Zajęcia dodatkowe

Gitara, karate, piłka nożna, tańce… Wachlarz zajęć dodatkowych dla uczniaków mniejszych i większych jest przeogromny. To genialna sprawa, że żyjemy w czasach, kiedy możliwość rozwijania pasji jest w zasadzie w zasięgu ręki. Chcieliśmy więc, żeby i nasz Franek znalazł dla siebie coś, co nie tylko będzie sprawiało mu przyjemność, ale także będzie jego konikiem. Z tym, że jeśli oddycha się dzięki pomocy respiratora, jeździ się wózkiem elektrycznym (ale tylko w okresie wiosenno-letnim) , wiecznie korzysta z pomocy rodziców i nie można nawet nogi samodzielnie poprawić, pojawia się problem z dobraniem odpowiednich zajęć. Jak zwykle rozwiązanie przyszło trochę samo, a trochę podrzucił je Franio. 

Nie wiem czy pamiętacie jakieś filmiki z przeszłości, ale tutaj podrzucam Wam jeden z nich:

Do dziś nic się nie zmieniło. Franek kocha języki. Delektuje się każdym obcym, który słyszy. Uwielbia słuchać obcojęzycznych nagrań i bez znaczenia dla niego jest rodzaj tego języka. Tym samym bardzo często w naszym domu jest jak w wieży Babel. Bo kiedy tylko nadarza się okazja Franek odpytuje: Babcię eM z niemieckiego, Doktora z ukraińskiego, Cioci Ew z angielskiego, swojej Ewy z francuskiego. Bez przerwy i wciąż chciałby poznawać nowe słowa w obcych językach. Franek po prostu lubi wiedzieć, a do tego zdobywanie tego rodzaju wiedzy przychodzi mu z ogromną łatwością. Postanowiliśmy więc, że pójdziemy w tym kierunku. Agatę polecił nam mój kolega. Napisał, że świetna dziewczyna i cudnie uczy. Hiszpańskiego! Franek od razu zapalił się do tego pomysłu.

Musicie jednak wiedzieć, że nie tak łatwo organizuje się zajęcia językowe dla respiratorowca. W zajęciach grupowych Franc by zniknął w tłumie, nie przekrzyczałby innych dzieci. Dlatego w grę wchodziły tylko te indywidualne. Tutaj w sukurs przyszła technologia. Nie musimy pakować tony przydasi, Franka, wózka, martwić się o pogodę, czy stan zdrowia na teraz. Wystarczą słuchawki i internet, bo Agata uczy między innymi przez skype. Każda lekcja to dla Francia fantastyczna zabawa, w czasie której hiszpańskie zwroty wchodzą do głowy tak, że nawet my mimochodem załapujemy. Odkąd, co czwartek w naszym domu słychać Agatę, już nikt nie prosi o zimne mleko, tylko leche fria, a sumo de naranja znają już nawet Dziadkowie. Żeby nie było za łatwo, także Francyś mobilizuje Agatę do poszukiwań i poznajemy zwroty anestozjologiczne- przewentyluj mnie ambu, czy sprawdź respirator. Przyznam, że czasem nie nadążamy, bo Franek strasznie się wkurza, kiedy rzuca coś po hiszpańsku, a my rzucamy się do słownika, by móc zrozumieć własne dziecko. 

