Jestem łatwowierna. Może inaczej – wierzę w ludzi. Nie awanturuję się w kolejkach (bo przecież to i tak nic nie da, a cenię sobie niski puls), nie wykłócam się z kurierami (uważam, że metodą na miłą i uprzejmą zdziałam więcej, niż wydzieraniem się) i twardo uważam, że ludzie są dobrzy. Że nawet jeśli coś schrzanią, to wyłącznie przez przypadek, z braku uważności, ale nigdy specjalnie.
Ale świat to świnia. Ciągle wystawia moją wiarę w ludzkość na próbę. A ja z wiekiem staję się coraz mniej odporna na gniew i frustrację i coraz częściej walcząca. Walcząca, ale jednak cały czas sposobem. Mimo zasięgów, jakie generuje fanpage Franka, nie znoszę kręcić publicznych awantur i internetowych tak zwanych „gównoburzy”. Wolę iść w stronę słońca i pisać o tym co dobre, o ciekawych rozwiązaniach, które nas dosięgną albo o ludziach, którzy z pasją i oddaniem sprawiają, że świat dla takich rodzin jak moja, jest lepszym miejscem.
Tymczasem dla równowagi (ale nadal bez nazw i nazwisk) opowiem Wam o sytuacji, która spowodowała, że westchnęłam nieszczęśliwie i wrzuciłam kamyczek do koszyka z napisem: „następnym razem nie odpuszczaj”. Rzecz działa się na parkingu z wyznaczonymi miejscami dla osób z niepełnosprawnością. Parkowałam tam późnym popołudniem, idąc na ważne spotkanie w sprawie mojego syna. Młodszego syna. Wolnych miejsc, ile dusza zapragnie, a wśród nich te najbardziej kuszące – niebieskie, szerokie i oświetlone. Mam takie zboczenie, że zerkam za szybę zaparkowanych tam aut, czy mają kartę uprawniającą do zajmowania tego miejsca. Tym razem stało na nim piękne auto obrandowane logo znanego u nas w okolicy dealera samochodów. Oczywiście bez karty. Co zrobiłby każdy wkurzony śmiertelnik, który nie miałby w nosie? Wezwałby policję, policja wlepiłaby mandat i po temacie. Ale nie ja – człowiek wielkiej wiary. Pomyślałam sobie, że policja to zawsze ostateczność. Te mandaty teraz takie wysokie i dotkliwe niezależnie od zasobu portfela. Nagrałam więc „filmik – dowód”, że ów użytkownik uprawnień nie ma, zrobiłam fotografię i w prywatnej wiadomości wysłałam do wspomnianego dealera z prośbą o rozmowę dyscyplinującą oraz dyskretną złośliwością, że takie parkowanie to dość kiepski PR. Co przeczytałam w odpowiedzi?
Pan, który mi odpisał, potwierdził moje oburzenie. Podobnie jak ja nie cierpi wykorzystywania takich miejsc przez osoby nieuprawnione. Oczywiście temat zgłębi, wyjaśni i wróci z odpowiedzią. Nie powiem, ucieszyłam się z takiego rozwiązania, bo oznaczało to dla mnie, że ktoś nie zamiata tematu pod dywan i że na poważnie wziął moje uwagi. Po kilku godzinach dostałam odpowiedź, po której zwarzyło mi się mleko bez laktozy nalane do kubka w różowe kwiatki. Otóż owszem – samochód należał do firmy, został jednak użyczony klientowi, który „zapomniał” wyjąć niebieskiej karty! Na dowód, karta w załączeniu.
O tempora, o mores! Niepełnosprawny użytkownik zapewne od lat korzystający z tegoż wspaniałego udogodnienia zapomniał o karcie! Najgorzej. Najgorzej, że trafili na mnie. Grzecznie, jak to mam w zwyczaju, podziękowałam za rozwiązanie zagadki. Poprosiłam jednak, by w moim imieniu poproszono owego zapominalskiego klienta o dwie rzeczy. Po pierwsze, żeby pamiętał o takiej karcie, bo na przyszłość wezwę policję i skończy się rumakowanie. A po drugie, to smakowitsze, że należy przypomnieć Panu Klientowi o jeszcze jednej dość istotnej drobnostce. Otóż załączona karta jest kartą nieaktualną… Tak mniej więcej od 2015 roku, kiedy to nastał ustawowy obowiązek wymiany bezterminowych kart, na takie z terminem ważności. Karta, którą mi przedłożono jako dowód niefrasobliwości, niestety nie była ważna. Pozostał niesmak.

