Zalatani

Budzik zadzwonił o trzeciej nad ranem. Nawet w upalny czerwiec, to godzina, kiedy nie ma jeszcze słońca, a dookoła cisza jak makiem zasiał. Zerwaliśmy się na równe nogi, ubraliśmy dresy i trampki, do plecaka spakowaliśmy sok pomarańczowy, termos z malinową herbatą, kanapki, kamerkę, zapasową rurkę tracheostomijną, filtry, obwód do respiratora, kilka jałowych gazików, sól fizjologiczną, pulsoksymetr i czapeczkę – taką na uszy, bo mimo tego, że czerwiec, czapeczka mogła się przydać. Wybijała czwarta, kiedy zaspany Tata machał nam na pożegnanie z okna w kuchni, Leoś nawet nie drgnął zupełnie ignorując śródnocny galimatias, a my – Mama i Franek ruszyliśmy spełniać marzenie. Marzenie numer trzy. Była sobota. O 4.30 rozpoczęły się przygotowania i szkolenia do przygody, którą wspomina się całe życie. W sobotę o 4.30 zaczęło spełniać się marzenie o locie balonem. Franek – chłopiec, dla którego statystyki medyczne już dawno przestały mieć znaczenie, chłopiec który miał nie mieć szans znaleźć się w tym miejscu, w którego poza rodziną na początku nie wierzył nikt. Miał wzbić się w niebo i dotknąć chmur.

Żeby wzbić się w niebo i dotknąć chmur, trzeba się solidnie przygotować. W powietrzu nie ma miejsca na amatorszczyznę. Dlatego każdy kandydat na areonautę bierze udział w przygotowaniu lotu od samego początku. Trzeba oporządzić kosz, zamontować butle, stelaże i co najważniejsze – nadmuchać balon. Niepozorna przyczepka, którą za samochodem przyciągnęła ekipa Wyprawy Balonem mieściła wszystko, co do lotu jest potrzebne. Czy Wy wiecie, że taki ogromny balon zmieścił się w torbie wielkości stołu kuchennego dla czterech osób? I że ten „stół” jest tak ciężki, że przeniesienie go przez kilka dorosłych osób, to trening zaliczony na siłowni?

Najpierw Panowie zmontowali kosz – stelaż z palnikami i butle. Wszystko nadzorowała i dokładnie sprawdzała, a nam tłumaczyła nasza pilotka – Beata Choma – Mistrzyni Europy w lotach balonem. Śmialiśmy się, że Franek jak już coś robi, to zawsze z Mistrzami. Potem robiliśmy próbę generalną – po kolei zapięliśmy Franka we wszystkie pasy, bo kosz którym lecieliśmy jest przystosowany do przelotów wózkiem. Każde koło wózka spacerowego Franka przypięte było oddzielnym pasem, zapinanym jak pasy samochodowe – na klik. Dodatkowo sam Franciszek przypięty był pasami pięciopunktowymi na specjalne klamry. Pasy oplatały jego ramiona oraz biodra. Franek był przymocowany naprawdę dobrze. Potem Beata powiedziała nam, w którym miejscu mamy stać my – ja, Dziadek Ksero, Bolo i jego Tata. Powiedziała też, że w momencie, kiedy balon zostanie zapięty do kosza a ona zajmie miejsce pilota, do końca lotu już tego miejsca nie opuszcza a i my możemy wejść i wyjść z kosza dopiero na jej komendę. Wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani i trochę bladzi z wrażenia. Największy luz mieli chłopcy – Franek i Bolo, którzy stwierdzili, że absolutnie niczego się nie boją. Kiedy już odbyła się próba generalna, nastąpiło wielkie dmuchanie. Balon był przeogromny! Rozłożony na trawie lotniska wyglądał imponująco. Franek pomagał w rozciąganiu, a Dziadek i Wujek pilnowali napełniania balonu powietrzem. To robi naprawę wielkie wrażenie, kiedy możesz być czynnym uczestnikiem tych przygotowań, a nie jesteś jedynie pasażerem. Doczytałam na stronie wyprawabalonem.pl, że tak jest za każdym razem, więc jeśli się skusicie, przygotujcie się na przygotowania.

Kiedy balon był już napełniony powietrzem, a Panowie z ekipy przymocowali go do kosza i wielkimi linami do samochodu i ziemi, mogliśmy zająć swoje miejsca. Pomachaliśmy Babci Goshi i Cioci Suzi na pożegnanie i… wzbiliśmy się w powietrze. Kosz balonu był z dwóch stron przeźroczysty, dlatego Franek na wózku a Bolo na siedząco mogli podziwiać oddalający się krajobraz. Widoki były przepiękne! Szukaliśmy budzących się ze snu zwierząt i udało nam się wypatrzeć lisa i kilka zajęcy. Lecieliśmy nad samymi czubkami drzew i obniżaliśmy lot, żeby dotknąć czubków kukurydzy. Wzbijaliśmy się szybko i obniżaliśmy powoli. Zaciekawieni ludzie machali nam z dołu i robili zdjęcia, a chłopcy stwierdzili, że domy i ulice wyglądają jak układanka z lego. Fantastycznie było widać pola kapusty – zupełnie inaczej niż z perspektywy ziemskiej, pachniało ziemniakami, kiedy przelatywaliśmy nad ich uprawami, a przyjemne ciepło sprawiało, że to było po prostu bardzo przyjemne przeżycie.