Jeśli macie ochotę, poznajcie Agatę  tutaj—> KLIK i tuaj—> KLIK

To nie koniec! To znaczy o Agacie już koniec, ale to nie koniec zajęć dodatkowych Frania. Dziwi Was, dlaczego? Teoretycznie plan dnia Francyś ma wypełniony po brzegi. Nauczanie indywidualne i rehabilitacja są tak ułożone, że w zasadzie od poniedziałku do środy w czasie przerw Franciszek ma czas coś zjeść i chwilę odpocząć. Jednak od czwartku umiera z nudów. Musicie wiedzieć, że trudno jest zorganizować wolny wspólny czas takiemu chłopakowi, jak Franek. Każda gra i zabawa przez nas proponowana, jest głównie przez nas wykonywana. Tak to już jest, kiedy ma się ograniczoną ruchomość rąk- Franek nie lepi z plasteliny, nie wycina nożyczkami, a nawet taka pierdoła, jak książka przewrócona do góry nogami jest ogromnym technicznym problemem. Dlatego bardzo szybko nudzą go gry, w których nie może uczestniczyć aktywnie. Poza tym chciałby czasem odciąć się od rodziców i mieć coś swojego, coś innego. No i kręci go wiedza. Zanim znajdziemy kogoś do francuskiego (serio!), sami ogarniemy nieco ten hiszpański, postanowiliśmy rozwijać Franka głowę w zgoła innym kierunku. I tak do naszego dom co piątek przyjeżdża Pan Paweł i jego… roboty. Od mniej więcej miesiąca testujemy nowy rodzaj zajęć- programowanie.

Ten kierunek obraliśmy z dwóch powodów- po pierwsze są to zajęcia, w których Franek może niemal w pełni uczestniczyć samodzielnie. Póki co, nie ma problemu z obsługą klawiatury komputera, okazuje się więc, że po raz kolejny wspiera nas technologia. Do tego Frankowi znakomicie idzie zapamiętywanie wszystkich formuł i zasad, jakie wpaja mu Paweł i tym sposobem zupełnie przy okazji trenuje pamięć i zdolność logicznego myślenia, co w przypadku bycia humanistą jest treningiem nie do przecenienia. Cieszę się bardzo, że wpadłam na to programowanie, bo myśląc perspektywicznie, może to przecież być w przyszłości zawód i sposób na życie Francesca. A jeśli jeszcze połączymy to z hiszpańskim? Znacie jakiego innego przystojnego programistę ze zdolnościami lingwistycznymi?

Bardzo Wam polecam Agatę i Pawła. Są młodymi, kreatywnymi ludźmi. Nie przestraszyli się rur i respiratorów (co już się zdarzało), a zajęcia dostosowują do zdolności manualnych i umysłowych Franka. Tym samym nasz Francesco biegle już czyta po hiszpańsku, a na ostatnich zajęciach zaprojektował swój pierwszy w życiu labirynt.

 

Biblioteka

20160606_090902

No cóż ja mogę powiedzieć. Półki Franka się uginają się od książek, a na dźwięk słów: „jedziemy do księgarni na jakiś zakup?” dostaje rumieńców. Zatem zapraszam Was do biblioteki Franciszka. Wybrałam jego ulubione książeczki z kilku kategorii- a jest ich naprawdę sporo. A na końcu absolutna wisienka na torcie, czyli podium- książki nie do zdarcia, czytane milion razy.

20160606_084831Wiecie już, że Francesco ma bzika na punkcie geografii. Mapy, globusy i atlasy zaszczepił Tata. Franek z pasją szuka stolic, ogląda flagi, uczy się najwyższych gór- takie tam rozrywki pięciolatka. Jednak absolutnym hitem w tej serii są książki Neli. Pierwszą pożyczyliśmy od Antka- Franiowego kolegi. A potem się już posypało, bo Nela nie próżnuje i w zasadzi co chwilę wydawana jest jakaś pozycja sygnowana jej imieniem. Książki z cyklu „Nela Mała Reporterka” to papierowa wersja jej telewizyjnego programu. Pięknie wydana, cudne kolorowe zdjęcia, napisana językiem przystępnym dla małych czytelników. Franek bardzo lubi te fragmenty, w których Nela zachęca swoich czytelników do podróżowania. Sam wtedy opowiada o swoich marzeniach (chce polecieć do Lizbony do Jasia, do Nowego Jorku dużym samolotem i coś przebąknął o Australii- nie rozdrabnia się chłopak). Nas też wciąga Nela, lubimy ją czytać razem z Franiem, bo kraje które odwiedza (Tanzania, Etiopia, Boliwia,…) to dla nas prawdziwa egzotyka. Dla starszych dzieci zostały wydane „Zabawy z Nelą”- zagadki, wykreślanki, krzyżówki. Franio pochłonął już obie części i z niecierpliwością czeka na jeszcze. Jednak ‚Zabawy’ to pozycja dla dzieci, które już dość dobrze czytają i liczą, myślę, że uczniowie z klas 1-3 byliby zadowoleni.

