autonomię.

#konsekwencje

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że zdrowe rodzeństwo nieuleczalnie chorych dzieci z góry skazane jest na stratę. Stratę najbliższego sobie człowieka. Człowieka, o którego życie całą rodziną walczy się przez wiele lat. Którego kiedyś może po prostu zabraknąć. 

Dlaczego więc nikt nie współczuje Leosiowi?

***********

Dajemy obu naszym synom maksimum miłości. Kochamy ich nad życie i codziennie powtarzamy im, że są dla nas najważniejsi. Z pełną świadomością staraliśmy się o Leosia. Brata. Drugie dziecko. Wielokrotnie rozmawialiśmy o wszystkich konsekwencjach dla niego i dla jego starszego brata. I ciągle i wciąż robimy wszystko, by głupi potworzasty miał jak najmniejszy wpływ na nasze życie. Na ich życie. Dlatego naszym chłopcom nie powinno się współczuć. Można im tylko zazdrościć. Siebie.

Dwa ognie

Znacie przysłowie o dobrych chęciach? No wiecie, że nimi piekło czy coś. Czasem już po prostu tak jest, że lepiej się nie wychylać, siedzieć cichutko, nie kombinować, a wszystko się poukłada. Ale nie u nas. My to zawsze musimy wymyślić coś, żeby sobie skomplikować życie, żeby było inaczej, żeby było bardziej… A jak? No to poczytajcie.

To była jedna z tych niedziel, kiedy to nie mieliśmy planów absolutnie na nic. Ani na wizytę u dziadków, ani na wyjście do miasta, ani na kino, park. Nic kompletnie. Należymy do grona tych szczęśliwców, którzy tuż przy domu mają dużo zieleni. Rodzice mojego męża na szczęście nigdy nie ulegli modzie wycinek i obsadzanek wszystkiego tujami i postawili na sad. Stąd też te słoneczne, piękne niedziele wcale nie są takie nudne w zagospodarowaniu, kiedy to po prostu można rozłożyć koc pod płaczącą wierzbą i cały dzień patrzeć, jak Franc szaleje na elektryku, a Leoś buduje siedemdziesiątą babkę z piasku. I ta niedziela właśnie taka była. Leniwa, powolna, przyjemna. Byłaby taka prawie cała, gdyby nie fakt, żeśmy postanowili wyjść przed szereg. My, czyli rodzice. Niby tacy jesteśmy dorośli, niby ogarnięci życiowo, niby piękni tacy, mądrzy i zdolni (wszak lustereczko nigdy nie zaprzeczyło), a daliśmy ciała, jak rzadko.

Niesieni jakimś dziwnym poczuciem misji, że te nasze biedne dzieci tak pół niedzieli samopas się świetnie bawią, że w zasadzie, gdyby nie fakt, że są jeszcze niepełnoletni, można by ich zostawić i pójść sobie w świat, postanowiliśmy tych naszych synów animować. Tak! Teraz to wiem. Nie ma nic gorszego, niż rodzic, który w czasie świetnej zabawy postanowi zachęcić dziecko do udziału w innej. Świetniejszej. Oczywiście w rodzicielskim mniemaniu. Że też nawet przez sekundę nam przez myśl nie przemknęło, żeby zostawić ich tam, gdzie są i kontemplować święty spokój. To nie! My, jak zwykle. Family time nam się zachciało uskuteczniać.

Co więc było takie super fajne? No jak co? Piłka! Nie ma przecież nic fajniejszego niż w niedzielne popołudnie pokopać piłkę z mamą i tatą, albo porzucać, albo w ogóle w piłkę. Wstępnie synowie przyklasnęli naszemu pomysłowi. Przynajmniej tak nam się wydawało. Okazało się jednak, że o ile siedmioletni chłopiec wie, że piłka to raczej sport drużynowy, to już dwulatek… Nasz dwulatek postanowił, że obie piłki są mu niezbędne. Wziął więc pod pachę żółtą piankową i tę drugą z autami z kreskówki, stanął pod wierzbą i stoi. Najpierw więc, po dobroci, postanowiliśmy przekonać go, że jeśli rzuci do taty, a tata do Franka, a Franek do mamy, to mama znów rzuci do niego i będzie taaaak super, że ojacie. Ale nie. Nie zgodził się. Potem uznaliśmy, że nie ma to tamto i jedna piłka jest Franka, a Franek chce grać, więc Leon musi piłkę oddać i już. No i się zaczęło…

Nastąpił klasyczny dwulatkowy terror. Ryk czyli. Ale to ryk taki, jakbyśmy dziecię żywcem ze skóry obierali jednocześnie soląc. Bo żółta piłka jest teraz jego. No to daj tę w auta. No to jeszcze gorzej. Ryk przerodził się w spazmy. Ponieważ z terrorystami nie negocjuje się w naszym domu, Leoncjusz został poinformowany, że skoro nie, to nie, on może iść się wykrzyczeć, a my pogramy we troje. Wiecie, co to jest braterska solidarność? My już wiemy. Płakać zaczął Franciszek. Radosna niedziela stawała się jakby coraz mniej radosna, piłki jakby skurczyły się od nadmiaru decybeli, a my uparcie, że zabawa będzie super. Kiedy płacz wbrew naszym oczekiwaniom nie przechodził, a Francio wkraczał już w niebezpieczne rejony zalania, poprosiłam tonem nie znoszącym sprzeciwu swego młodszego syna, by uprzejmie wyjaśnił starszakowi, skąd ten bunt i mają się jakoś dogadać. I wtedy stała się rzecz niebywała.

Leon podszedł do Frania, otarł łzy z twarzy, smarki z nosa i rzecze:

-Faaaanio, myśko, nie płacz. Nie płacz Fanio. Leloś tuli- i w akcie totalnej miłości, przytulił braciaka z całych sił, na co starszy odpowiedział następująco: 

-Bo widzisz Leosiu- chlip,chlip nie przestawał łkać, mimo, że Leoś trzymał go pocieszająco za wątłą rączkę- widzisz, z naszymi rodzicami to już tak jest. Oni tacy są, że chcą się z nami bawić. A my chcemy spokoju od nich, prawda?

I poprosiwszy brata, by skonfiskował jedną z piłek poszli bawić się sami. A my? A my zostaliśmy z żółtą piankową piłką, ratując resztki godności i honoru przez pół godziny graliśmy sami, wydając przy tym dzikie okrzyki radości, żeby udowodnić tym małym gadom, że wymyśliliśmy naprawdę super zabawę.

