Nie ma ryzyka, nie ma zabawy

Choćbym stanęła na rzęsach i odśpiewała Rotę od końca nie wypełnię Frankowi minimum towarzyskiego. On naprawdę lubi być ze swoim Tatą, Babcią, Ciociami i Fizjoterapeutami, ale dopiero wtedy, kiedy ma nieograniczony kontakt z rówieśnikami wychodzi z niego towarzyskie zwierzę. Jest jednak jeden podstawowy minus utrzymywania tychże kontaktów  – rodzice. I to nie rodzice kolegów Franka, tylko my – ja i Szymon. Bo prawda jest taka, że dziewczyny i chłopaki w tym wieku to już całkiem samodzielne jednostki i nie potrzebują nieustannej uwagi swoich protoplastów. Co innego Franek, na niego trzeba patrzeć albo co chwilę albo bez przerwy. I teraz wyobraźcie sobie taką sytuację, że przychodzi do Was koleżanka na kawę ze swoją teściową (!!!), która miała być na tapecie w czasie tej rozmowy. No i co? Rozmowa się nie klei, kawa nie smakuje, koleżanki na kawę zaprosić się już drugi raz nie chce. To samo ma Franciszek – jak tu pogadać, zbroić coś, powiedzieć brzydkie słowo, jak rodzice obok. Nie jest to komfortowe ani dla niego ani tym bardziej dla jego znajomych. Dopóty, dopóki nasza ulica nie była tętniącą życiem częścią osiedla, jakoś się udawało. W myśl zasady ‚co z oczu to z serca’ Francyś łaknął kontaktu tylko z Anią (byłą koleżanką z klasy) i Anka radziła sobie z tym świetnie. Miała nas w nosie i zarządzała Frankiem, ale zwykle u nas w domu. Odkąd jednak nasza ulica rozbudowała się i rozrosła i za oknem coraz częściej było słychać śmiechy, wariacje i bieganinę Frankowi było trudniej.

Dlatego zrobiłam coś strasznego i nieodpowiedzialnego i tak bardzo ryzykownego, że trochę boję się tutaj przyznać. Co? Wypuściłam Franka na wolność. Najmniej dozorowaną wolność, jak tylko się da. Pozwoliłam mu samemu jeździć z gangiem dziewczyn od sąsiadów i korzystać z uroków życia. Nie raz słyszałam, że się wykłócał, czasem dostał też bana. Czyli życiowo bardzo. Dzieciaki potrafiły go zignorować, kiedy przynudzał, ale też zawołać do zabawy. Co jakiś czas wychodziłam tylko sprawdzać, czy wszystko ok, ale to była taka odległość, że nawet nie byłam w stanie usłyszeć: ‚mama idzie!’. To była najfajniejsza końcówka lata ever. Francyś ganiał jak szalony po ulicy i widziałam, że to działa. A jak coś działa, to nie musi być aż tak bardzo złe.

Oczywiście jak nikt inny zdajemy sobie sprawę, jakie niesie to za sobą ryzyko. Największe. Dlatego takie wyjście, to mimo wszystko kilka warunków – zawsze muszę wiedzieć gdzie jest (pozdrawiam Mamę Lenki, która przez krzaki wołała ‚tu jest’!), zawsze musi być z Leonem (Leon zaś jest uczulony na to, że jak Franek poprosi, to ma biec co sił w nogach po mamę), zawsze musi się kontrolować (jeśli poczuje się gorzej ma od razu mówić jakiemuś najbliższemu dorosłemu i pędzić do domu). Oprócz tego większość sąsiadów zna Franka, wie gdzie mieszkamy i wie, kogo wołać. To minimum jakie staramy się mu zapewnić, żeby miał trochę (bezpiecznej) wolności. Nie ma przecież nic lepszego, niż wiatr we włosach, prawda?

4 thoughts on “Nie ma ryzyka, nie ma zabawy

  1. Franek ma szczęście, że przy swojej chorobie trafił na mądrych rodziców. Wiem, że okupione jest to Waszym stresem. Jednak dla Franka bycie z rówieśnikami bezcenne. Pozdrawiamy ciepło.

  2. Kochana….serio ja Cie podziwiam…..ja gryze pazury jak moj Franio ma 39 st goraczki…..czymze to jest w obliczu Waszego stresu na codzien???!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *