Jeśli mecz Realu to za mało

Czytacze o słabszy nerwach i ci wrażliwsi na nagłe zwroty akcji proszeni są o opuszczenie dzisiejszego wpisu. Wszyscy pozostali czytają na własną odpowiedzialność…

Prolog

Ta historia mogła przydarzyć się tylko nam. A wszystko zaczęło się bardzo, bardzo dawno temu, kiedy to postanowiliśmy zakupić Franciszkowi nowe siedzisko korygujące jego kręgosłup. (Siedzisko zamówione, niedługo przyjedzie, na pewno Wam pokażemy). W tych zamierzchłych czasach zwróciliśmy się do naszych Lubiaczy o polecenie lekarza rehabilitacji, który mógłby wpisać dokumenty do NFZ, pozwalające nam nieco dofinansować ten zakup. Lekarza znaleźliśmy i owszem. W Koninie. A Konin kojarzy nam się tylko z Antkiem- zadziornym respiratorowcem, mądrym i fajnym facetem. Zupełnie zatem przez przypadek odwiedziliśmy Antka i okazało się, że ten ogromny fan Realu dostał właśnie bilety na Super Mecz, o którym ma mówić dzisiejszy wpis. Biletów było dwa dla niepełnosprawnych i dwa dla ich opiekunów. W zamyśle przeznaczone dla Precla, który doszedł do wniosku, że ze wszystkich meczy to on najbardziej lubi koncerty Metallici i bilety nie miały właściciela. Na dźwięk tych dwóch słów: „mecz” i „super” obu moim chłopcom oczy zapaliły się jak żarówki stuwatowe i kiedy tylko upewniliśmy się, że Precel na pewno rezygnuje, a Antek jakoś zniesie towarzystwo takiego małego brzdąca, jak Franek, już było postanowione- Panowie jadą na mecz.

20140816_193141

Już witał się z gąską

Nastała godzina zero. (A tak naprawdę 11:27, wczoraj, czyli w dzień meczu). Frankowy Tata spakował już wszystkie przydasie, odpalił auto i… zamarł. Nasz Stasiek (jak pieszczotliwie zdarza mi się nazywać owo auto) wziął zaturkotał, zawarczał i zgasł. Wezwany w trybie pilnym Pan Mechanik zajrzał tam, gdzie zaglądać mogą tylko mechanicy i z miną krwiożerczego mordercy meczy orzekł: „nie możecie jechać, zapraszam do mnie w poniedziałek”, po czym wymienił wszystkie następstwa jazdy Staśkiem w stanie krytycznym i kiedy doszedł do samozapłonu, widziałam, jak mina Męża mego rzednie i rzednie coraz bardziej. W trzy setne sekundy pojawił się pomysł! Auto Dziadzi Grega! Uratowani? No prawie. Bo Dziadzi nie było w domu, a telefon komórkowy czule poinformował nas, że abonent jest czasowo niedostępny, sir, nie jedziesz pan na mecz. Zawał, zawał, zawał. Z godziny zero, zrobiła się godzina po godzinie zero, a my byliśmy umówieni jeszcze na regenerację Frankowych pleców na słynnej czerwonej kanapie i każda minuta była na wagę złota. Mimo nerwowej atmosfery udało się namierzyć Dziadzię i ściągnąć go do domu. Tata czym prędzej przepakował przydasie, pozostawiając orzeczenie o niepełnosprawności Franka i kartę parkingową dla niepełnosprawnych, która miała ułatwić dojazd na Stadion w skrytce Staśka (o tym wspomnę jeszcze później, bo jest to dość znaczące zapomnienie. ) Spakowani w czerwone auto Dziadzi, pomknęliśmy do Warszawy. Jak to dobrze, że czerwone auta są najszybsze, bo udało nam się dotrzeć prawie na czas.

Regenaracja

Zaraz po tym, jak pomyliliśmy kilka ulic i sklęliśmy na czym świat stoi niewinnego wynalazcę nawigacji, dojechaliśmy na umówioną miejscówkę. A tam? Rarytasy, pyszności i smakołyki- to jak zawsze. A do tego on- Gospodarz czerwonej kanapy. Kojarzycie 20m2 Łukasza? Któż tam nie był? Chyba każdy liczący się w tym świecie celebryta. Ale to moi drodzy na czerwonej kanapie spotkali się najwięksi z największych, dzielni i nieustraszeni: Precel (gospodarz), Antek (aktualny idol F.) i nasz Dziedzic:

20140816_171144

Franciszek oczywiście za nic miał sobie regenerację i nie chciał poleżeć ani minuty dłużej, niż było to potrzebne, a przez myśli Taty przebiegło pięć milionów scenariuszy, od tego, że Dziedzic nawet nie spojrzy na stadion i będziemy musieli zrezygnować, po fakt, że jednak spojrzy, ale po trzech minutach zażąda wyjścia i będzie, że tak powiem górnolotnie game over.