Bo to zła matka była

Matka to jest takie stworzenie, co to nie zrozumiesz. Pomijając już typ matki internetowej, co to w ogóle lepiej nań nie trafić, bo przecież połknie Cię, pogryzie i wypluje, są Matki realne. Takie prawdziwe z krwi i kości. A zna się ich kilka, wszak metryka już coraz starsza, więc sporo koleżanek postawiło na prokreację.

Jest więc Matka stworzeniem dziwnym. No bo na przykład widzi taka Matka, że dziecko sto siedemdziesiąte pudełko z klockami postanowiło wysypać i Matka wie, że to ona z Ojcem wieczorem będą te klocki segregować i Matkę trafia najjaśniejszy i chce Matka dziecię za okno na mróz wystawić, coby emocje ostudzić i jest Matka na granicy i co? I nic. Bo jak już wieczorem te klocki posegreguje i pranie wstawi i zupę przy okazji na jutro i myśli sobie na co jej to było, to siada Matka do komputera tudzież przed telefonem i… ogląda zdjęcia dzieci. Nie, że obcych w sklepach internetowych z ubraniami albo dzieci znajomych na fejsbukach. Nie, nie. Matka swoje dzieci ogląda, mimo, że wcześniej z tym mrozem to całkiem na poważnie myślała.

O! Albo inaczej. Chce Matka chwili spokoju. Takiej, żeby po prostu porobić nic. I jęczy Matka mężowi o tę chwilę bez niego i dzieci od tygodnia i jęczy i dręczy i gnębi. Małżonek oczywiście zgarnia potomstwo i jedzie w świat, ofiarowując Matce czas tylko dla siebie. I co? I po pół godziny Matka jak zaprogramowana- od okna do okna, od telefonu, do westchnięcia zastanawia się po pierwsze primo, kiedy wrócą, po drugie, czy na pewno pamiętają, żeby się stosownie ubrać/napić/najeść (niepotrzebne skreślić) i z chwili dla siebie ma Matka tyle, że ewentualnie włosy umyje, żeby nie było.

No, ale do sedna. Nadszedł w moim życiu strasznie trudny czas. Otóż z racji miesiąca  lekarskiego, kiedy to Franek ma wszelkie przeglądy wszystkiego, co się da, trochę jeździmy. Trochę dużo. Gdzie możemy, to oczywiście całą ferajną, gdzie nie- delegacją w postaci Franka i opiekuna. W poniedziałek była Łódź. Franc wyrósł już ze swoich ortez, zmobilizowani więc przez fizjoterapeutów, umówiliśmy wizytę w Ortopro i wyruszyliśmy w świat. Ortezy robi się na miarę. W związku z tym Panowie najpierw badają Franka zakres ruchu, potem gipsują nogi od kolana w dół i z tak zrobionego odlewu rzeźbią nowe buty Francesca. Za jakiś czas będziemy jechać na przymiarkę, ale tymczasem wróćmy do poniedziałkowej wizyty. Właściwie to nie pamiętam, dlaczego, ale umówiłam się w Łodzi na jakąś astronomiczną dziesiątą rano. Niby nie wcześnie, ale musimy tam dojechać, co zajmuje do dwóch godzin, odpocząć Franka, odbyć wizytę i wrócić. Cały dzień w plecy i to bez większych atrakcji. Nie było więc sensu targać i męczyć Leosia. Wymyśliłam więc, że pojedzie do Babci Goshi. Co więcej! Wymyśliłam sobie, że żeby bez sensu w poniedziałek nie zawozić go o świcie, odstawimy Milunia w niedzielę, uśpimy wieczorem, wrócimy do domu, a w poniedziałek w drodze powrotnej odbierzemy. Niby wszystko ładnie, niby pięknie, ale to oznaczało jedno: NOC POZA DOMEM!!!

Mój malutki, mój Leloś, Lelonek miał pierwszy raz spać pod innym dachem niż mama, tata i Franio. Starałam sobie wszystko racjonalnie poukładać. Milonek był bezpieczny, uśpiony przez nas, u wspaniałych i kochanych dziadków. Ale ja sem Matka. Tego nie zrozumiesz. Mniej więcej o północy Męża mego obudziło chlipanie do poduszki. Wystraszony tym, że coś stało się a/Franiowi, b/Lelosiowi i dzwonili Dziadkowie c/no w ostateczności mnie, stanął na baczność przy łóżku. Kiedy już uprzejmie wyjaśniłam mu, że ja po prostu złą matką jestem i, że biednego malutkiego takiego tam zostawiłam i że się rano obudzi i będzie tęsknił i że ja tęsknię… spojrzał na mnie tym wzrokiem, jak wtedy kiedy urwałam lusterko w samochodzie, wziął swoją połowę kołdry, syknął coś o rozwodzie i bezdusznie poszedł spać. 

Leoś u dziadków oczywiście bawił się świetnie. Zasypany atrakcjami spędził super dzień ze swoim kuzynem, zjadł miliony pyszności, odbębnił popołudniową drzemkę i ani razu (podobno, bo ja tam nie wierzę) nie zapłakał. Oczywiście, że był stęskniony i po naszym powrocie nie chciał się odkleić od Frania i oczywiście bardzo jestem szczęśliwa, że nie wił się w spazmach przez pół dnia. No, ale skoro już jestem złą matką i porzuciłam go w ciepłym, bezpiecznym rodzinnym domu, to mógłby chociaż z piętnaście minut Babci pojęczeć.

Leon Te. Historia prawdziwa

Dziś drugie urodziny Leosia. Nasz Leloś, Lelonek kończy drugi rok swojego życia! Minęło w pięć minut.

/fot. Paulina Maj Fotografia, zdj. na uroczystości rodzinnej/

Kochany Leosiu,

jeśli kiedyś będziesz miał ochotę i przeczytasz blogową historię naszej rodziny, prawdopodobnie natkniesz się na ten wpis. Jak do tej pory jeden z niewielu „Twoich”. Wiesz synku, cały czas mam taką wątpliwość, jeśli chodzi o upublicznianie Twojego właśnie życia. Blog o Franiu powstał, jak wiesz, z powodu jego potworzastego. Wszystko co tutaj jest napisane, nawet jeśli tego bardzo nie chcemy, zawsze ma kontekst Jego choroby. Tak pewnie będzie już zawsze.

Na szczęście dla naszej rodziny, Ty jesteś super zdrowym chłopakiem. Ciągle nie możemy wyjść z podziwu, jak wiele radości wniosłeś do życia całej naszej trójki, jak bardzo nam Ciebie brakowało. Przez ostatnie dwa lata pokazałeś nam, że tak naprawdę niewiele wiedzieliśmy o byciu rodzicami. Teraz już wiemy, że Ty dopełniasz jego, a on Ciebie.