Balonem nie można tak po prostu sterować. Dlatego loty odbywają się zawsze w ściśle określonych porach. Wtedy, kiedy wiatr jest najbardziej sprzyjający. Z nami było tak samo. Nie zdawaliśmy sobie sprawy ile krzepy trzeba mieć, żeby takim balonem sterować, ale ponieważ lecieliśmy z Mistrzynią Europy, czuliśmy się zupełnie bezpiecznie. Lądowanie było ekscytujące i nie bez przygód. W ostatniej chwili podmuch wiatru lekko nas zniósł, a kosz (wraz z zawartością) przewrócił się na bok. Przeszkoleni na taką okoliczność mocno się trzymaliśmy takich łapek zamontowanych w środku, a przypięty pasami Franek nawet się nie przesunął. Zaliczyliśmy wówczas klasyczną tuwimowską „Rzepkę” – Franek na boczek, Mama przy Franku, respirator nie drgnął (bo przypięty), Dziadek na koszyk i na Dziadka Bolo. Co działo się w kabinie pilota nie wiem, bo tam walczyli Wujek i Pilotka Beata. Ekipa wspierająca od Beata i nasze dziewczyny przybyły z odsieczą, a kiedy na komendę Beaty mogliśmy opuścić balon, uśmiechy już nie schodziły nam z twarzy.

Tak, jak braliśmy czynny udział w rozkładaniu i przy składaniu balonu wszyscy zgodnie pomagaliśmy. Na koniec tej ekscytującej eskapady zgodnie z tradycją jako nowicjusze zostaliśmy ochrzczeni ogniem, wodą i ziemią, otrzymaliśmy certyfikaty uczestnictwa w locie i uczciliśmy szczęśliwą podróż lampką szampana. Tak jest za każdym razem, bowiem pierwszy balonowy lot odbył się we Francji w 1783 roku, kiedy to w chmury wzbił się bezzałogowy balon. Potem jak to życiu bywa, wysłano zwierzęta i kiedy te bezpiecznie wylądowały, spróbowali ludzie. Jak Francja, to szampan dlatego i my – ochrzczeni lotnicy, uczciliśmy swoje szczęśliwe lądowanie trunkiem z bąbelkami na śniadanie.

Franciszek już sam nie wie, o czym mógłby marzyć. Był bardzo szczęśliwy i mimo zmęczenia dzielnie udzielał telewizyjnych wywiadów i potem na rodzinnej uroczystości wywiadów rodzinnych. Jestem z niego bardzo dumna, bo pilnie słuchał wszystkich wskazówek i mimo bocznego lądowania nie wpadł w panikę, jeszcze dziś rano wspominając, ze to była najlepsza część lotu.

Dziękujemy dziennikarzom tvp info z Panią Karoliną Stefaniak na czele, która od dwóch lat trzymała rękę na pulsie za prezent w postaci spełnionego marzenia – lotu balonem.

Dziękujemy ekipie Wyprawy Balonem – wyprawambalonem.pl – wszystko przygotowaliście z wielką pasją i profesjonalizmem. Odpowiadaliście na każde nasze pytanie i rozwiewaliście każdą wątpliwość.

Dziękujemy Beacie Chomie – naszej pilotce za bezpieczny start i lądowanie, za każdą historię i opowiastkę, którą uraczyła nas podczas lotu.

Dziękujemy Wam – moim Czytelnikom, Wspieraczom Franka. Kiedy Pani Natalia z tv zapytała mnie, co czuję, jako mama kiedy mojego syna wspiera tak wiele nieznanych osób odpowiedziałam, że czuję wielką dumę, pokorę i wdzięczność. To także dzięki Wam Franek żyje i spełnia swoje marzenia, a my możemy szczęśliwie z nim to dzielić.


Jeśli macie ochotę, obserwujcie nas na instagramie -> Franek Trzęsowski i na facebooku -> mojsynfranek – tam bywa troszkę więcej zdjęć, a na instagramie w ulubionych relacjach jest wszystko o locie z soboty. Zapraszamy 🙂

2 thoughts on “Zalatani

  1. Franiu, I Love You 😍
    Próbuję sobie wyobrazić jak wspaniała to była przygoda!
    Samo czytanie i oglądanie to dla mnie duże i pozytywne przeżycie:):):)
    Buziaki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *