Ciąg dalszy nastąpił

Zanim zaczniecie czytać poniższy wpis koniecznie musicie wrócić do jego pierwszej części. To konieczność z przeszłości, do której przeniesie Was jedno kliknięcie,            tutaj -> KLIK KLIK.

Minęły cztery lata. W głębokim lesie Potworowa nadal ukryty był oddech małego Księcia, a przez dzień i noc strzegły go największe i najstraszliwsze Potwory jakie świat widział. Wielu dzielnych rycerzy i dam czystego serca próbowało odnaleźć drogę do skrzyni z oddechem księcia, ale droga do niej była zagmatwana i kręta. Jednak mimo wielu porażek nikt nie myślał tym, żeby się poddawać. Potworzasty wysyłał co chwilę Szkodników – swoich małych pomocników, które miały za zadanie unicestwić księcia, dlatego Rodzice jego nie spoczywali w wysiłkach, żeby zapewnić swojemu synowi spokój i bezpieczeństwo.

Mały niebieskooki Książę ku radości Króla i Królowej wyrósł na poczciwego młodzieńca. Pobierał nauki w pałacu otoczony troską i czułością najbliższych. Jego Młodszy brat okazał się pełnym dobroci i miłości książęciem, które wniosło do królewskiej rodziny wiele szczęścia i radości. Wiele zmieniło się w życiu niebieskookiego Księcia – część Szkodników, które osiągały zamierzony cel sprawiło, że poza oddechem, także ciało księcia zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Konieczna była szeroka opieka Magów i Medyków z całego lądu. Książę jednak nigdy nie poddawał się i mimo bólu, który sprawiały niektóre zabiegi walczył z nadzieją, że będzie wiódł długie i szczęśliwe życie.

Nie zmieniło się w życiu rodziny królewskiej jedno – co roku tuż po tym, kiedy zegar wybijał sylwestrową północ tysiące Czarodziejów i Czarodziejek, Magików, Wróżek i Guślarzy dedykowało małemu Księciu jedno zaklęcie. Każdy za pomocą różdżki, myśli, kart, złotych kul i tajemniczych mocy przekazywało na rzecz Księcia jedno zaklęcie. Suma tychże powodowała, że chłopiec mógł korzystać z dobrodziejstw Medyków z najszerszych lądów, testować ułatwienie najsprytniejszych Rękodzielników i korzystać z rozwiązań największych Wizjonerów, a jego Rodzice z dumą mogli przyglądać się jego wielkiej walce w oczekiwaniu na pokonanie zasieków potworzastego lasu.

Drodzy Magicy! Drogie Czarodziejki! Sprytni Wróżowie! Kochane Guślarki!

Bardzo dziękujemy Wam, ze w tym roku, podobnie jak w poprzednich latach dedykowaliście jedno zaklęcie naszemu Księciu. Dziękujemy, że wierzycie w słuszność naszych działań, że wspieracie naszego Syna w walce o jego oddech.

Dziękujemy, że przekazaliście Frankowi 1% podatku dochodowego za rok 2018. Fundacja Dzieciom „Zdążyć z pomocą”, której podopiecznym jest Franciszek zakończyła księgowanie tegoż rozliczenia za ubiegły rok. Dzięki Waszej dobroci i pamięci wiemy, że przez cały kolejny rok będziemy mogli zapewnić opiekę lekarską, rehabilitację oraz sprzęty na najwyższym dla Franka poziomie. Mamy nadzieję, że suma tych działań zapewni Francyniowi dobry czas w życiu i pozwoli na najbardziej normalne życie, jak to tylko możliwe.

Polecamy się Waszej uwadze na kolejne lata. 1% znaczy bardzo wiele, pamiętajcie!

Baby boom

Jeśli dokładnie przyjrzelibyście się znajomym Franciszka, to z całą pewnością zauważylibyście fakt, że są to głównie osoby sporo od niego starsze. Nie ma co koloryzować, ale z drugiej strony też dramatyzować tylko przyjąć na klatę trzeba fakt, że jak się jest mocno niepełnosprawnym ruchowo i każdą aktywność muszą stymulować dorośli, szkoła tylko okazjonalnie, a wspólne zabawy szybko nużą, bo jest się jedynie ich obserwatorem, to trudno jest nawiązać prawdziwe rówieśnicze przyjaźnie. Co innego z dorosłymi. Niektórzy z uprzejmości, inni z miłości a jeszcze inni, bo lubią – są przyjaciółmi i znajomymi Franciszka, z którym mogą długie godziny się bawić, dyskutować, słuchać jego mądrości i uczestniczyć we wspólnym zdobywaniu świata.

Tak się jakoś ostatnio (ostatnio, czyli na przestrzeni dwóch trzech lat) poskładało, że wśród naszych znajomych nastąpił klasyczny baby boom. W tym czasie co i rusz zza winkla wyskakiwała młoda mama lub uszczęśliwiony tata z różowym oseskiem u boku i nadzieją, że Franc się przyzwyczai. Bo Franciszek nie jest fanem niemowląt. Brata przekochał od samego początku, no ale to brat. Przy każdym wyjeździe do swoich kuzynów, kiedy ci byli jeszcze maluszkami milion razy upewniał się, czy nie będą płakać głośno i nie będą dotykać rury i respiratora. Bo z maluszkami najgorszy jest fakt, że są nieprzewidywalne. Na szczęście (co niedawno zauważył sam zainteresowany) dość szybko rosną i można im wiele rzeczy wytłumaczyć.

Niemniej jednak ostatnio gruchnęła taka wieść, że ciężko się było Francyśkowi zebrać w sobie. Nie… nie u nas. I nawet w najśmielszych marzeniach się tak nie zapędzajcie! Już Wam tłumaczę. W najbliższy weekend jedziemy do Cioci Magdy. Ciocia Magda to nie taka prawdziwa ciocia, którą wklepać można w gałąź drzewa genealogicznego, że krewna po jednym pradziadku. Ciocia Magda sama nas sobie wybrała, a myśmy pokochali ją z całym dobrodziejstwem sporego inwentarza. Ciocia blogowa, z którą jakoś nas tak życie splotło dawno temu i trwamy już w tym rodzinnym układzie chyba kilka lat. Ale nie o niej to będzie historia. Historia będzie o K. – jej synowej. 