Z resztą, jak na prawdziwych braci przystało, jesteście totalnie różni. Franio jest spokojnym ostrożnym i wyważonym romantykiem. Ty jesteś jak tornado, które wpada z impetem co rano do naszego łóżka, by po kolei budzić wszystkich najbardziej oślinionym buziakiem na świecie. Z resztą mam wrażenie, że Ty nie zatrzymujesz się nawet na chwilę. Genów jednak nie oszukasz, bo zupełnie jak Twój wujek przepadłeś miłością wielką do traktorów i kombajnów, których niemała kolekcja zajmuje pół domu. Do tego dochodzi rower, taczka, jeździk i cała masa samochodów. Wszystkie pojazdy wzbudzają Twoje zaciekawienie, a potem zachwyt. Uwielbiasz, kiedy Tata pozwala Ci wjeżdżać windą przy ciężarówce Dziadka. Szalejesz, kiedy możesz usiąść w traktorze (choć zdecydowanie bardziej wolisz, kiedy nie są włączone) i kiedy możesz uczestniczyć we wszystkich pracach związanych z motoryzacją. W tym aspekcie jesteś synu mężczyzną totalnym.

A jeśli o mężczyzn chodzi. Niezaprzeczalnym autorytetem jest Dziadzia Greg, od dziś na potrzeby bloga i dzięki Tobie Leosiu przechrzczony na Dziadzię Gesia. Tak, jak Franio całe godziny spędzał na wertowaniu książek z Dziadkiem Ksero, Ty biegasz z Gesiem. Tylko Dziadek potrafi ujarzmić wielkie kłótnie między nami, kiedy to ja próbuję położyć Cię spać, a Ty bardzo bardzo tego nie chcesz. Z resztą Wasz dobry kontakt jest zagadką dla całej rodziny, bo mimo tego, że wchodzisz Dziadkowi na głowę, męczysz, dręczysz i nie opuszczasz nawet na minutę, to Gesio jest oazą cierpliwości i pozwala Ci na zdecydowanie zbyt wiele. 

Jednak najważniejszy dla Ciebie jest Fanio, tak mówisz o swoim starszym bracie. Przez szereg miesięcy nauczyłeś się, jak funkcjonuje nasza rodzina na stałe zależna od respiratora i świetnie się w tym odnajdujesz. Ponieważ działa to także w odwrotną stronę i Franek poza Tobą świata nie widzi, co zwykle widać, kiedy trzymacie braterską sztamę przeciwko rodzicom, serce rośnie kiedy się na Was patrzy. Mam nadzieję, że będzie tak przez długie lata. Ale wiesz? Nie jest też tak, że jest ciągle różowo. Kiedy już opadnie confetti i zrobię wszystkie słodkie fotografie, kiedy to bawicie się w ganianego, popodlewacie kwiaty lub Franio mruczy Ci przed snem, potraficie się totalnie pogryźć. Franek doskonale wie, że może Cię podpuścić, kiedy Cię przedrzeźnia lub zaczyna grać Twoją piłką. Ty zaś wiesz, że nic tak nie doprowadza Francesca do pasji, jak to, kiedy bierzesz jego karty do gry. Czasem wkraczam do akcji ja lub tata, ale to tylko wtedy, kiedy przesadzicie. Jednak zwykle jest tak, że sami łagodzicie konflikty i Franek z ochotą przyjmuje wszystkie Twoje przytulasy i buziaki, a Ty z radością dajesz się podwieźć na elektryku.

Drogi Leosiu, tak sobie myślę, że przed Tobą i nami naprawdę wiele fantastycznych chwil. Z dnia na dzień stajesz się coraz bardziej samodzielny, coraz więcej mówisz, bardzo wiele rozumiesz. Cieszę się ogromnie, że wyrastasz na empatycznego, ale i charakternego chłopca. Jesteś wspaniałym i wyjątkowym chłopakiem i wiedz, że bardzo Cię kochamy.

Nasz drogi Lelonku!

 

W dniu drugich urodzin ja, Tata i Franio życzymy Ci, by ten wspaniały uśmiech nigdy nie schodził z Twojej twarzy, żebyś miał odwagę spełniać swoje najskrytsze marzenia, żebyś zawsze czuł, że bez Ciebie, to już nie to samo, no i żeby nigdy nie zabrakło ciasta. I kabanosów. I mięska. I jabłek. I malinek. Wszystkiego najlepszego Robaczku!

 

Czarny piątek

Otóż to! Od tygodnia próbuje Matka Anka wydobyć mężczyzn swojego życia z wirusów i bakterii. Oczywiście żaden nie przyzna, że był pacjentem zero i tylko przerzucają się dolegliwościami. Najgorzej to było w piątek…

Leon postanowił zostać hafciarzem roku i zafundował nam radosny poranek i już w zasadzie wiedzieliśmy, że nie. Że jednak nie przechodzi mu to przeziębienie, co to było przeziębieniem na początku tygodnia i nie ma wyjścia, dzwonimy do pediatry. Franio był już niemal całkiem wyleczony, pozostał w domu tylko dla umocnienia formy, staraliśmy się więc braci raczej dzielić niż łączyć. Jednak to akurat piątek był dniem, kiedy to Miluś kochał swojego starszego brata najbardziej w życiu i każda próba rozdzielenia ancymonków kończyła się strajkiem generalnym. Ponieważ kaszel wzmagał na sile, co było odwrotnie proporcjonalne do matczynej cierpliwości, postanowiła Matka wyjść nieco wcześniej z domu, żeby a/ przewietrzyć zszargane tfu! umysł, umysł przewietrzyć, b/ nie spóźnić się, jak to czyni zawsze i wszędzie. I wyszło prawie idealnie, bośmy się z Milusiem wylansowali i wyszykowali z półgodzinnym zapasem, ale okazało się, że mgła i inne cuda na drodze więc Matka… zabłądziła. Musicie bowiem wiedzieć, że my nie mieszkamy w metropolii. To znaczy mieszkamy, ale na jej obrzeżach, gdzie prędzej traktor niż maybacha uświadczysz, a i Pani Doktor swój gabinet przy domu na wsi ma, a Matka nie tutejsza, tylko za mężem i przy mężu została i u Pani Doktor dwa razy w życiu tylko była, to się mogło Matce zabłądzić. Kiedy zapytałam przypadkowego wędrowca myśliciela pod sklepem osiedlowym, że którędy na gabinet, to najpierw umarł ze śmiechu, a potem, kiedy już ożył, to kumpla jeszcze wtajemniczył i chcieli Matce nawigację ufundować, bo tak w te strony, to jeszcze nikt nie zabłądził. Szczęście w nieszczęściu, że podróże to naszego Milonka wybitnie uspokajają, mogła więc Matka pod nosem sobie rzucać brzydkimi słowami, na barkach niosąc śmiech panów spod sklepu. Koniec końców wcale tak daleko nie zabłądziliśmy, bośmy się zmieścili w kwadransie akademickim i kiedy już udało się Młodszaka osłuchać i obejrzeć, okazało się, że ma… zapalenie oskrzeli. Taddam! Super, prawda?