Szczyt horroru

W końcu wyruszyliśmy na Stadion. Uprzedzeni o możliwych korkach i utrudnieniach, wybraliśmy zdawałoby się odpowiednią opcję pojawienia się z dużym wyprzedzeniem. By spokojnie, by z zapasem, by bez nerwów. My? Bez nerwów? To się nie zdarza. Z kartą parkingową (ale bez karty samochodowej dla niepełnosprawnych) pokonywaliśmy kolejne bramki i stewardów i kiedy już, już byliśmy tuż tuż pewien Pan ze srogą miną orzekł, że to,że mamy bilety, a dziecko ma respirator wcale nie znaczy, że jest niepełnosprawny i nakazał nam zawrotkę i objazd dookoła na wjazd dla „normalnych” użytkowników. Bijemy się w pierś i mea culpa, ale wczoraj nie było nam do śmiechu. Wyjechaliśmy zatem z parkingu, bo objechać (!!!!) Stadion dookoła. Na ten sam pomysł wpadło 98% kierowców podążających na mecz i tym sposobem utknęliśmy. Na amen. Antki już wdychali stadionowe powietrze, kiedy my wdychaliśmy spaliny osiemdziesięciu dwóch aut przed nami. Przed bramą, do której nas skierowano, okazało się, że i owszem na kartę parkingową możemy tam wjechać, ale bilety mamy do innej bramy, więc nas nie wpuszczą na parking i mamy jechać tam ,skąd nas przysłano. Tylko kilogram soli trzeźwiących uratował mojego Męża od zawału. Kilogram soli i empatyczny, a raczej zagoniony kierownik stewardów, który nakazał jechać i już po 40 minutach oczekiwania, na 4 minuty przed meczem parkowaliśmy.

20140816_205815

Piłka jest okrągła a bramki są dwie

Chłopcy spakowani jak na wojnę. Z zapasem paluszków, soków i nową dozą energii ruszyli w stronę swojego wejścia. Kiedy wychodziłam z parkingu, usłyszałam potężny stadionowy ryk: właśnie wbiegł boski Cristiano. Z lekką nutą niepewności wysłałam Mężu memu smsa z pytaniem: ” i jak tam?”. Oczami wyobraźni widziałam trzęsącego się z płaczu Dziedzica i jego Tatę z zawałem, że tak blisko, a jednocześnie tak daleko,spacerujących po parkingu w celach uspokojenia Juniora. Oto, jaki przyszedł mms zwrotny:

20140816_204930

Franciszek genialnie wytrzymał pierwszą połowę, krzycząc „goooola”, a kiedy tylko sędzia zadecydował o przerwie, Franco zaordynował powrót do mamy. Spacerowaliśmy sobie zatem z synem mym i Mamą Antka wokół stadionu, czekając na trzech pozostałych kibiców. Mecz zakończył się niestety porażką Realu, któremu ramię w ramię kibicowaliśmy z Antkiem i wszyscy (całe 42 tysiące osób naraz chyba) udaliśmy się do samochodów. I my wyjechaliśmy sprawnie, tym razem niestety Antki utknęli. Nam zaś przydarzyła się zupełnie inna przygoda…

Powroty

Czerwone szybkie auto Dziadzi Grega uznało, że fajnie jest w Warszawie i ono nigdzie nie jedzie. O 23:17. W Warszawie. Na jakiejś bocznej uliczce, gdzie nikt nawet nie przeszedł samochód stanął i stanęły też nasze serca. Dziedzic uznał, że to jednak my jesteśmy dorośli i mamy sobie radzić, a on idzie spać. Zawał? No przyznam, że 654 tego dnia moglibyśmy nie unieść. Szybka konsultacja z Dziadkiem pozwoliła Tacie znaleźć przyczynę owego zatrzymania i kiedy Tato wszystko naprawił, przed północą (dwie minuty) już jechaliśmy do domu. Przyznam, że dawno nie cieszyłam się tak na widok znajomych drzwi. O 3:38 JUŻ wchodziliśmy do domu, by o 4:05 powiedzieć sobie dobranoc.

Wnioski

To był przefantastyczny, przecudowny dzień! Odsypialiśmy go co prawda do południa, ale było warto. Mam tylko nadzieję, że nie będzie nam się to często przytrafiać…

Antku dziękujemy!