No, ale nie samą geografią człowiek żyje! Mała beletrystyka. Tutaj największym 20160606_090502powodzeniem cieszy się Albert. Cykl krótkich historii o rówieśniku Frania, który w poszczególnych częściach przeżywa adekwatne do wieku małe przygody i wyzwania. Jest więc historia o tym, jak Albert idzie do pierwszej klasy i ze stresu nie może zasnąć, jest także ta o tym, jak Albert udowadnia swoim starszym kuzynom, że wcale nie jest taki mały i ta, gdzie sposobem wciąga swojego tatę do wspólnej zabawy. Albert jest sprytnym chłopcem, a Franek w czasie czytania co i rusz wykrzykuje, że to zupełnie tak jak on! Ostatnio regularnie czytujemy „Dobranoc, Albercie Albertsonie”- to opowiastka o tym, jak Albert przeciąga pójście spać, jak wkręca tatę w picie, wspólne mycie zębów i potwory w szafie. To zupełnie tak, jak nasz Franio, który przed snem zwykle dwa miliony razy prosi o picie, sześć milionów o zmianę pozycji i jakieś dwanaście o ambu. Poza Albertem Franc czyta także klasykę dla chłopców, czyli Mikołajka, a także absolutny (czasem niezrozumiany przez rodziców, w tym mnie) bestseller „A kuku to ja, Turlututu!”. Próbujemy się też czasem z „Basią” Zofii Staneckiej- aczkolwiek Franio dopiero przekonuje się do tego cyklu i czasem mówi, że ta Basia go denerwuje.

20160606_091332Poeci Polscy uratowali nam życie w Łodzi na oioimie. Wałkowaliśmy ten opasły tom tysiące razy, a Franek jak tylko zaczął wydobywać z siebie jakiekolwiek dźwięki, uwielbiał dopowiadać końcówki wersów. Dziś chętnie wraca do tej książki i chyba jak każde dziecko bardzo lubi rymowanki. Ponieważ dorośleje nam chłopak szczególne miejsce w jego biblioteczce zajęły „Wierszyki domowe” Michała Rusinka. Żeby się nie znudzić (bo zna już sporo na pamięć), razem z Ciocią M. wymyślili zabawę polegającą na tym, że losują wiersz z zamkniętymi oczami, a potem jakimś śmiesznym głosem go czytają. Tym sposobem Michał Rusinek stał się prawie naszym domownikiem.

Ciekawość świata nie ma u Frania granic. Po co? Dlaczego? Jak? Bez przerwy pyta i 20160606_085639drąży. Rodzicielskiej kreatywności nie wystarcza, żeby odpowiedzieć na wszystkie pytania, dlatego na naszej półce wszystkie ‚ciekawskie’ książki. Najfajniejsza jest „Tata, a dlaczego?” Wojciecha Mikoluszko. Ponieważ Franek sam już czyta doskonale, świetnie się bawi, znajdując odpowiedzi na nurtujące go ciągle dylematy. Prym wiodą pytania z cyklu ‚dlaczego bekamy’ i ‚skąd się biorą bąki’- typowo męskie zagrywki. Z kolei, kiedy w duecie do czytania występuje któreś z rodziców, prym wiedzie „Mały Geniusz”- przyrodnicze, matematyczne, językowe, logiczne. Czasem zupełnie łatwe, czasem naprawdę trudne. Franek uwielbia wtedy ‚nie wiedzieć’- Tata tłumaczy mu wtedy wszystkie zawiłości świata, a on chłonie jak gąbka i zaskakuje Panią w zerówce.