Rozmawiamy sobie z Franciszkiem w czasie jednej z kąpieli, że jedziemy do Cioci, Wujka, do psa Kluski i miliarda kotów. Staramy sobie poprzypominać ich imiona i dochodzimy do wniosku, że tylko Maniek jest na tyle cierpliwy, żeby znieść wszystkie pomysły Leona. Od słowa do słowa i Franek pyta, czy będzie K. Taka trochę przyjaciółka, trochę chyba zauroczenie. Będzie – odpowiadam zgodnie z prawdą i uznaję, że lepiej go przygotować na to, że stan rzeczy nieco się u K. zmienił. Otóż informuję mojego pierworodnego, że trzeba być teraz wyjątkowo miłym dla K., nie można jej zbytnio męczyć i będzie musiał zrozumieć, jeśli będzie tylko chwilkę, bo okazało się, że jest w ciąży i ma w brzuchu dzidziusia i niedługo zostanie mamą. 

– Cooooo? – pyta z niedowierzaniem niedoszły absztyfikant – Jak to się stało mamo? Przecież ona jest TAKA MŁODA (ok.25 lat – przyp. red.), przecież jak urodzi dziecko, to będą ZNOWU (znowu!) pieluchy, grzechotki, ono będzie płakało… Co się mamo dzieje z tymi moimi znajomymi, czemu oni mają TYLE tych dzieci? -pytał, nie rozumiał i drążył, aż wreszcie doszedł do brutalnej konkluzji. – Ja to chyba nie będę miał dzieci. Za dużo z tym wszystkim roboty.

Niniejszym pozdrawiamy Ewę, która powiła niedawno pięknego Juniora. Całujemy czulę K., która będzie musiała zmierzyć się z naprawdę wieloma wątpliwościami tego weekendu oraz ściskamy wszystkie okoliczne bobaski oraz ich mamunie. On tylko tak groźnie wygląda…

Chłopców trudne rozmowy

– Leosiu muszę powiedzieć Ci coś bardzo ważnego – zaczął poważnie Franek w czasie jednej z naszych podróży samochodowych.

Nie wtrącam się w te rozmowy, jeśli nie zapytają mnie o zdanie, ale zawsze przysłuchuję im się z uwagą. Franciszek wiele rzeczy potrafi wyjaśnić Leonowi. Od banalnych pod tytułem: dlaczego nie wolno dotykać gorącego garnka, po naprawdę trudne związane głównie z jego niepełnosprawnością – dlaczego chociaż ma nogi, to nie chodzi, dlaczego bez rurki trudno mu się oddycha, dlaczego musi nosić gorset. Franek nigdy się nad sobą nie użala, wyjaśnia wszystko zgodnie z prawdą i bardzo prostym językiem. Leosia te odpowiedzi w zupełności satysfakcjonują i tylko czasem dopytuje nas o cięższe kalibry.

– Leosiu posłuchaj: może się tak zdarzyć, że ja umrę wcześniej od Ciebie. Po pierwsze dlatego, że jestem starszy, a po drugie, bo moja choroba taka jest, że może mnie pokonać. Ale nic się nie martw Leosiu, bo ja będę walczył bardzo mocno i nawet jeśli mnie nie będzie, to ja będę patrzył na Ciebie z nieba i zawsze będę o Tobie pamiętał.

– Ale Franek, to gdzie Ty będziesz?

– Będę w niebie. Nie będziesz mnie widział i nie będzie mnie w domku, ale zawsze będę Cię oglądał i zawsze będę blisko Ciebie. Taki niewidzialny, Leosiu.

– Franek, ale ja nie chcę być sam. Nie chcę, żebyś mnie zostawiał.

Czasem takie rozmowy moich chłopców biorą się znikąd. Po prostu jeden z nich coś przemyśli, poukłada i rozpoczyna temat. I wcale nie jest tak, że w ramach wspaniałości rozmawiają tylko o trudnych i poważnych sprawach. Zwykłe, chłopięce o kupie też są i jest ich zdecydowana większość. Chłopaki mają dziewięć i cztery lata, głównie więc kombinują jak przykleić mi naklejkę na środku tyłka i mieć z tego ubaw albo próbują wynegocjować coś słodkiego (Leon) albo coś totalnie niezdrowego (Franek) na kolację. Mimo wszystko ich życie w mniejszym lub większym stopniu obciąża choroba Franka i to wcale nie jest tak, że tylko Starszak musi sobie z nią radzić. On najbardziej i pod każdym kątem, ale mały Leoś, który widzi, że jego brat odbiega znacząco od innych znanych mu starszych braci, stara się jakoś poukładać w głowię realia, w jakich żyje nasza rodzina.

Po prośbie Leona, żeby Franek go nigdy nie zostawiał i zapewnieniu, że Francyś zrobi wszystko, żeby tak było rozmowa chłopaków zeszła na inne łatwiejsze i przyjemniejsze tematy. Minęło kilka dni. Któregoś wieczoru, kiedy zmęczony całym dniem pracy i obowiązków Franciszek zaległ na kanapie, a Leon budował jakąś wielką wieżę z Lego, rozmowa wróciła. Wróciła na chwilkę, bo Leoś przemyślał. Podbiegł do kanapy, przytulił mocno Franka i powiedział:

– Franek, pamiętaj że ja Cię bardzo kocham i nie chcę, żebyś znikał. Umowa?

– Umowa, umowa – zapewnił go starszy brat.