Po powrocie do domu pozostało zapodanie leków i czekanie na efekt. W tak zwanym międzyczasie mąż zapadł na najbardziej śmiertelną męską odmianę kataru i musieliśmy na szybko notariusza, żeby testamentem buty typu cichobiegi, portfel skórzany z inicjałami i świnkę skarbonkę na odpowiednie osoby scedować, a Franiowa szyjka zaprotestowała i wdał się jakiś stan zapalny przy rurce, więc trzeba było na cito ratować.

I wszystko było już dobrze i nawet spokojnie być zaczęło. Aż nadeszła sobota. W sobotę rano puściły kołki rozporowe przy półce z książkami i niewiele brakowało, żeby to wszystko sru! na podłogę zabijając ścierającą kurze Matkę. Tak więc sobota zafundowała nam segregowanie biblioteki Frania, co najchętniej oczywiście uskuteczniał Milon. Na szczęście wszyscy zmęczyliśmy się tymi porządkami, więc tłumnie i zgodnie grubo przed 22 okupowaliśmy swoje łóżka.

Jest niedziela.

Gardło mnie coś zaczyna pobolewać…

Przygoda ze żłobkiem- odcinek 1

Od prawie dwóch miesięcy Leon jest pełnoprawnym żłobkowiczem. I pewnie, że wolałabym, żeby siedział obok mojego pracowego biureczka i przez osiem godzin kibicował mi w wyrabianiu norm, ale umówmy się- nie udałoby się to z temperamentem Leosia. Dlatego po wyważeniu wszystkich plusów i minusów postanowiliśmy, że Leo pójdzie do żłobka. To był ogromny, milowy wręcz krok w życiu naszej rodziny, dlatego z wyciąganiem wniosków z tej decyzji postanowiłam poczekać kilka tygodni.

Z szukaniem odpowiedniego miejsca dla Milusia to było tak, że obudziłam się zdecydowanie za późno. Mylnie myślałam, że no z czym jak z czym, ale z miejscami w żłobku to będzie luzik. Brak wprawy- rozumiecie. Otóż nie. Na miesiąc przed moim planowanym powrotem do pracy Leoś zajmował 31 miejsce na liście rezerwowej w pierwszym żłobku publicznym, w kolejnym pani zabiła mnie śmiechem informując, że w dniu zapisu rodzice spędzają noc w kolejce, a w trzecim pani dyrektor powiedziała, że szanse marne. Klubik malucha, który wypatrzyłam, choć piękny i przyjazny odpadał ze względu na godziny funkcjonowania, a i tam Leo był na liście oczekujących. Padło więc na żłobki niepubliczne. I przyznam szczerze, że nie należę do typu mam, które sprawdzają badana gaśnic w każdym pomieszczeniu i skład wykładziny w bawialni. Żłobek miał mieć po prostu to coś. Rzutem na taśmę i dzięki temu, że poszłam jeszcze na dodatkowy urlop Miluś rozpoczął żłobkowanie w ostatnich dniach września.

leo1

Pierwszy dzień to była jakaś masakra. Dla mnie. O ile w szatni jeszcze się jakoś trzymałam, a Leon cały w uśmiechach wskoczył w ramiona Pani, to udało mi się tylko dotrzeć do samochodu. Szloch wypełnił naszego Stasieńka po same amortyzatory. Przechodnie przyglądali mi się z ciekawością, a ja płakałam i płakałam… Kolejny był trudniejszy już dla Leosia. To był pierwszy z trzech trudnych dni. Bo dokładnie tyle trwała Milusiowa aklimatyzacja w żłobku. Młodziak rozpłakał się na widok drzwi do sali, a jego wyciągnięte rączki kroiły moje serce na pół. Stałam pod drzwiami i wrzucałam sobie, jaką to jestem złą matką. Szloch Leosia milkł po chwili, zapewne w momencie, kiedy zobaczył ogrom zabawek, ale też musicie wiedzieć, że jest to ten typ dziecięcia, które nie żywi urazy zbyt długo, żywi ją za to dość donośnie. Trzy trudne dni owocowały także trzema trudnymi popołudniami i nocami. Nie widzę powodu, żeby lukrować rzeczywistość, dlatego z ręką na sercu mogę powiedzieć, że byłam o krok od rezygnacji. Leoncjo wisiał na mnie całe wieczory, chodził ze mną nawet do toalety, a w nocy spał praktycznie na mnie. Trzy dni, popołudnia i noce. I koniec. Potem nastąpił przełom i fascynacja, która trwa do dziś. Leon chyba skumał, że nie dzieje mu się tam absolutnie żadna krzywda, że może liczyć na przytulasy, wygibasy i jedzenie (a tego nasz synek jest koneserem) i że Mama zawsze wróci. Żłobek to naprawdę fajna sprawa. Dzieciaki pieką ciasteczka, uczą się higieny, malują, tańczą, poznają zwierzątka, warzywa. Mieli też bal przebierańców, na którym Leon zachwycił wszystkich pożyczonym od starszego brata strojem policjanta.

Dziś z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że Leoś jest szczęśliwy w swoim żłobku. Zdarza się, że zwieje mi do sali w jednym bucie albo jak dziś, kiedy to chciałam zabrać go jeszcze do sklepu, urządza awanturę i ucieka w kierunku wejścia do żłobka. Bywa, że muszę odczekać aż się wybawi. Bywa też, że chce zabrać do domu swoją Panią. Zjada, jak to Leoś, podwójną porcję obiadu, ze spaniem też nie ma problemu. W domu od drzwi pędzi do kanapy, sprawdzić, czy Franio na niego czeka i potrafi znieść mu wszystkie klocki, jakie tylko znajdzie w zakamarkach.

A Matka Anka? Powiem tak. Oddawało się Leosia do żłobka bardzo trudno. Byłam trochę zazdrosna, kiedy witał Panie z uśmiechem i pędził do sali gubiąc skarpetki, ale dużo, o niebo trudniej było mi wyjść z szatni, kiedy płakał. Wolę więc być zazdrosna. Teraz, kiedy widzę, że chodzi tam naprawdę chętnie, jest dobrze, bo ufam, że wybraliśmy dla niego najlepszą formę opieki.