20160606_093559Na koniec typowo męski światek. Samochody i motocykle oraz cały cykl o Złomku i jego przygodach. Do tego dołącza jeszcze Zyg Zac McQueen i świetna zabawa gwarantowana. Teraz, kiedy jestem w płciowej mniejszości w naszym domu, podejrzewam, że książek tego rodzaju na pewno przybędzie.

 

Top 3.

Jednak każdy, absolutnie każdy szanujący się Czytacz ma swoje gwiazdy. Książki, które może wałkować w dzień i w nocy, w pociągu i autobusie. Takie, które otwierane po raz milionowy znów zaskakują. Franek też takie posiada.

20160606_104450

Miejsce 3. „Duże sprawy w małych głowach” Agnieszki Kossowskiej. Książka szczególnie bliska nie tylko Frankowi, ale i nam. Kiedy Franio chce ją (znów) poczytać, prosi o książkę, w której uczy migać ‚drugi Franio’- czyli syn autorki, prywatnie kolega naszego Francesca. O „Dużych sprawach” pisałam już kilkakrotnie. To absolutnie wyjątkowa pozycja na rynku- jej bohaterami są niepełnosprawne dzieci. Dzieci, które swoim rówieśnikom i ich rodzicom w mądry, rzeczowy i prosty sposób pokazują świat niepełnosprawności. Franek z uwielbieniem czyta rozdział o niepełnosprawności ruchowej, która jest jemu szczególnie znajoma. Jednak chętnie zagłębia się też w innych częściach i cieszę się, że nigdy nie współczuł bohaterom tej książki. On ich podziwia- mówi, że chciałby migać, ale to trudne i trzeba się dużo uczyć, że jak ktoś nie słyszy, to może mieć kolorowe aparaty. Znajduje w świecie niepełnosprawnych atuty, których my zdrowi nie zauważamy na co dzień.

Miejsce 2. „Proszę mnie przytulić” Przemysława Wechterowicza. Jak wiecie Franek długo borykał się z nadwrażliwością sensoryczną. Do tej pory zbieramy szpitalne żniwa. Problem był nie tylko z wiatrem, deszczem, czy słońcem, ale także z przytulaniem na przykład. Dlatego „Proszę mnie przytulić” spadło nam z nieba. Oto mały Niedźwiadek i jego tata spacerują przez las. Świetnie się bawią w swoim towarzystwie, jednak Miś wpada na pomysł, że byłoby fajnie, gdyby kogoś przytulili. I tak odwiedzają po kolei wszystkich swoich sąsiadów: Panią Łasicę, Zające, malutką Gąsienicę, a nawet groźną Anakondę i Pana Myśliwego, któremu profilaktycznie zabierają strzelbę. Niedźwiadek słusznie zauważa, że wystarczy kogoś przytulić, by świat stał się piękniejszy. Bardzo nam ta książka pomogła okazywać uczucia. Teraz Franio jest wybitnym wieczornym przytulakiem. Piękne ilustracje, mądre zakończenie i cudna koncepcja. Prezent dla chłopca i dziewczynki w każdym wieku, o czym przekonało się kilkoro naszych znajomych. Naprawdę polecamy.

Miejsce 1. Absolutny hit. Numer jeden. Chwila wytchnienia dla nas. Wystarczy zaproponować Frankowi „Mapy” Mizielińskich i świat się zatrzymuje. Franek wpada w ten atlas całkowicie. Przepięknie wydany i mądry. Mnóstwo informacji o wszystkich krajach świata, stolice, ciekawe zabytki, zwierzęta, popularne imiona. Całość podana w formie rysunkowej, przystępnej dla dziecka z takim geograficznym zakręceniem, jak Franek. Zaśmiewamy się z nazw popularnych w danym kraju potraw i zamartwiamy, że nie możemy teraz, już, dziś lecieć na Islandię, zastanawiamy się czy nasz fordzik dojechałby do Afryki i czy w samolocie do Australii można spotkać kangura. Doskonała. Wyłącza Franka skuteczniej niż tablet.