 

Domowe przyjemności i obowiązki

Tak sobie ostatnio myślałam, że gdyby nie fakt, że piszę bloga o bombelku, który zadziwia świat, pewnie pisałabym bloga kulinarnego. Bo ja lubię te dwie rzeczy: pisać i gotować. Z tym, że gonię ostatnio w piętkę i nie mogę palcem do nosa trafić, więc nawet nie marzę o tym, żeby uruchomić witrynę o Matce Ance, co gotuje. Wystarczy, że witryna Matki Anki, co pisze przeżywa tyle samo wzlotów, co spektakularnych upadków, a ja obiecałam ten wpis już chyba jedną środę temu. No nic. W każdym razie na swoje usprawiedliwienie napiszę tylko, że mam wszystko poprasowane i z kosza na brudne ubrania wcale się nie wylewa. Z resztą o wyższości nieprasowania nad prasowniem odbyła się wspaniała dyskusja na naszym facebooku, gdzie co odważniejsze matki przyznawały się do prasowania. Bo te nieprasujące dumnie próbowały nas przekonać, że konflikt z żelazkiem jest seksi. No cóż. Moje bombelki ukochane wydają mi się takie niewyraźne trochę w pomiętych ubraniach, dlatego dopóki nie przeskoczę tego w głowie, to mimo nienawiści do instytucji prasowania, żelazko będzie dumnie prężyło swoją taflę na naszym poddaszu. Mimo, że podobno na prasowaniu dla czteroosobowej rodziny przez rok traci się cztery doby życia, to wydaje mi się, że scrollowanie cudzych żyć na portalach zajmuje nam nieco więcej czasu, a po prasowaniu przynajmniej bluzki nie pomięte. Wróćmy jednak do gonienia w piętkę i wiecznego niedoczasu w moim domu oraz marzeniu i blogu kulinarnym. Bywają dni, że mogłabym nie wychodzić z kuchni. Serio, serio. Brutalna prawda jest taka, że potem wygląda ona jak po ataku kosmitów, bo przy gotowaniu zupy potrafię ubrudzić jakieś sześć łyżek i dwa kubki, ale gotować kocham. Bakcyla łapie też Leoś, który na swoim koncie ma już ciasto dyniowe („piekarnik mogą włączać tylko dorośli, mamo!”) i ostatnio babeczki czekoladowe, do których tylko czekoladę pokroiłam ja i wlałam roztopione masło. Leoś lubi gotować, zgniatać i mielić i uczyć się patentów kuchennych. Spędzamy więc sporo czasu w kuchni. Franc zbiera książki kucharskie – te lidlowskie ma wszystkie, ostatnio rozkochał się w patentach Jamiego Oliviera i tym samym wizyta w empiku zwykle kończy się dylematem – atlas, słownik czy kucharska, zaś z autografu Zosi Cudny w „Make cooking easier” jest prawie tak samo dumny, jak z butów Lewego. Tworzymy więc w kuchni zgrabne trio: Franek wynajduje przepis, Leoś uczy się gotować, ja doglądam i sprzątam. Zwykle na końcu pojawia się postać krytyka kulinarnego – Pan Tata. Tak sobie nawet pomyślałam, że moglibyśmy swoje twory kuchenne wrzucać tutaj, bo czasem jest naprawdę inspirująco, z tym że nie mam jeszcze zatrudnionego operatora telefonu, kamery i aparatu, a sama z jedną ręką od ciasta i drugą na pulsie macierzyńskiej kurateli nie za bardzo mam jak. Wiecie, że najwięcej śladowych ilości gotowania nosi zwykle ambu Franka? Bo jak jest niewydolność oddechowa, to nie ma to tamto. Trzeba wentylować choćby suflet miał opaść a kaczka zrobić się sucha. Na ten przykład (patentów i gotowania) w ostatnią sobotę popełniliśmy tort urodzinowy dla Bola. Ponieważ padło na czekoladę i truskawki, to cud w ogóle, że cokolwiek udało nam się do tego tortu włożyć. Nic tak przecież nie rozgrzewa wyobraźni, jak czekolada i truskawki. Sezon na to średni i tylko część owoców była niemalże prosto z Hiszpanii, mus do tortu zrobiliśmy z naszych, polskich, mrożonych. O czym szacowny Jubilat dowie się, jeśli kiedykolwiek dotrze do tego wpisu. Ostatecznie wyszło bardzo smacznie. Niesieni więc pochwałami planujemy na kolejny weekend tort do użytku że tak powiem domowego.

 

W związku z tym gonimy w piętkę. Franek nadrabia matmę nawet przy kolacji, ja czytanie na treningach Leosia (Leoś od kilku tygodni chodzi na karate, co mega lubi i co sprawia, że dwa razy w tygodniu mamy czas wyliczony na minutki). Z resztą o czytaniu moglibyśmy mieć kolejną serię wpisów, bo każde z nas ma swoich ulubieńców i dumni jesteśmy strasznie, że nasi chłopcy odziedziczyli czytelniczego bakcyla. Franek podchodzi do sprawy rzeczowo, więc totalnie nie kręci go świat fantasy i s-f, kocha się w słowie i rzeczowości. Uwielbia słowniki, atlasy, albumy, ciekawostki i książki kulinarne. Leoś zaś,  to Pan Wyobraźnia. Kocha więc wszystkie książki, gdzie można sobie coś wyobrazić. Szymon jest szpiegowski. Ja – zależy od nastroju, ostatnio Chyłka ale na półce czeka już „Światło między oceanami”. Podobno sztosik. Dziękujemy więc losowi za instytucję biblioteki – bo z naszej całej czwórki tylko Franek inwestuje całe kieszonkowe w książki i płyty, my ciśniemy na zasobach publicznych.