 

Kiedy starszy brat jest niepełnosprawny

Jakim bratem jest niepełnosprawny Franio?

Najlepszym.

I to powinien być cały wpis. Ale gdzie tam! Przecież, jak zwykle mam najwięcej do powiedzenia. Kiedy urodził się Miluś i nastąpiła jego radosna prezentacja na blogu, otrzymaliśmy od Was mnóstwo wyrazów sympatii, gratulacji i miłostek. Tylko jedna osoba (dziś myślę, że z troski, wtedy się wkurzyłam) współczuła Frankowi tego, że będzie świadkiem dorastania i rozwoju swojego młodszego, sprawnego, zdrowego brata. Jakoś nigdy nam to przez głowę nie przeszło, że Franio mógłby tego zazdrościć Leośkowi. Minął rok. Z czystym sumieniem i pełną odpowiedzialnością mogę Wam więc napisać, jakim starszym bratem jest Franciszek.

Wszystko zaczęło się od testu ciążowego…

Leo był planowany. Wyczekany, wytęskniony, wymarzony. Nie wtajemniczaliśmy Frania w nasze zamiary, jednak kiedy na teście pojawiły się upragnione dwie kreski, dowiedział się w pierwszej kolejności, że oto zostanie starszym bratem. To on był najważniejszy. Tłumaczyliśmy mu, że w brzuchu Mamy pływa sobie teraz maleńki dzidziuś i kiedy urośnie pan doktor go wyjmie, a on będzie miał w domu swojego braciszka. Albo siostrzyczkę. Takiego, który go będzie kochał najmocniej, jak tylko potrafi i dla którego starszy brat będzie zawsze najważniejszy. Nie było więc innej możliwości niż ta, że to Francesco obwieszczał Babciom i Dziadkom i Ciociom i Wujkom i z rozpędu każdemu, że będzie miał młodsze rodzeństwo. Tym samym to on zbierał wszystkie gratulacje i to jego bezustannie pytano, co słychać u dzidziusia. Kiedy urodził się Miluś mądre Ciotki i Wujkowie i Babcie i Dziadkowie oszaleli na punkcie naszego drugiego synka, ale radość i szaleństwo swe obchodzili z Franciszkiem. To właśnie Franio każdemu prezentował zawartość kołyski, mówił, że to jego mały brat, który ciumka cycusia i jeszcze nie potrafi mówić. Wszyscy dookoła wiedzieliśmy, że Franek musi poczuć się pewnie na swoim nowym stanowisku, więc angażowaliśmy go w pilnowanie i opiekę nad bratem, ale także jemu poświęcaliśmy maksimum uwagi.

Wspominałam już, że największym problemem do pokonania były Franka szpitalne obciążenia. Strach przed niespodziewanym hałasem, nadmiernym dotykiem, nadwrażliwość twarzy i niemal każdej odkrytej części ciała. Dorośli to rozumieją, noworodki nie bardzo. Na szczęście okazało się, że Milonek jest dzieckiem nad wyraz grzecznym. Płakał wyłącznie z głodu. Wspólny płacz zdarza im się naprawdę rzadko i jest spowodowany jakąś rodzinną tragedią (typu wyłączenie telewizora), a nie wzajemnym żalem.

Przez ostatni rok Franek ogromnie dojrzał. Nadal jest synkiem mamusi, który lubi się tulić przed snem i uwielbia być w centrum zainteresowania. Jest też jednak mądrym prawie sześcioletnim chłopcem, który wiele rozumie, zna zasady na jakich funkcjonuje nasz dom i powoli sam zaczyna je tworzyć.

A co z Milusiem? Czy wychowujemy go w kulcie starszego brata? Nie. Milusiowi tłumaczymy, że jest młodszym bratem. Że on i Franek są dla siebie najważniejsi. Leoś jest chłopcem, który bacznie obserwuje otaczającym go świat. Wie, że z Franiem nie będzie się bawił, jak z Bolem, z którym można pojeździć samochodami. Wie, że nie wolno szarpać za rurę i wie, co to ambu. Wie także, że może się przytulić, kiedy tylko chce do Mamy, do Taty i do Frania także. To nam tak jakoś naturalnie wyszło. Jak więc wygląda braterska sztama w naszym domu? Już wyjaśniam.

Co można robić ze starszym bratem, który nie chodzi, nie oddycha i jest słabszy fizycznie?

– budujemy namiot z poduszek i koca, pod namiotem kładziemy materac, na materacu Franka. Trzy sekundy później zjawia się Miluś kładzie się obok i czeka. Franio daje sygnał i jest rozwalanie namiotu. Franek steruje, Leon szarpie, chichra się, dokazuje. I tak milion razy. Budowniczym jestem ja.

-Franio siedzi na kanapie, Leon przynosi mu siedemnaście tysięcy klocków, każdego wkłada w dłoń Frankowi i… śmieje się w głos. Bo wie, że za kilka sekund klocek poleci w niewiadomym kierunku, a Franek wystrzeli salwę dźwięków imitujących upadek. Doprawdy nie wiem, co w tym śmiesznego, ale kończy się zazwyczaj kolką. Leonową.

-u nas w domu to Franek jest realizatorem akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Kiedy na jego kolanach ląduje książka, Leon siada obok kanapy i słucha. Czasem są to trzy minuty, czasem dwanaście, a czasem cała opowieść. Franek tak potrafi czytać, że i ja czerpię z tego ogromną przyjemność, jako słuchacz.

Czy Franio zazdrości Leonowi sprawności?

Nie. Na rehabilitacji to Francesco jest gwiazdą. Jego fizjoterapeuci dopingują go, chwalą i motywują. Starszak wie, że kiedy ciężko pracuje, wsparcie jest najważniejsze. Kiedy więc Miluś próbuje wejść na szafkę pod telewizorem, to usłyszy, że Mama będzie zła, ale jak podniesie nogę, to będzie mu łatwiej. Kiedy Leon zaczął stawać, to Franek najgoręcej z nas wszystkich mu kibicował. Kiedy Młodziak zje znienawidzoną przez brata jajecznicę, zawsze słyszy- brawo Leosiu, ja bym tego nie zjadł, a ty potrafisz nawet jajko przełknąć. Dzięki temu, że w naszym najbliższym otoczeniu jest mnóstwo rówieśników naszych chłopców, żaden nie czuje się gorszy. Franek tak samo bawi się z Bartkami, jak i z Kubą i Leosiem. A Leoś nie widzi różnicy między swoim bratem, a kolegami.