20160606_104755Mam nadzieję, że znajdziecie w naszej bibliotece coś dla siebie. Znacie już trochę Franka, więc jeśli możecie nam polecić coś w punkt- komentarze są Wasze! Co czytacie? Co lubią Wasze dzieci? Może macie coś w sam raz dla Leona? Tuptam z niecierpliwością i idę szukać w śwince skarbonce

Baw mnie

20160405_132513Franek ma pięć lat, jednak sam lubi podkreślać, że już prawie sześć. Precyzuje już zatem swoje zainteresowania względem spędzania czasu wolnego. Oczywiście 99% jego pomysłów na zabawę, to telefon albo tablet. Nie zabraniamy mu tego, staramy się jednak ograniczać. Z jednej strony jest to zrozumiałe, Francyś ze względu na swoje słabsze ręce i dłonie nie bawi się klockami, plasteliną, skomplikowanymi samochodami. Nawet te na pilota, które są w naszym domu,  obsługuje Tata- do czego, pewnie jak większości ojców, nie trzeba go namawiać. Odkąd Franek nauczył się czytać, jednym z bardziej trafionych prezentów są książki. Czasem jednak Ciotki głęboko wzdychają: „znowu książkę? Ja to bym chciała mu coś innego, coś tak bardziej, wymyśl coś Matko!”. Dziś więc wpis o najbardziej trafionych prezentach nieksiążkowych dla chłopca takiego, jak nasz Franek. Zabawkach łatwych w obsłudze, ale ambitnych i nie nudnych. Takich, którymi pięciolatek zainteresuje się dłużej niż pięć minut. Może znajdziecie inspirację dla swoich młodziaków?

Tata Franka i nasza Babcia Domowa mają fioła na punkcie przyrody i geografii. Tą pasją 20160425_100849zarażają więc Francesca, który pokochał zabawki geograficzne. Wisi więc w naszym domu na ścianie mata. Mata- mapa. Nadrukowane na materiale kontynenty, flagi, strefy czasowe i nazwy państw i ciekawostki. Mata jest z materiału, ma kieszenie na skarby (u nas buty do ćwiczeń, cewniki i memory), ma zawieszki, przez które Tata przeciągnął kij, żeby ładnie się prezentowała i tym sposobem zdobi naszą ścianę. Plusy: kolorowe zachęcające grafiki i ciekawostki, nazwy państw, oceanów w języku angielskim, zajmuje mało miejsca (co przy tonie innych zabawek naprawdę ma znaczenie), ładnie wygląda przywieszona nad łóżkiem w formie makatki, uszyta starannie. Minusy: dla dziecka, który nie zna liter pisanych ciężka do rozszyfrowania, raczej forma atrakcji- dekoracji (u nas w kategorii zabawki, bo Franek w czasie ćwiczeń leży i studiuje mapę).

20160425_100915Kto nie przegrał w memory ze swoim dzieckiem, niech pierwszy rzuci kamieniem! U nas memory rządzi. Jest misiowe, zwierzęce, samochodowe, bajkowe, ale tylko to z flagami rządzi. Nie dość, że można trenować pamięć, to jeszcze na dodatek kojarzyć nazwy państw z flagami. Tata i Franek stawiają poprzeczkę nieco wyżej i trzeba dorzucić stolicę, której na kafelku nie ma. Świetny prezent dla małego pasjonata geografii.

Interaktywna mapa świata. Żebyście widzieli minę Franka, kiedy Wujek Adam rozpakował ten prezent! Zachwyt i zmieszanie w jednym. Takie wiecie- chciałbym, a boję się. 20160425_100953Interaktywna mapa świata to zabawka na długie godziny. Po wybraniu kategorii (stolice, flagi, zabawne fakty, regiony świata) i naciśnięciu diody na określonym państwie usłyszymy krótką informację z danej dziedziny. Kiedy się już tak wyedukujemy, możemy przejść na formę quiz lub tryb wyzwanie. Tryb wyzwanie, to nasza ulubiona konkurencja. 20160425_101049W zasadzie Franka. Dwóch graczy otrzymuje pytanie, żeby odpowiedzieć, trzeba posiąść naprawdę ogromną wiedzę i nacisnąć odpowiednią diodę. (Wynik ostatnich rozgrywek Franek- Rodzice (!!!): 5:1, 5:3, 5:4- liczę, że kiedyś się odegramy). Cudny prezent. Plusy: naprawdę wartościowa forma nauki przez zabawę, ogromny przekrój wiedzy geograficznej podany w krótkich, łatwych do zapamiętania komunikatach, można przełączyć na tryb z językiem angielskim. Minusy: jednak dla starszych dzieci, które liznęły już szkoły (Franek odnajduje się znakomicie, ale nie wszyscy pięciolatkowie poczują tu flow), dość duże gabaryty- rozłożona na stole, zajmuje jego połowę, powieszona na ścianie (jeśli jest wolna) nie zawsze działa- diodę trzeba dość mocno docisnąć, co na przykład u nas oznacza, że Franek bawi się tylko z pomocą osoby sprawnej manualnie.

Albo to. Perełka. Wielkie laboratorium naukowe. Pełne zagadek i ciekawostek. 20160425_101255Sadziliśmy już ogród, chłopaki robili wulkan i szukaliśmy dinozaura. Fajna, prosta w obsłudze
zabawka naukowa. Nasz Tata ma zmysł pedagogiczny, więc pięknie objaśniał przy tym wszystkie prawa natury rządzące światem. Dobry, bardzo dobry prezent. Nawet dla przedszkolaka, bo większość zadań i tak wykonuje się z rodzicami.

20160425_101215Dla odmiany może coś… matematycznego. Zaraz po tym, kiedy moje dziecko zagnie mnie z pytania geograficznego, płynnie przechodzimy na zaginanie matematyczne. Zacznijmy od czegoś prostszego. Monopoly junior- już od dawna w naszym domu. Wciąga do gry zarówno Dziadzię Grega, który próbuje wnuka nauczyć przedsiębiorczości tłumacząc mu, gdzie kupić, jak zainwestować, żeby Matkę z torbami puścić w finale, jak i Ciocię A., która ma cichy pakt z Dziedzicem i ścigają się w zakupach- czyli kupują wszystko jak leci, byleby Matka kupić nie zdążyła. Fajna forma pionków. Figurki i zwierzęta są na tyle duże, że Franek może samodzielnie przesuwać je po planszy, uczy liczenia i daje namiastki ukochanej dziadziowej przedsiębiorczości. Minusy? Wciąga tak bardzo, że zdarzało nam się grać nawet wtedy, kiedy Franek już odpuszczał. 20160425_101148Jeśli chodzi o matematyczne cuda, to taki oto skarbeniek od Babci Domowej. Waga matematyczna. Franio nie darzył sympatią królowej nauk, więc postanowiliśmy sposobem. Zawieszanie i odwieszanie ciężarków, to świetny sposób na naukę dodawania,odejmowania i równości. U nas sprawdzała się świetnie, kiedy Franek musiał policzyć, ile jeszcze łyżek zupy musi zjeść, żeby móc skończyć obiad- takie tam rodzicielskie sztuczki. Dla nas minusem (jak niestety w większości zabaw i gier) jest fakt, ze Franek sam nie zawiesi takiego ciężarka, musi korzystać z pomocy osoby sprawnej manualnie. Raczej dla dzieci od zerówki wzwyż.