Strasznie więc żałuję, że doba nie ma trzydziestu godzin i raczej muszę się choć trochę wysypiać, bo Franek niestety nie bierze jeńców i ostatnio policzyłam, że od 23 do 6 wstałam do niego siedem razy. Co prawda o poranku obstawiałam, że to było powyżej dziesięciu, ale moja uroda cierpi nawet przy tej marnej siódemce. Stawiam więc naiwnie na maseczki mocno super turbo hiper ekstra odmładzające i zastanawiam się, kiedy przybyło mi zmarszczek pod oczami. Tak sobie nawet pomyślałam, żeby może pisać na tych treningach Leona, bo prawda jest taka, że przy regularności mocno mi wzrasta pisarka (och, ach pisarska!) wydolność, a że na starość postanowiłam mieć postanowienie o wdrażaniu regularności w moim życiu (nie! to jeszcze nie pora na bieganie moja kochana wredna przyjaciółko!) to pisanie w sumie nie byłoby takim złym pomysłem.

Tym samym pokrótce wiecie, co słychać po tej stronie kabla. Chłopaki praktycznie pokonali katary, chociaż wokół Franka ciągle coś krąży. Planujemy trochę fajności na przyszły rok, gonimy z obowiązkami, chyba dopinamy już ostatnie sprzęty (to najdłuższa z naszych życiowych sprzętowych telenowel) i mamy się dobrze. Spokojnie. Nieźle.

Wyrwałam dziecku pega

Bardzo trudno dodaje mi się ten wpis, ponieważ muszę przyznać się do błędu. Mojego błędu i porażki, a to zawsze jest trudne. Mam nadzieję, że jeśli komuś się to przydarzy, a wcześniej będzie znał naszą historię, będzie mu nieco łatwiej.

W niedzielę popołudniu podczas wysadzania Franka z samochodu, nie zauważyłam, że peg jest na zewnątrz (zwykle końcówkę chowamy pod bluzką lub w spodniach) i podnosząc Franka z fotelika, wyrwałam mu pega z brzucha.

Franek miał założony peg talerzykowy. Oznacza to, że wewnątrz w środku brzucha w żołądku do ścianki przylegał talerzyk wielkości pięciu złotych z wybrzuszeniem, do niego przymocowana była rurka (wkręcona) i wyprowadzona przez dziurkę na zewnątrz. Przez tę rurkę podawaliśmy Frankowi jedzenie. Francyś miał założony dokładnie ten model: TUTAJ KLIKNIJ. Zewnętrzna część – poza tą silikonową częścią – została po prostu mi w rękach. Franek mówi, że zabolało go, ale nie jakoś szczególnie mocno. Moje szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że ja jakby wyrwałam to z gwintu, czyli nie uszkodziłam tego talerzyka, ani nie pociągnęłam na tyle mocno, że ten talerzyk uszkodził Frankowi brzuch. Ale byliśmy przerażeni. Szymon włożył w miejsce pega cewnik, bo tak poradził nam nasz Doktor. I to jest bardzo ważne: żeby w momencie wyrwania pega szybko zabezpieczyć czymś stomię, np. cewnikiem Foleya lub jak w naszym przypadku cewnikiem do odsysania. Cewnik trzeba zabezpieczyć, żeby nie wysuwał się i najlepiej jechać do szpitala. Ponieważ to była niedziela wieczór, a najbliższy szpital, który mógłby to naprawić był w Ostrowie, najpierw skontaktowaliśmy się z nimi, czy jest w ogóle sens jechać, czy pędzić gdzieś indziej. Uspokojono nas, że nic się nie stanie i mieliśmy pojechać rano, wtedy Franek miał mieć przeprowadzony zabieg wymiany pega.

Ponieważ Franek miał peg z talerzykiem, to takiej wymiany trzeba było dokonać przy użyciu gastroskopu. Zabieg miał przeprowadzony pod znieczuleniem ogólnym, podczas którego wyciągnięto pozostałość starego pega i założono nowy – tym razem balonikowy, większy, ale najmniejszy tego rodzaju. W związku z tym stomię trzeba było nieco poszerzyć, co najbardziej dokuczało po fakcie Frankowi mimo, że cały zabieg zniósł naprawdę bardzo dobrze, wybudził się dość szybko i tylko raz poprosił o środki przeciwbólowe. Peg z balonikiem ma mieć taką „przewagę”, że w przypadku wyciągnięcia można go szybko wymienić w domu.

Drugiego dnia po zabiegu Franek czuł się już naprawdę nieźle, opatrunek był tylko lekko podkrwawiony, a stomia wyglądała całkiem dobrze. Choć uczciwie muszę napisać, że pochwalono nas za stan w jakim ona była uprzednio, bo Francyś miał naprawdę zdrowo wyglądający ten brzuch.

Franciszek jest niesamowitym siłaczem. Po pierwsze już wieczorem w poniedziałek wypuszczono go do domu. Po drugie godzinę po zabiegu obdzwaniał z uśmiechem całą rodzinę, że wyszedł bez szwanku z tego wypadku i teraz jest już dorosły, bo założono mu dużego pega. Po trzecie, bo mówi, że się na mnie nie gniewa.

Wiem, że to był wypadek, ale nic nie zmieni faktu, że przez moją nieuwagę mogłam mu zrobić naprawdę ogromną krzywdę. Skończyło się na ogromnym strachu i szybkim kursie zabezpieczania stomii. Oby ostatni raz.