A kiedy zaczepia nas jakaś starowinka myślą złotą, że „zabiorę Ci brata Franku, może pomieszka ze mną” to Franio zawsze odpowiada, że tak nie można, bo Leon jest nasz.

 

Dzień Leosia

Leośku,

dzięki Tobie w naszym domu nic nie leży na swoim miejscu, schody są (nadal bez bramki- się robi) zastawione krzesłem i pożyczonym od Franka klinem do rehabilitacji- taka osobliwa domowa konstrukcja. Szuflady z Franka przydasiami zabezpieczone, schowane kable i przedłużacze, zastawiona stolikiem komoda. Klocki, samochody, grzechotki zmiksowane są w jednym pojemniku. Co chwilę znajduję na podłodze fragment chrupki kukurydzianej albo bułki ze śniadania, którą zajęty odkrywaniem świata, postanowiłeś podrzuci. W końcu nauczyliśmy się zamykać drzwi do łazienki, nie gniewaj się, to dla Twojego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa moich kosmetyków także. Twoje kolana bezlitośnie obnażają stan naszej podłogi- codziennie do mycia. Twoja pomysłowość każe nam wierzyć, że kamienie mogą być jadalne. Uwielbiasz bawić się samochodami, z których każdy nadrobił już wszystkie zapomniane kilometry. Doskonale odnajdujesz się w nomenklaturze anestezjologicznej i choć nadal rzadko mówisz „mama”, to już „ambu” idzie Ci wyśmienicie. Jesteś podróżnikiem- na schodach w domu Babci kilka razy już pewnie zdobyłeś K2. Jesteś smakoszem, a my ciągle przecieramy oczy ze zdumienia, podziwiając tempo, z jakim wsuwasz pomidorową. Jesteś śmieszkiem- rozbawia Cię tak samo kląskanie brata, jak kichanie mamy. Kochasz swojego Tatę- uwielbiasz budzić go, wkładając mu palce do nosa i oczu- to Twoja najczulsza oznaka miłości. Regularnie gubisz się pod stołem i klinujesz w siedzisku Franka.

20160717_101241

Przez ostatni rok pokazałeś, jak bardzo nam byłeś potrzebny. Jesteś cudnym, ślicznym, pogodnym, naszym kochanym synkiem. Jesteś najlepszym młodszym bratem.

Dziś kończysz rok.

Bądź zdrów Leośku. I bądź szczęśliwy.

I idź przez życie tanecznym krokiem. Tak, jak potrafisz najpiękniej.

 

Najmłodszy terapeuta świata

Wraz z narodzinami Leona do naszego domu wkroczyła nowa jakość. Wszyscy uczyliśmy się życia we czworo. Początki były zaskakujące- nie przeczę. Oto bowiem okazało się, że płacz naszego dziecka słychać u dziadków w domu obok albo, że nie można zostawić onego samego na kanapie, bo od razu przyjmuje azymut na podłogę. Powoli, powoli poznawaliśmy swoje potrzeby, uczyliśmy się organizować plan dnia już pod dwóch małych chłopców i tym sposobem już niedługo będziemy świętować pierwsze urodziny Leona. Wielu z Was martwiło się, że Franio będzie miał problem, żeby odnaleźć się w roli starszego brata, a Junior pierwsze, co zrobi to zrzuci respirator z nadmorskiego klifu. No i zupełnie niepotrzebnie! Chłopcy żyć bez siebie nie mogą. Leoncjo codziennie czeka u dołu schodów aż zniosę Franka, a potem z dopalaczem w nogach pędzi na swoje miejsce u wezgłowia kanapy. Tam sadzam Franka i odbywa się rytuał powitania- są buziaki w stopy, przytulasy i pokaz akrobacji. Wszystko dla Starszaka. A Starszy? Zawsze, kiedy budzi się w nocy, pyta, gdzie Leon. Nie pozwala izolować Młodziaka w czasie rehabilitacji i nawet, kiedy ten włazi mu na głowę (dosłownie i serio!), cieszy się jak szalony i mocno go podpuszcza. O stosunkach bratersko- braterskich i naszej sromotnej klęsce na linii rodzice-sztama braci jeszcze napiszę.

20160810_073148

Tymczasem dziś o cudownym wpływie młodszego rodzeństwa na  życie sześciolatka z respiratorem, czyli jak to Leon uczy nas obsługi brata.

Po pierwsze: nadwrażliwość słuchowa

Często pisałam Wam, że dzieci po kilkumiesięcznym pobycie w szpitalu, wracają do 20160801_092618domu wyjałowione bodźcowo. Potrzeba było wielu miesięcy prób i pracy, żeby Franio przyzwyczaił się do dźwięku pralki, odkurzacza, blendera. Do dziś nie przepada za mocno piszczącymi zabawkami, a nieznajome szczekające psy przyprawiają go o zawał serca. Niestety noworodek nie wie, co to jest sterylność słuchowa. Ba! Zdrowy noworodek, a takim był Leon, potrafił głośno i wyraźnie akcentować swoją obecność kilka razy (lub kilkanaście- kto by tam liczył) na dobę. Zdrowy niemowlak, jakim staje się Leoś, zaczyna mówić. Nie. Wróć. On nie mówi. On nadaje. To nasze kolejne obciążenie genetyczne. Wszyscy w naszej rodzinie uwielbiamy mówić. Nie mogło więc nasze najmłodsze dziecię startować w życie inaczej. Leon krzyczy, piszczy, śpiewa- i wcale nie z żalu, czy agresji. Z miłości, którą oznajmia samochodom, mopowi, drzwiom do łazienki, czy w ostatecznej ostateczności Matce własnej osobistej. Szybciusieńko więc oswoił swojego starszego braciszka z hałasami i dziś, kiedy huśtawka hormonalna Leoncja daje znać (skąd oni to biorą? radość, złość, miłość, gniew- i to ze zmienną co pięć sekund!), więc kiedy ta zmienność daje znać, Franek robi minę zblazowanego starszego pana i mówi: „maaaamo weź go, niech się ogarnie”. Bez płaczu i żalu. I z ręką na sercu Wam mówię, że w duecie płakali tylko dwa razy!

