Film „Teoria wszystkiego” – oglądamy z Frankiem

Jeśli należycie do grona osób, które znają Franka nie tylko z bloga, ale także osobiście, to zapewne zdążyliście się zorientować, że jest to bardzo pozytywny młody człowiek. Bardzo często w nosie ma konwenanse i zwykle najpierw robi, potem myśli. Dlatego, jeśli jeździsz na wózku, masz tylko jedną nogę, jesteś niewidomy lub w ogóle Twoja niepełnosprawność jest dość widoczna, a na swojej drodze spotkasz Franciszka, najczęściej usłyszysz: niepełnosprawny! jak ja! hurrra! To wcale nie jest brak szacunku, może trochę zbyt mało powściągliwości, ale Franek zdaje sobie sprawę, że w codziennym środowisku ‚odstaje’ właśnie z powodu swojej niepełnosprawności. Dlatego tak bardzo lgnie i cieszy o spotkanie osoby po fachu. Mamy w domu z resztą sporo literatury w temacie niepełnosprawności – są to zarówno pozycje dla dorosłych, ale także takie dla dzieci (jeśli macie ochotę, możemy Wam kiedyś pokazać tę część naszej biblioteki). Tymczasem dziś skupimy się na kinie, bo ostatnio obejrzałam z Frankiem film „Teoria wszystkiego”.

Jakiś czas temu Franek natknął się na postać Stephena Hawkinga – okazało się, że ten genialny brytyjski astrofizyk miał co najmniej dwie wspólne cechy z naszym Franciszkiem. W wieku 21 lat zdiagnozowano u niego stwardnienie zanikowe boczne – nieuleczalną chorobę, która wyłącza władzę umysłu na ciałem. Hawking usłyszał od lekarzy, że przeżyje maksymalnie dwa lata. Jednak dość nietypowy przebieg pozwolił mu przez dziesięć lat żyć najbardziej normalnie, jak tylko było to możliwe. Wielka w tym zasługa jego bliskich – szczególnie żony, która wiele lat poświęciła na opiekę nad coraz bardziej schorowanym uczonym. Franka postać Hawkinga mocno inspirowała i interesowała. Odnalazł wiele fizycznych cech wspólnych – u obu choroba osłabiła mięśnie, obaj korzystali z wózka, obaj w końcu mieli tracheotomię. 

Kiedy więc kilka dni temu na którymś kanale natknęliśmy się na film „Teoria wszystkiego” nakręcony na podstawie książki żony Stephena Hawkinga Franciszek nie odpuścił. Musieliśmy zobaczyć, jak to z nim było. Musicie wiedzieć, że nie jest to łatwy film. W „Teorii wszystkiego” widzimy nie tylko postać genialnego naukowca, który w przekazie medialnym pokazywany był jak heros, który nigdy się nie poddaje, ale także zmagającego się z życiem często nieszczęśliwego człowieka, którego duma jest tak wielka, że czasem aż rażąco egoistyczna. Przez wiele lat, kiedy choroba była już w ostrym stadium zaawansowania Hawking odmawiał pomocy z zewnątrz, zrzucając cały ciężar opieki na swoją żonę. Jeśli znajdziecie chwilę, obejrzyjcie ten film – naprawdę warto. Tymczasem bycie widzem obok chłopca, który zna wszystkie uczucia, wszystkie zabiegi, wszystkie spojrzenia od zawsze i od podszewki jest naprawdę nie lada wyzwaniem. Obejrzenie „Teorii…” z Frankiem to obejrzenie filmu z drugiej strony.

– Ja go rozumiem – powiedział Franek, kiedy na ekranie zobaczyliśmy każdą ze scen buntu Hawkinga. Franek zapytał mnie, na czym polega stwardnienie zanikowe boczne i kiedy odnalazł sporo cech wspólnych, bohater stał się dla niego wyjątkowo ciekawy. Franek powiedział, że to jest straszne uczucie, kiedy musisz mówić coś dziesięć razy, a i tak osoba, z którą rozmawiasz cię nie rozumie. Choć Franciszek mówi całkiem wyraźnie, to jednak wyjątkowo cicho i niewprawiony słuchacz zwykle nie reaguje na jego wypowiedzi lub sam niecierpliwi się tym, że Franc coś musi powtarzać piąty raz. -Rozumiem go – powiedział Franek, kiedy Hawking przechodził fazę buntu komunikacyjnego po założeniu tracheotomii. Stracił wówczas zdolność wydobywania dźwięku i za nic nie chciał ćwiczyć alternatywnej komunikacji ze swoją żoną, dopiero zatrudniona terapeutka nauczyła go „mówić oczami”. Rozumiem go – tłumaczył Franek – bo mnie się też nie chce czasem ćwiczyć, bo to i tak nic nie daje. Moje nogi i tak się nie ruszają. – Ja też tak czasem mam – dodał, kiedy Hawking zakrztusił się w czasie rodzinnego obiadu i tylko sprawna reakcja żony uratowała mu życie. – Jak ja się zakrztuszę mamo, to też wszyscy się patrzą, a ja próbuję się powstrzymać i wtedy krztuszę się jeszcze bardziej.

– Wiesz mamo – dodał – on mi wygląda na szczęśliwego. Tak jak ja. Ja też jestem szczęśliwy. Tylko ja jeszcze nic nie wymyśliłem o kosmosie. Ale czasem też się denerwuję na swoją chorobę i czasem sobie marzę, że mógłbym chodzić albo chociaż oddychać. Ale to nic, że nie oddycham, bo też robię fajne rzeczy. – Jakie Franku? – Latam balonem, chodzę na basen, do kina, zwiedzam świat mamo. I czasami sobie myślę, że nawet respirator mi nie przeszkadza, jak chcę spełnić jakieś marzenia. Nie wszyscy przecież muszą chodzić, prawda?