Na co my zwracamy uwagę, kiedy kupujemy lub podpowiadamy prezent dla Franka? Ano 20160425_101557jest taka krótka lista: 1) Zabawka musi być ciekawa dla Franka, więc poruszamy się w obrębie jego zainteresowań naukowych lub dziecięcych (auta, samoloty, no wiecie). 2) Zabawka musi w miarę możliwości być lekka, łatwa w obsłudze. Tak, żeby Franek choć minimalnie mógł sam ją obsługiwać. Np. puzzle są atrakcyjne tylko przez chwilę i choć Franek bardzo lubi je układać- a wygląda to tak, że on wskazuje palcem miejsce, w którym mam umieścić element, to taka forma szybko przestaje być dla niego atrakcyjna, nikt nie lubi być wyręczany. 3) Gabaryty- ogromne gry, wielkie układanki, klocki odpadają. Franek najczęściej siedzi w bafiinie lub na kanapie. Ma mały stolik, na którym taka zabawka musi się zmieścić. 20160425_100930Ważne więc jest to, że np. wspomniane puzzle nie wypadną z obrębu stolika po ich ułożeniu. Domino zaś, to u nas zawijas nad zawijasy, a Franek najbardziej lubi to zwierzęce, bo nie dość, że domino, to jeszcze można zwierzątka pozgadywać. 4) Powtarzalność- zwracamy też uwagę, by zabawki Franka nie były wszystkie w tym samym stylu. No bo przecież, ile można układać siedemnasty rodzaj puzzli o samochodach.

20160425_101410Franio jest pięcioletnim ciekawskim zerówkowiczem. Wiedzę i doświadczenie, jak każde dziecko zdobywa przy pomocy dorosłych. Podobnie jednak jest z zabawą. Musi siedzieć wygodnie, musi mieć dobrze ułożoną rurę od respi, musi korzystać z pomocy sprawnych kolegów i rodziców. Zorganizowanie atrakcyjnej dla niego zabawy to dość duży wyczyn. Jednak z czasem i nam i dziadkom i wszystkim naszym znajomym wychodzi to coraz lepiej.

Gadżetownia

Chyba każdy lubi, kiedy wokół niego jest ładnie. Ponieważ o gustach się nie dyskutuje, dla każdego ładnie może oznaczać coś zgoła innego. Ale są rejony, gdzie o to „ładnie” szczególnie trudno. Dziś będzie o gadżetach dla niepełnosprawnego.

Ortezy

Najpierw pokażę Wam, jak nie chcemy, żeby produkt miał wyglądać. Ortezy.20160411_101033Służą Frankowi codziennie w czasie fizjoterapii ze szczególnym naciskiem na poniedziałki i czwartki, kiedy Młody ma terapię w podwieszeniu, gdzie w ramach inwencji twórczej rehabilitantów biega, skacze i fika. Bez nich Frankowe stopy opadają, kolana koślawią się i nie ma nawet mowy o próbach stania.

Wady? Bardzo proszę: wykonanie- cienki plastik, toporne rzepy w ramach zapięcia, nierówna podeszwa, brak podeszwy antypoślizgowej, mimo, że Franio korzysta z nich naprawdę delikatnie klej nie trzyma i elementy, które miały korygować ustawienie stopy odklejają się. No i cena: 1600 zł. Nie pomyliło mi się, nie dodałam jednego zera. 1600 zł. Wykonane w Poznaniu przy okazji gorsetu. Pierwszy i ostatni raz.

Zalety: są ortezami robionymi na wymiar. To wszystko.

A teraz pokażę Wam, jak powinny wyglądać takie ortezy. Taddam:

Można? Ależ oczywiście, że można. Nie muszą być szare, smutne i brzydkie? Nie muszą. Czy mają wady? Jedną, podstawową: cena. 1300 zł + 1000 zł, które refunduje NFZ. Rozumiem, że jest to wiedza i umiejętności specjalistyczne, a za to się płaci, jednak gdyby nie środki na subkoncie Frania, byłoby cienko.