Nie odsądzam od czci i wiary Pana Dealera. Moje resztki wiary, gdzieś na dnie serduszka nadal twierdzą, że on naprawdę chciał wyjaśnić tę sytuację i to faktycznie był klient. Klient, który tak wytłumaczył swoje dzbanowe parkowanie. Klient, kierowca, użytkownik, który od siedmiu przynajmniej lat parkuje na niebieskich miejscach bez uprawnień. Osobnik, który albo stracił uprawnienia albo korzysta z karty osoby, która z różnych powodów tej karty może już nie potrzebować.
Cóż tak bardzo pociągającego jest w miejscach dla niepełnosprawnych? Rozmiar? Bliskość do celu po zaparkowaniu? Poczucie wyjątkowości?
Wyjątkowo mogę udostępnić takim osobom jeden malutki wycinek z życia z niepełnosprawnością własnego dziecka. Taki najbardziej bolesny albo najbardziej intymny. Taki, po którym nie śpi się dwie doby albo z żalu i poczucia beznadziei zbiera się na wymioty.
Mam taką listę rzeczy, które zrobię następnym razem, kiedy ktoś podkopie moją wiarę w ludzkość. Dopisałam: wzywać policję do parkujących dzbanów. Może jak zaboli portfel, wzrośnie świadomość.


Zanim odpowiedziałam na te pytania, długo myślałam nad lifehackami, które miałabym sprzedać innym. Wcale nie po to, żeby być Ciocią Dobrą Radą, która „jest taka mądra, cudna i dzielna i wie na pewno, co zrobić”, ale żeby powiedzieć co u nas działa. Od zawsze uprzedzam w tego rodzaju rozmowach, że ani nasz blog, ani instagram i facebook nie są żadną wytyczną do prowadzenia dziecka z niepełnosprawnością spowodowaną smard1. Nasze sposoby na odsysanie, wentylowanie, nasze sprzęty, sposoby terapii a w końcu specjaliści nie są jedynymi, prawilnymi które należy stosować, kiedy na życie zwala się choroba dziecka. Dlaczego więc miałabym narzucać komuś zasady wychowywania zdrowego dziecka w rodzinie z niepełnosprawnością? Jedyne, co nasuwa mi się w odpowiedzi to to, że jestem dumna. Dumna z tego, jakim rodzeństwem są Franek i Leon i jak bardzo, mimo złożoności naszego życia, udało nam się uchronić Leona przed byciem „bratem tego Franka”, a Franka przed byciem „chorym Frankiem, któremu wolno więcej”.








Cóż takiego ma ten pojazd? Rzecz najważniejsza to joystick. Sprowadzany specjalnie pod Franka, wymagający nacisku zaledwie 18 gramów, żeby móc wprowadzić maszynę w ruch. Umożliwia sterowanie wózkiem nawet takim chorym, którzy posiadają na przykład wyłącznie zdolność poruszania ustami. Na jakiej zasadzie to działa? Microjoystick zaprogramowano tak, że wyłącza standardowe sterowanie. Franek do przełączania biegów, ustawiania świateł, kierunkowskazów, klaksonu (!!!), czy sterowania pozycją siedziska używa myszki, którą ma po lewym łokciem. Klika w nią wymagając odpowiedniej komendy na wyświetlaczu, a resztę załatwia joystickiem. Dla mnie nie do pojęcia i skoordynowania, Franc załapał w jeden dzień i śmiga, jak w fifkę na konsoli. 
Jeśli zaś mówimy o siedzisku, to tutaj też mamy magię. Nasz syn z powodu stanu swoich pleców zarówno w spacerówce, jak i w elektryku musi jeździć lekko odchylony do tyłu. Tę możliwość dało mu siedzisko, które jest w pełni sterowalne w każdej płaszczyźnie. Franciszek może odchylić tylko plecy lub plecy i nogi. To ważne, kiedy komfort życia zależy od bólu pleców. Poza tym siedzisko w stretto ma jeszcze jedną istotną funkcję – można je wywindować! I to dosłownie. Za pomocą kilku kliknięć Franek wędruje w górę i w końcu może zobaczyć świat z pozycji dwunastolatka! Od razu powiedział, że zabiera Ciocie do McDonalda i sam złoży zamówienie przy ladzie i co najważniejsze: stojąc w kolejce nie będzie oglądał tyłków osób stojący przed nim. Na maksymalnym uniesieniu siedziska wózek może swobodnie się poruszać. Jest tak wyważony, że nawet wtedy może osiągnąć bezpieczną prędkość do 6 km/h (chyba nie muszę wspominać, że F. ma to już za sobą?). 

Wszystko to udało się, bo od początku włączyło się w to mnóstwo fantastycznych person. Gosia Rybarczyk – Bończak (mama Precla), Gosia Zielińska (mama Krzysia), Ula Pawlik (Fundacja Lelka i mama Gabrysi z sma1), Aga Czuj (mama Radka) intensywnie pracowały nad przekroczeniem granicy przez naszą rodzinkę. Fundacja SMA pomogła w transporcie. Na miejscu, w Kielcach cała rodzina trwała pod opieką Gosi od Krzysia, a my tutaj w Kaliszu organizowaliśmy dla nich przyjazny dom.