Smaczki z Barcelony

Najfajniejsze w tym całym naszym hiszpańskim podróżowaniu były skutki uboczne. A mieliśmy ich kilka całkiem fajnych i całkiem zaskakujących. Oto właśnie któregoś dnia, kiedy zmęczeni po całodziennym zwiedzaniu wracaliśmy już do naszego pokoju, Franek zagaił do stojących przed katalońskim Parlamentem policjantów. Krótkie „ola que tal?” wystarczyło, żeby jeden z nich bez wahania zerwał z ramienia przyczepianą na rzep odznakę i podarował Franciszkowi. Od słowa do słowa (hiszpańskiego słowa!) okazało się, że Pan Policjant jest wielki fanem piłki nożnej (a jakże!), jego syn jeszcze większym, poprosił więc o adres i obiecał przysłać koszulkę Franiowi. Prawdziwą koszulkę reprezentacji Hiszpanii. Panowie chętnie pozowali do zdjęć, pożyczając do tychże Frankowi nakrycie głowy i nie ma co się dziwić, że wzbudzili zachwyt na facebooku Frania – głównie wśród fanek. Panów zaś okrutnie dziwiło, żeśmy przyjechali do tej Barcelony wyłącznie turystycznie! Że nie mamy w planach żadnej wizyty lekarskiej i że tylko zwiedzamy, bo to przecież nuda, tak bezcelowo…

Także kelner (z pochodzenia Pakistańczyk), który z Frankiem rozmawiał trochę po hiszpańsku i trochę po angielsku, kiedy usłyszał, że młodzież wręcz szaleje za frytkami i chipsami – do naszego zamówienia z czystej sympatii do zamówionych przez nas ukochanych churrosów dorzucił… chipsy oczywiście, a Franek potem codziennie, czy przypadkiem nie napiłybyśmy się gorącej czekolady i nie przegryzłybyśmy tego churrosem w tej jednej, ściśle określonej kawiarni.

Najbardziej zaskakującym spotkaniem było jednak to pod Łukiem Triumfalnym w Barcelonie! Zauroczeni bańkami mydlanymi zatrzymaliśmy się na chwilę, a kiedy Franek zakrzyknął „ola!” , okazało się, że Pan od baniek jest Polakiem! Zrobił dla Franka superowy indywidualny pokaz, ostrzegł przed kieszonkowcami i życzył udanych wakacji. Wszystko piękną, szczebrzeszącą polszczyzną.

Nade wszystko jednak ten wyjazd, tak jak i poprzedni był jedną wielką lekcją hiszpańskiego. Agata i Franek na swoich kanałach w social mediach zachęcali do zwiedzania Barcelony razem z nimi, a ich wejście na żywo na kanale you tube Agaty wywołało niemałe poruszenie (tutaj klikajcie). W drodze powrotnej, kiedy ja oddawałam się odsypianiu, Agata przygotowywała kolejną lekcję, a Franek… nadzorował. Myślę, że z tego może powstać całkiem niezły wspomnieniowy filmik.

Żal nam strasznie było opuszczać Barcelonę. Cztery dni to zdecydowanie zbyt mało, żeby zobaczyć rzeczy z planu i skosztować tych spoza ram. Za mało, żeby znudziła się serwowana na każdym rogu paella. Za mało, żeby spróbować wszystkich smaków lodów. Za mało, żeby pobyczyć się na plaży. Franek ma już w planach inną destynację, ja obiecałam Barcelonie, że to nie był nasz ostatni raz.

 

Moją pracę domową zjadł pies

Pamiętam dobrze, jak w podstawówce moja Mama została wezwana przez Panią od polskiego z powodu wypracowania mojego brata. Mógł on być wtedy mniej więcej w trzeciej albo czwartej klasie, czyli w wieku Francynia. Pani polonistka była oburzona, bo mój młodszy brat poproszony o przeczytanie swojego wypracowania, otworzył zeszyt i czytał, czytał i czytał… „Czytał”, ale puste kartki! Zapomniał bowiem, że miał zadanie domowe i postawił na kreatywność, której nauczycielka nie dość, że nie doceniła, to jeszcze wezwała do szkoły Mamę, że syn oszukuje.

No dobra, ale niech pierwszy rzuci kamieniem, kto choć raz nie próbował kombinować w szkole. Życie. Raz się udało, raz nie. I na szczęście także w tym przypadku nasz Francyś nie odbiega od normy. Z okazji jego urodzin w niedzielę zjechała rodzina. Przy stole wiadomo, porusza się różne tematy, kiedy więc wyszło na jaw, że Franciszek ma aktualnie szlaban na telefon, zaczęliśmy przechwalać się swoimi dziecięcymi występkami. W przypadku Franka jest też tak, że ma za sobą armię adwokatów – babcie, ciocie, wujków. Każdy z innego powodu, bo przecież i tak jest mądry, bo przecież no na chwilkę to może, bo przecież Ciocia Ew. wynegocjuje mu dzień przerwy w odbywaniu szlabanu.

A nasz Franek potrafi. Nie wiem, ile z tego dociera do jego Pań nauczycielek, ale nasz czwartoklasista po pierwsze nigdy nie ma nic zadane, nie musi powtarzać, bo wszystko pamięta z lekcji, no i najważniejsze: nie mógł przeczytać lektury, bo ma smard i nie chodzi, a mama mu nie przypomniała i nie podała książki z komody a on sam sobie nie mógł jej wziąć. Poza tym nie zjadł śniadania, tylko trzymał jego ostatni kęs w policzku do obiadu, bo on ma smard1, a mama mu nie przypomniała, że trzeba połykać (!!!) to co od kilku godzin trzyma się w buzi. Nie może rozwiązywać zadań z matematyki, no bo przecież (uwaga!) ma smard1 i słabe ręce i nie może narysować linii prostej. I jeszcze do tego zwykle w czasie odrabiania lekcji źle mu się oddycha i bolą go plecy.

I chociaż sprawdzian z przyrody przełożył (zaciskajcie kciuki, bo nauka szła kiepsko), to już kartkówkę z matematyki napisał na szóstkę! Wasz Franciszek piękny, niewinny taki, niebieskooki. Kombinator.