Po drugie: strong man

20160709_180108Wiecie, jak wygląda delikatność w wykonaniu Leośka? No mniej więcej tak, jakby dać mi jeden czołg, drugi mojej (kochanej!) Teściowej i kazać nam bawić się w ganianego na parkingu pełnym ferrari. No nie byłoby co zbierać. Kiedy więc upominam Milusia, że przybijanie piątki z Franiem i owszem, ale delikatnie, mogę się spodziewać, że temu drugiemu odpadnie ręka. Nic to jednak nie znaczy, bo nasz delikatny, zachowawczy Francesco rok po narodzinach brata sam go podpuszcza, wystawiając swoje chudziutkie paluszki na pożarcie. Dwa lata temu, każde zbliżające się dziecię, to był płacz nie z tej ziemi. No, ale to jest jego brat. I „brat mamo, może mnie pacnąć, bo potem pacnę go ja.” O. Taka sytuacja.

Po trzecie: sensoryka

Właściwie mogłabym to podłączyć do punktu powyżej. Ale nie. Może nie. Franio nie lubi grzebać w cieście, piasku, trawie. Nie lubi mieć rąk od plasteliny, farb, czy nawet nie przepada za pianą w wannie. Leon? Mam wrażenie, że Leon ostatni raz był czysty, kiedy wykąpano go w szpitalu. Uwielbia grzebać w ziemi, wyrywać trawki, bablać się w błotku, mieszać ciasto, pisać po rękach. I do tego uwielbia tym wszystkim dzielić się z bratem. Dlatego Franio miał już stopy obłożone trawą (jaka to była kłótnia o to!), miał ręce całe w piasku. Ma też Franio oślinione palce u stóp (od wyznań miłości), ma też wycałowane czoło, nadryziony nos, wyrwaną brutalnie książkę z dłoni i wiele wiele innych. I gdyby robiła to ja, to już pewno dawno byłabym na dywaniku u dziadków, ale robi to on- Leon. Brat. On może. I musi już naprawdę przegiąć, żeby Franek zwrócił mu uwagę. W innym wypadku tylko piszczy i woła: „no dobra Leosiu, ale już ostatni raz”.

20160604_165808

Po czwarte: świętość

Ma jednak Leon w naszym domu rejony zakazane. To respirator i wszystko, co się z nim wiąże. Doprawdy nie wiem, jak to się stało, ale może tylko ze trzy razy szarpnął za filtr przy szyi? Gorzej jest z rurą, obwodem do respi. Ten kusi i nęci nieustannie. Ileż ja się nagadam, ile proszę, ile upominam. Na zmianę z Frankiem powtarzamy Młodziakowi, że rury nie wolno, bo to do oddychania, a oddychanie jest najważniejsze. I w czasie którejś z naszych poważnych dysput Franio mi oznajmia: jak mamo mnie Leoś czasem odłączy, to się na niego nie gniewaj, ja przecież umiem chwilę oddychać. Dam ci tajemny znak i mnie podłączysz. A Leosiowi musimy tłumaczyć, że rury nie wolno. I kiedy Młodszak zabiera się za obwód, Franio ściska go z całych sił i tłumaczy, że to do oddychania, a oddychanie? Jest najważniejsze.

Po piąte: miłość

Dumna jestem z tego strasznie i wrzucam to sobie trochę do laurki na własną cześć, że nasi chłopcy bardzo się kochają. Czasem obaj siedzą mi na kolanach i wtedy Leon krzyczy i woła Franiowi prosto w twarz, śmiejąc się przy tym niemiłosiernie. A Franek robi najśmieszniejsze ze swoich min i nie pozwala odstawić Brata na podłogę. Czasem obaj wiszą na swoim tacie i kiedy Leon skacze mu po brzuchu, Franio z całej siły łomocze Tatulka po nosie, taka braterska sztama- przemoc w naszym domu ma mocno miłosne oblicze. Kiedy Dziadzia Greg bierze się do tańca z Leosiem, Franio upomina się, że on też chce. Kiedy zaś prosi pierwszego Franka, ten zawsze pamięta, że jeszcze taniec z bratem. Franek bardzo szybko i bardzo mądrze odnalazł się w roli starszego brata, aż serce rośnie, kiedy widać, że lubią ze sobą spędzać czas.

12647900_1007298636022499_1159937667_n

Ale, ale. Jest coś, co brat bezdyskusyjnie zabrał Franciszkowi. To uwaga.

Do tej pory wszystkie oczy, ręce i serca w naszej rodzinie skupione były wyłącznie na Franku. Wszyscy zgodnie spełnialiśmy jego prośby i co tu kryć, siedzieliśmy mu na głowie. Teraz musiało się to zmienić. Bo nie dość, że pojawił się Leon, to cztery miesiące później urodził się Kubuś- kuzyn naszych chłopców. I tym sposobem uwaga dorosłych musiała ulec ogromnemu rozdrobnieniu. Czy wyszło to Frankowi na dobre? Ależ oczywiście. Mamy wrażenie, że przez ostatni rok mocno wydoroślał, zmężniał. Stał się na miarę swoich możliwości dużo samodzielniejszy. Dziś na przykład Leon śpi w swoim łóżeczku, mój mąż z zamkniętymi oczami i chrapaniem na ustach „ogląda” olimpiadę, ja dodaję wpis, a Franio? Franio nocuje poza domem. Sam. Bez nas. Razem z Ciocią M. urządzili sobie filmowy wieczór i jak znam życie knują swoje tajemnice i zajadają się pysznościami. Pomijając fakt potworzastego, to wszystko nam się fajnie poukładało, wiecie?

5 rzeczy, które zadziwiły nas w byciu rodzicem Leona

20160508_132353Bycie rodzicem Leona to dla nas ogromny zaszczyt i wyróżnienie. Muszę Wam jednak zdradzić, że to także wielkie wyzwanie, bo w pakiecie z Leonem dostaliśmy zupełnie inny rodzaj rodzicielstwa. Wszystko, co teraz przeżywamy jest nowe. Młodszak skończy niedługo pierwszy rok życia, cały długi rok, który spędził pod naszym dachem, znosząc rozmaite fobie i fanaberie. Fakt, że jeszcze nie uciekł, oznacza, że chyba mu całkiem dobrze. Nas jednak bycie rodzicem Leona ciągle zadziwia. Dziś topowa piąteczka, czyli dlaczego rodzicielstwo bywa zadziwiające.