No a teraz zalety: przede wszystkim wykonanie, wszystko równo, każdy detal jest 20160411_101110dopracowany. Zapięcia na rzepy a z zewnątrz obicie skórzane w (uwaga!) wybranym przez Frania kolorze, sam wzór także wybrał Franek. Porządna podeszwa antypoślizgowa i wyjmowana „stopka”, żeby można było łatwiej zamontować stopę pacjenta. Widziałam także wersje bardziej dziewczęce w katalogu, więc do wyboru do koloru. Do tego gruby i solidny plastik, z którego są zrobione. Wszystkie „wyklejki” na miarę, które są niezbędne do 20160411_101204prawidłowego ustawienia stopy Franka, są tak przyklejone, jakby tworzyły całość. Wykonane w Ortopro w Łodzi. To już drugie ortezy, który dla nas robili i drugie jednakowo świetne. Poznańska przypadkowa zdrada mocno nas zabolała estetycznie.

To może jeszcze kilka zdjęć porównawczych:

20160411_101213

20160411_101231

Ocieplacz na obwód do respiratora

Franek jest szczęśliwym posiadaczem dwóch. Obydwa prezentowe. Pierwszy to ten, który już kiedyś widzieliście. Domowa,skrupulatna praca Bolusiowej Babci Krysi.

20160411_101444

Drugi, który otrzymaliśmy całkiem niedawno, produkowany „masowo”. Celowo stwierdzenie „masowo” wzięłam w cudzysłów, bo szczerze wątpię, że można zbić na tym miliony, co nie zmienia faktu, że także ten jest ładny.

20160411_101621

20160411_101710Dlaczego, jak w przypadku ortez nie piszę o ich wadach i zaletach? Bo obydwa są na piątkę. No, Babci Krysi na piątkę z plusem ,bo robiony pod klienta. Babcia podeszła profesjonalnie do zadania i zapytała o długość obwodu. Są różne, dlatego ten firmowy na Frankową rurę jest nieco za krótki i brakującą część otulamy chustką lub szalikiem. Poza tym w Babcinym jest zamek błyskawiczny. To znacznie ułatwia zakładanie, a to ważne, kiedy do ubrania ma się Franka, wózek, respirator i rurę. I jeszcze końcówki. O tym także Babcia pomyślała: na jej ocieplaczu końcówki są zawiązywane- wtedy nic się nie zsuwa i nie wędruje po respi. Poza 20160411_101722wszystkim jest robiony przez Babcię z sercem na dłoni i to chyba jego największa zaleta. Czy jakaś różnica na plus firmowego? Jedna- u Babci, jak to u Babci ocieplacz jest na naprawdę siarczyste mrozy. Przy lżejszych miałam wrażenie, że mocno suszy powietrze. Tym bardziej cieszymy się, że rura do respi ma outfit na każdą pogodę.

Nie zmienia to faktu, że obydwa są ładne i estetyczne. Spokojnie można się z nimi pokazać na mieście.

Opaska na głowę

Co prawda my nie korzystamy z tego gadżetu, bo Franio raczej nie jest z tych śpiących w czasie podróży, ale widziałam na forum, że rodzicom bardzo się podoba. Dlaczego? Dlatego, że potwory zanikowe zabierają siłę mięśni. W czasie jazdy więc głowa delikwenta wędruje na prawo i lewo. Taka opaska może się więc przydać nie tylko w czasie snu. Znalazłam ją na tej stronie. Dla mnie ma jedną wadę widoczną obok zdjęcia: cenę. Myślę, że w tym koszcie zmyślna pani domu z umiejętnością obsługi maszyny do szycia poradziłaby sobie kilka razy.

IMG_0973

Po wtopie z ortezami, kiedy to przy odbiorze szczęki nam opadły, szczególnie zwracamy uwagę na jakość wykonania gadżetów dla Franka. Mają one spełniać swoje funkcje, ale wcale nie muszą być brzydkie lub niestarannie wykonane. Tym bardziej, że zazwyczaj kosztują grube miliony.