Do zobaczenia w Barcelonie

Do Barcelony przyjemnie było pojechać z wielu powodów. Jednak tylko Franek miał jeden, ściśle określony – Camp Nou stadion klubu FC Barcelona (niezorientowanym Czytelniczkom podpowiem tylko, że to ten klub gdzie gra Messi i mąż Shakiry – Pique – chodzące wow). Ja miałam wiele obaw związanych ze zwiedzaniem stadionu, bo cały czas pamiętam mój pięciogodzinny trening na Santiago Bernabeu, kiedy to nie pozwolono nam wjechać wózkiem i całą wycieczkę nosiłam Franka na rękach (klik,klik). Na Camp Nou jest inaczej. Jest on maksymalnie dostosowany do potrzeb, do muzeum z wejścia można wjechać windą, a potem wszędzie są szerokie kładki (nie schody!) i przejścia. Osoby na wózkach niestety nie mogą wejść na dolną trybunę i jeśli skorzystają ze ścieżki dla nich przygotowanej omijają zaplecza – szatnię, salę konferencyjną, ściankę, wejście na murawę. Winda z muzeum wiezie ich bezpośrednio na górną trybunę do stanowisk komentatorskich (niedostosowanych) i sklepu firmowego – okazałego, bajecznie kolorowego, turbo multimedialnego i dostosowanego. Sklep jest dwupiętrowy, a piętra łączy winda. Ponieważ spędziłam tam czas ze znawcą tematu, to posmakowałam kilku ciekawostek i porównań. Na przykład to, że na Bernabeu było oddzielne pomieszczenie na trofea Ligi Mistrzów, a w Camp Nou to balkon na podwyższeniu. Z prostego powodu: Real ma coś około dwudziestu tych pucharów, a Barca pięć. Za to buty Messiego (te złote) robią super wrażenie i odejść nie mogliśmy z sali kinowej, na której analizowaliśmy wszystkie sztuczki i zwycięstwa. Ponieważ nasz Tata jest po stronie Realu, a Franek złośliwość odziedziczył po mnie – we wszystkich relacjach do domu Francyś przechwalał Camp Nou.

Z punktu technicznego i logistycznego mnie wygodniej było na Camp Nou, nosiłam Franka i respirator zaledwie godzinę, ale i tak potrzebowałam wielu odpoczynków (dokarmianie pegiem działa, a i ja nie jestem najmłodsza). Największą przyjemnością była dla mnie radość Franciszka, bo z otwartą buzią oglądał wszystkie ekspozycje, wszystkie filmiki, porównywał zmieniające się stroje na przestrzeni lat i buty, które z bardzo dziwnych pepegów ewaluowały w buty Roberta, które widnieją na naszej półce piłkarskiej w domu.

Z ciekawostek barcelońskich to musicie wiedzieć, że hostel w którym spaliśmy mocno kibicuje Barcelonie. Kiedy jego właściciel usłyszał, że Franek jest takim wielkim kibicem, z dumą przyznał, że jego syn jest szefem klubu kibica FC Barcelony i zza lady wyjął limitowany kibicowski szalik, który na ulicach wzbudzał podziw oraz porozumiewawcze mrugnięcia.

Kolejnym punktem w planie Franciszka było oceanarium, które wcześniej obejrzał przez internet z Agatą na lekcji hiszpańskiego. Oceanarium robi wrażenie, aczkolwiek moim skromnym zdaniem nie jest to absolutny must have wyjazdu do Barcelony. Jeśli się nie wyrobicie, ten punkt spokojnie może Wam zastąpić wrocławski odpowiednik. Francyś był jednak zachwycony, bo prawdą jest, że obiekt jest zrobiony mocno dla dzieci. Są oczywiście tylko kładki, a wszelkie schody uzupełnia winda i czytelne oznaczenia, ale nie to jest najfajniejsze. Najbardziej podobało mi się to, że wszystkie akwaria były na wysokości frankowych oczu i ani razu nie musiałam go podsadzać, bo ze swojego metr dwadzieścia w kapeluszu, wszystko widział bardzo dokładnie. Oceanarium było też jednym z niewielu miejsc, gdzie „honorowano” niepełnosprawność Franka. Po okazaniu legitymacji osoby niepełnosprawnej Franek płacił tylko 8 euro za bilet, ja weszłam bezpłatnie jako opiekun osoby niezdolnej do samodzielnej egzystencji.

Największe wrażenie na Franku zrobiła paszcza wieloryba, przez którą wjeżdżało się, żeby obejrzeć część ekspozycji oraz widok na marinę, gdzie cumowały imponujących rozmiarów jachty. Franciszek – znany w rodzinie przyrodnik entuzjasta zachwycony był rybą skrzydlicą, ale zasmuciły go pingwiny, które w porównaniu z tymi prezentowanymi na filmach były trochę ospałe. Mnie, jak to Matce zaimponowała pani nurek, która z klasą, gracją i elegancją w obcisłym kombinezonie odkurzała akwarium, zupełnie nie zwracając uwagi na robiących jej zdjęcia turystów. Trasy w oceanarium są bardzo dobrze oznaczone i podzielone: na trasę dla wózków i dla pieszych. Windy szerokie i wygodne i tak rozmieszczone, że nie sposób było czegoś pominąć. To bardzo ważne, bo czasem po wyjściu kluczymy, sprawdzając, czy pokonujemy całą trasę wycieczki. 

Kiedy odhaczyliśmy wszystkie obowiązkowe punkty wizyty Franka, postanowiłyśmy pokazać mu nasz plan na Barcelonę. Na szczęście we Franku łatwo jest zaszczepić zmysł turysty. Wystarczy obiecać, że nie będzie żadnych przebierańców i wyciągną jakiś smaczek: na przykład to, że budowa Sagrady Familii trwa już 137 lat i warto zobaczyć, na jakim jest etapie. Czy Wy wiecie, że dopiero współcześnie specjalnym dekretem wydano pozwolenie na jej budowę, a do tej pory była to tylko samowolka? Pod Sagradą (z resztą jak wszędzie) uważajcie na kieszonkowców, którzy są tam w siódmym niebie, bo oniemieli z zachwytu turyści z otwartymi plecakami i portfelami w tylnych kieszeniach sami proszą się o kradzież. Sprzedamy Wam też inny patent – nie stójcie w tłumie pod samą Sagradą. Wystarczy wejść do tego parku, który jest od frontu świątyni, przejść dookoła oczka wodnego i macie przepiękny widok pełen zieleni. Co prawda trzeba tam pokonać kilka stopni, ale mamy już wprawę w zagadywaniu przystojnych hiszpańskich mundurowych, z czego bez najmniejszych oporów korzystaliśmy.