 

 

Szybki i zwinny, jak Bruce Lee20160618_191315

W najśmielszy snach nie przypuszczałam, że dziecko może przemieszczać się w takim tempie. Uciekać z pieluszki, wanny, spod prysznica, biegać do półek z książkami, czy naszykowanego do wyniesienia worka ze śmieciami. Leoś zaczął raczkować dość późno, jak na standardy dziecięce, ale jak już zaczął, to się nie zatrzymuje. Czasem głowa idzie szybciej, niż machają ręce, co owocuje zdartym nosem lub guzem wielkości przyprawiającej o zawał własną osobistą Matkę. Nigdy nie wiem, gdzie go zastanę, kiedy na 3 sekundy odwrócę wzrok. Aczkolwiek jak na matkę „po przejściach” jestem dość wyluzowana i zaczynam go szukać dopiero, kiedy słyszę lament lub nieznośną ciszę. Zdarzało się już, że zabłądził pod stołem (wszak nogi od krzeseł bywają takie podobne), zdarzało się także, że klinował się pod swoim łóżeczkiem (no, size zero to on jednak nie jest). Kiedy widzi rano Frania schodzącego na dół, jak szalony pędzi zająć swoje miejsce przy kanapie, pędzi tak samo, kiedy słyszy, że otwieram lodówkę, bo Leon taką samą miłością darzy brata i jedzenie… A w kwestii jedzenia.

Lepiej ubierać, czy żywić?

20160622_172309

Leoncjusz nie jest wybrednym dzieckiem. Pierś matczyną ssał z zapałem i łapczywie, jednakowoż,  jak to mawia jego brat, kiedy poczuł „ludzkie jedzenie”, uznał, że to będzie jego hobby. Marcheweczka? Ależ proszę! Nieistotne surowa, czy gotowana. Rybka? A jakże, byleby dużo. Do tego maliny, borówki, truskawki, jabłka, śliwki, morele, brokuły, kalafior, szpinak… Co kto tam ma, to Leoś chętnie zje. Nie jest otyły, do zagłodzonego też mu daleko. Uznajemy więc, że zjada dokładnie tyle, ile potrzebuje. Czasem mam wrażenie, że działa zgodnie z zasadą: „już nie mogę… o! serniczek”. Dlatego odkąd <ludzkie jedzenie> jest głównym pożywieniem Młodziaka, w czasie naszych posiłków słychać, co następuje:

-Leosiu, już naprawdę wystarczy.

-Fraaanio, ale zjedz… cokolwiek.

Franio należy do niejadków totalnych, marzą mu się mule w sosie śmietanowym albo sushi (o zgubny wpływie książek kucharskich!), a kiedy już się szarpniemy na tego typu fantazję, niczym jakiś top chef uznaje, że jest niegodne jego książecego podniebienia. A Leoś? Nie pogardzi kredką i kamieniem. Ile do tej pory już zjadł? Pojęcia nie mam. Wiem, ile wyjęłam mu z buzi- miliony!

No właśnie, a może jednak nie ubierać?

20160625_155113

Franio nie należy do brudzących się dzieci. Dlatego rozpieszczeni tym stanem rzeczy, nie mieliśmy nawet najmniejszego pojęcia, że kwestia ubierania Leona będzie wyglądała aż tak. Przebieram go minimum 5 razy dziennie, w innym wypadku wygląda, jakbym go trzymała w piwnicy. Czy się brudzi? Wierzcie mi, to zbyt mało powiedziane. Odkąd zaczął raczkować nie ma przed nim celów nie do zdobycia: trawa, błoto, piasek- żaden problem. Do tego chce jeść sam, więc po malinach wygląda, jakby nas wymordował, a jagód, to nie spiera nawet najbardziej inteligentny proszek ever. A czy w ogóle sok z wiśni, to można jakoś normalnie usunąć z bawełnianej bluzeczki? W każdym razie wrzuciłam na luz, jeśli chodzi o prasowanie (już słyszę te westchnięcia zza Waszych ekranów, coś w stylu „wiedziałam!”), no więc zarzuciłam prasowanie codziennych ubrań Leona i tylko je ładnie strzepuję po praniu i naciągam przy składaniu. Wyjściowe prasuję nadal.

Siłacz

20160505_100051

Ile to dziecko ma siły! Matuchno święta. Przyzwyczajeni raczej do tego, że z rąk własnego dziecięcia przemocy nie uświadczymy, doznajemy wiecznego zdziwienia, kiedy Leon w akcie miłości klepnie nas w nos, tudzież oko. Albo jak się wyrywa przy przebieraniu. Albo wkurza, jak się go wyjmuje z kąpieli i wścieka i pręży. Albo przełazi przez Tatę, który mylnie uznaje, że wystarczy położyć się na boku i dzieć z łóżka nie zejdzie. Otóż zejdzie. Ba! Zleci z impetem, po czym otrząśnie się, strzepnie niewidzialny pyłek z piżamki i popędzi demolować mieszkanie.

Człowiek demolka

20160624_202204

Jeszcze rok temu wszystkie książeczki były poukładane wielkością. Na górnej półce wierszyki i proza, na dolnej naukowe. Samochodziki były w fioletowym pudełku, klocki w zielonym, a pluszaki radośnie stały na komodzie. Gry i puzzle radośnie spiętrzone czekały na swoją kolej. To było rok temu… Teraz podnoszę, zbieram i układam siedemdziesiąt osiem razy dziennie. Książki są po prostu na półce, a ja zawsze szukam tej, którą aktualnie chce przeczytać Franek. Samochody i klocki tworzą radosny konkubinat we wszystkich pudełkach, jakie posiadamy, a gry i puzzle są po prostu powyżej metra nad ziemią. Dla bezpieczeństwa. Ile to dziecko ma samozaparcia i fantazji w zdejmowaniu i wyjmowaniu tego wszystkiego. Napatrzeć się nie możemy. Czy u Was pod kanapą też tworzy się alternatywna rzeczywistość z zagubionych klocków, zabawek, skarpetek i dwóch opakowań kremu bephanten?

Co wolno wojewodzie.

20160429_072841

Faktem jest, że jesteśmy dość tolerancyjnymi rodzicami. Jeśli coś nie zagraża życiu i zdrowiu któremuś z nich, to dlaczego nie. Przecież najfajniejsza jest zabawa w błocie, trawie i piasku. Ręce się umyje, ubrania wypierze, kamienie wyjmie z buzi i liście z włosów też. Są jednak świętości, których pilnie przestrzegamy: absolutny zakaz dotykania kabli, rurek i przewodów. Ani tych, z których korzysta Franek, ani tych, które są przeznaczone do wyrzucenia- trudno przecież maluszkowi wytłumaczyć, że raz się może bawić filtrem od respi, a raz nie. Zdarza się Leosiowi zapędzić w zabronione obszary, jednak zauważyłam, że od jakiegoś czasu w połowie drogi rezygnuje z zamiaru poszarpania rurą od respi, albo badawczo sprawdza moją reakcję. Franio już mu wytłumaczył: „Leosiu to jest do oddychania, a oddychanie jest najważniejsze”. Młody chrząknął na znak zgody i braterskiej sztamy, po czym poraczkował zjeść kilka kamieni.