Po Sagradzie postanowiliśmy obejrzeć nieco więcej Gaudiego, więc Agata zabrała nas na Passeig de Garcia, gdzie stoją kamienice zaprojektowane przez tego słynnego architekta. Trzeba przyznać, że żadne słowa nie oddadzą tego, co widzieliśmy. Szczegóły, malutkie rzeźbienia, te okna. Naprawdę niesamowite. Na zdjęciu powyżej widzicie, jakie tłumy postanowiły nam towarzyszyć, dlatego Franek nie był zachwycony tym miejscem, więc szybciochem do metra i pojechaliśmy do Parku Guell. Tutaj mocno przyda Wam się rozkład jazdy, bo to chyba jakaś opatrzność nad nami czuwała, ze darowałyśmy sobie spacer od ostatniego przystanku metra, tylko wsiadłyśmy do autobusu miejskiego. Moje plecy do dziś są mi za to wdzięczne, bo Park, w którym mieści się domek Gaudiego jest baaaardzo wysoko na wzgórzu. Zrobiliśmy małe show w postaci karmienia do pega, bo Franek i cały jego sprzęt mocno zwracały wszędzie uwagę, obejrzeliśmy najdłuższą ławkę na świecie i znów autobusem wróciliśmy do pokoju. Poniżej widok spod Parku Guell – nocą robi jeszcze większe wrażenie. Aha! Park dzieli się na dwie części: płatną i bezpłatną. Warto zanim kupicie bilety wejść do strefy bezpłatnej, żeby zobaczyć czy macie ochotę na więcej. Więcej stopni, górek i podejść.

Jeśli jeszcze Wam mało, to nie zapominajcie o najsłynniejszym targu w Barcelonie. La Boqueria to szaleństwo zmysłów. Oszaleje Wam wzrok od ferii barw, węch do zapachów i smak, jeśli skusicie się na choćby część pyszności. Stoiska pełne słodyczy albo owoców, ale także wędlin i hiszpańskim przetworów sprawiły, że spacerowałam tam z szeroko otwartą buzią. Franka zachwyciło tam tylko jedno. Ciekawe, dlaczego?

O tym, co zobaczyliśmy i kogo poznaliśmy bez planu, przy okazji wizyty w Barcelonie w kolejnym wpisie! Zaglądajcie.

Barcelońskie podróże Franciszka

Zanim dodam wszystkie piękne zdjęcia i filmy z Barcelony, a potem Wam jeszcze napiszę o przyjacielskim spotkaniu i śmiechach, to musicie niestety moi mili przejść przez to, przez co ja przeszłam. Nie ma tak dobrze, jak się wchodzi na bloga Matki Anki, to trzeba ponieść wszystkie konsekwencje. Bowiem zanim  na dobre rozgościliśmy się na katalońskiej ziemi, a potem chwilę przed tymi wydarzeniami -> KLIK KLIK udało nam się z niej wylecieć, to musieliśmy się wszyscy spakować, dotrzeć tam, przemieszczać i wrócić. Czyli dziś garść praktycznych porad pod tytułem: co, jak i dlaczego z dzieckiem na wózku i z respiratorem.

Wszyscy nasi znajomi polecali nam Barcelonę ze względu na piękno i urodę, ale jeśli chodzi o lotnisko – to Girona. Ale z Girony do Barcelony to daleko jednak jak dla nas, kiedy masz na uwadze torby, wózek, ssak i respirator i podróż z punktu a do punktu b. Dlatego postawiliśmy na El Prat. Najtaniej wyszło znów w Ryanair. W czasie rezerwacji zaznaczyłam, że niezbędna będzie dla nas pomoc asystenta osób niepełnosprawnych w poruszaniu się po lotnisku oraz w wejściu do samolotu i wyjściu z niego. Zanim doszło do odprawy otrzymaliśmy druk do wypełnienia przez naszego Doktora, który miał wyrazić zgodę na podróż Franka. Ten druk wysyłaliśmy do linii lotniczych mailem. Poza tym (ja to załatwiłam przez chat z klientem) musiałam zgłosić niezbędne Frankowi sprzęty: ich wymiary, producenta, rodzaj baterii. Zgłosiłam oczywiście ssak i respirator, ale także pulsoksymetr i zapasową baterię do respiratora. W pozwoleniu na lot musieliśmy zaznaczyć, że wszystkie urządzenia będą naładowane i że nie będą potrzebowały ładowania w czasie lotu, ponieważ w samolocie nie ma takiej możliwości. Oprócz tego nasz Doktor wypisał wszystkie ustawienia respiratora i na wszelki wypadek dokupiliśmy dodatkowe ubezpieczenie dla mnie i Franka (poza tym z nfz). Tym razem lecieliśmy z Modlina. To już trzecie polskie lotnisko, które testowaliśmy z Franiem i nie możemy się do niczego przyczepić, aczkolwiek trzeba przyznać, że na każdym procedury nieco się różnią. Z ciekawostek to w Modlinie dla komfortu Franciszka zaproszono nas do pokoju zwierzeń i nie przeprowadzano kontroli na bramkach publicznie. To miłe, że pomyślano o komforcie Franka, dla którego była też to kolejna atrakcja, kiedy panowie celnicy powiedzieli mu, że muszą sprawdzić, czy nie przewozi pistoletu, bo nie wolno z pistoletami. Oprócz tego wszystko w standardzie niepełnosprawnościowym – to znaczy przy wejściu samolotu dostaliśmy Panią Asystent, która pomogła z bagażami, zaprowadziła nas do mobilnej windy i pomogła ze składaniem wózka. Ponieważ nie zmieniliśmy zwycięskiego madryckiego składu (ja i Franek, Pani Agata od hiszpańskiego i Ciocia A.), to mamy też praktykę w przeprowadzaniu bliskich. W Modlinie nas rozdzielono, w Barcelonie nie dość, że w ogóle nie kontrolowano jakoś mocno Franka, to na dodatek przez wszystkie przejścia byliśmy przeprowadzani wszyscy – jako grupa. Co kraj to obyczaj. Lotniska są dostosowane do potrzeb, nie było więc problemu z przebraniem Franka i toaletą.

Jak widzicie wyżej na wyjazd mieliśmy też kilka swoich patentów. To właśnie jeden z nich. Ponieważ zwykle brakuje nam gniazdek do komórek i wszystkich sprzętów Franka, to wozimy ze sobą przedłużacz. Przedłużacz, który przydaje się też na lotnisku, kiedy trzeba podładować więcej, niż jeden sprzęt. Żeby nie zgubił się w podróży to koszyk, do którego schowałam ten przedłużacz, okleiłam taśmą klejącą, która jest moją najlepszą przyjaciółką prawie we wszystkich podróżach. Tym samym sposobem przymocowałam przed lotem do Barcelony pałąk Franka do wózka, który w drodze powrotnej przywiązany był cewnikami (też dobry sposób, polecam!). W samolocie Franek miał oddzielne siedzenie i był przypięty zwykłymi samolotowymi pasami, a kiedy zmęczyły mu się plecy, położyłam go głową na jego siedzeniu, nogami na moim kolanach. Jednak ten patent powoli wychodzi z gry, bo Franc robi się coraz dłuższy i chyba trzeba będzie kombinować jakoś inaczej.

W Barcelonie wylądowaliśmy o 23.30. Odległość od hotelu wynosiła jakieś 16 km, a ponieważ nie znałyśmy jeszcze realiów barcelońskiego metra, zdecydowałyśmy się na taksówkę. Koszt to około 30 euro, łącznie z doliczonym ad hoc napiwkiem przez pana taksówkarza. Po Barcelonie poruszaliśmy się głównie metrem, które było zdecydowanie bardziej dostosowane, niż to w Madrycie. Co prawda trzeba było się nachodzić i napytać, ale do każdego peronu prowadziła winda, co w przypadku konieczności noszenia wszystkich tobołków było dla nas nie lada ułatwieniem. Jednorazowy bilet kosztuje 2,20 euro. Jednak nasza sprytna przewodniczka Agata poleciła nam kupić bilet na 10 przejazdów, to dało 10,20 euro na osobę i „zwracało się” już po pięciu przejazdach. A taki bilet działa też w tramwajach i autobusach, z czego korzystaliśmy jadąc na przykład do Parku Guell. W ogóle komunikacja miejska sporo nam ułatwiła w stolicy Katalonii. Bo tam jest wszędzie pod górkę – co moje plecy, ramiona i nadgarstki od pchania wózka odczuły już po pierwszym dniu. I jeszcze jedno! Wszyscy, ale to absolutnie wszyscy – od pana puszczającego bańki po recepcjonistów ostrzegali nas przed kradzieżami. Pilnujcie więc w Barcelonie plecaków i nie noście portfeli w tylnej kieszeni spodni.

Generalnie Barcelona jest fajnie dostosowana do potrzeb wózkowiczów. Oceanarium to już w ogóle zrobione jest pod dzieci i Franek był zachwycony, ale są tam windy, kładki i szerokie przejazdy. A do żadnego z akwariów nie musiałam Francysia podnosić. W całej marinie jest asfaltowa ścieżka ze znakiem niepełnosprawności i dzięki temu plecki nie musiały trząść się na kostce brukowej. A oznaczenia są jasne i czytelne.

     

 

Podejrzewam, że wielu z Was czeka na wpis o Camp Nou. Pewnie, że byliśmy i będzie oddzielny wpis! Ale tutaj tylko napiszę, że Camp Nou na czwóreczkę – to co się dało dostosowali, ale nadal niepełnosprawni nie mogą zobaczyć wszystkiego z bliska. Dlatego także tutaj Franek było noszony (moje plecy były mi za to bardzo wdzięczne, bo przystanki robiłam turbo często, co oznacza, że dokarmianie pegiem działa). Już od wjazdu czekały na nas szerokie przejścia i kładki. Naprawdę za to szacun. Wpis o minusach jednak też będzie 😉

Franciszek w Barcelonie rozgadywał się powoli. Oni tam bardzo chętnie korzystają z katalońskiego i angielskiego, więc kiedy miał możliwość to przechodził jednak na english (Pani Karolino brawo!). Jednak ostatniego dnia przerósł samego siebie i postanowił pakistańskiego taksówkarza nauczyć swojego imienia i nazwiska – Franciszek Trzęsowski. No właśnie. Ale w zamian dostał krótką lekcję języka urdu, co mocno połechtało lingwistyczną stronę jego duszy.

Zapraszam Was w najbliższych dniach na kolejne barcelońskie odcinki i zapewniam Was, że naprawdę warto!

Dziewięciolatek

– Czy ja jestem już stary? – zapytał rano Franek, kiedy zaspany zdmuchnął świeczki ze swojego urodzinowego tortu. – Mam jakieś zmarszczki? – upewnił się dodatkowo, a kiedy powiedzieliśmy mu, że dziewiąte urodziny to tak naprawdę dopiero początek jego przygody zwanej życiem, ze zniecierpliwieniem zaczął wypatrywać urodzinowych niespodzianek. Dziś 15 października, jak co roku w naszym domu wielkie święto. Dziś dziewiąte urodziny Frania. Franciszka.

Kochany synku,

pamiętaj – spełniaj wszystkie swoje marzenia, bądź szczęśliwym pełnym radości chłopakiem. Nigdy się nie poddawaj i bądź z nami jak najdłużej. Bardzo Cię kochamy syneczku, Mama, Tata i Leoś.

Spójrzcie, jak rósł nam kawaler.