Skippi.

Mimo, że nie wspominam o tym w każdym wpisie, w naszym domu w dalszym ciągu trwają gorące poszukiwania odpowiedniego wózka elektrycznego- Frankowozu czyli. Jak już wspominałam w tym wpisie, marzył nam się Koala lub Balder. Marzenia marzeniami, a życie życiem i okazało się, że sam Franciszek, a raczej jego postura zadecydowała o wyborze wózka. Okazało się bowiem, że nasz syn, nasz Dziedzic to modelowy rozmiar „zero” i potrzebuje wersji najmniejszego rozmiaru siedziska z możliwych. I tym sposobem w naszych progach na przymiarkę zawitał dziś Skippi. Wózek elektryczny.

Franciszek był zachwycony samą przymiarką jako taką, a kiedy okazało się, że może SAM, że bez pomocy, że bez wołania to już było czyste szaleństwo. I choć obsługa wózka wcale nie należy do prostych, Dziedzic jak to Dziedzic poradził sobie znakomicie. Niestety okazało się, że nawet taka miniaturka jak Skippi jest dla Franka zbyt duża i będzie wymagała interwencji i myśli technicznej Frankowego Taty. Chyba zatem powolutku dobiegamy do mety w naszym wózkowym maratonie i być może, jeśli wiosna się w końcu zlituje i przyjdzie w okolicy pojawi się prawdziwy postrach szos- Franciszek.

Oczywiście nie mogło obyć się bez dokumentowania tak ważnego momentu w naszym życiu i powstał taki oto filmik:

A mina Dziedzica w trakcie przymiarki mówi sama za siebie:

 

 

Delikatny powrót do formy i sprzętowe rozpoznanie.

W chwili, kiedy próbowałam szesnastą kawą obudzić się po poprzedniej nocy, Franciszek właśnie wracał do formy. Tata jak na prawdziwego bohatera w naszym domu przystało, pozbył się okrutnych zalegań z jelit i w ramach nagrody zabrał syna do dziadków. A u dziadków wiadomo: małe i duże podróże, smakołyki w granicach zdrowego rozsądku i szaleństwa.

Wieczorem jednak znów dopadła Franciszka depresja. Brzuch mu znowu rozdęło i tylko szybka akcja „masaż” pozwoliła Młodzieńcowi zasnąć. Jednak choć śpi, to jest to sen raczej niespokojny i tylko pozostaje nam mieć nadzieję, że nie będziemy mieli powtórki z wczoraj.

Wiadomości sprzętowe:

spacerówka- jesteśmy na etapie rozmów z przedstawicielami i firmami zajmującymi się sprzedażą Kimby, czekamy za wyceną, w międzyczasie znaleźliśmy jeden na oko wydawałoby się, że idealny- używany, ale prawie nowy , jeśli się uda, w weekend pojedziemy go przymierzyć.

wizzybug- tutaj sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Producent tego cuda to charytatywna firma z Anglii, której nie bardzo stać na eksport. Zaproponowaliśmy więc, że pokryjemy koszty transportu. Musielibyśmy także pojawić się u nich na przymiarce. W każdym razie negocjacje, pytania, rozmowy trwają. Konkrety mamy znać po weekendzie.

poduszka- tutaj póki co odpuściliśmy temat, bo raz: czasu tak bardzo brak, dwa: nie jest to absolutna niezbędność w naszym domu.

Wszystkie siły i działania skupiają się więc na tym, żeby zmotoryzować Franklina-zarówno spacerowo, jak i elektrycznie.

Trzymajcie kciuki!

Spokojnej nocy. 🙂 (sobie też tego mocno życzymy)

Dzień warszawski pierwszy.

Kochany pamiętniczku!

Po pierwszym dniu w Warszawie  już możemy uznać ten wyjazd za bardzo udany. Wczoraj odwiedziliśmy Lię (klik klik) i korzystając z okazji Franek przymierzył wózek, który stał się naszym najnowszym marzeniem i celem. Lia, jej siostra Jaśmina, mama Alicja i Babcia, do której dziewczyny przyjechały na wakacje okazały się przemiłymi dziewczynami, a Ciocia Alicja zdobyła serce Dziedzica ciastkami z imbirem! Podobnie jak my, na przymiarkę do wózka Lianki przyjechał Wojtuś i jego Rodzinka (Klik klik). Tym samym poznaliśmy kolejnych rewelacyjnych ludzi, dla których Potwór za kołnierzem to codzienność. Dzieciaki od razu nawiązały nić porozumienia i wspólnie zajęły się dokarmianiem psa- Bajki, której wybitnie się to podobało. O „plusach dodatnich i plusach ujemnych” owego wózka, o których powinniśmy wiedzieć ze szczegółami opowiedziała nam mama Lii. Jednak mina Franka, kiedy zorientował się, że może SAM prowadzić i SAM decydować o tym, dokąd się uda tylko upewniła nas w decyzji, że taki wózek to nasz priorytet w najbliższym czasie.

Poniżej: Franek na owym wózku, Lia i Wojtuś:

Po południu pogoniliśmy do Precla. Doszło zatem do spotkania naszego taty i taty Precla- panów,dla których codzienność to dziecię z Potworem i wszystkie związane z tym atrakcje. Także Franek mógł poznać Szymka (Precla czyli), który okazał się świetnym gospodarzem i zaprezentował nam swój talent wokalny. Nawiasem mówiąc Preclowej Rodzinie zawdzięczamy bardzo wiele, bowiem to oni okazali się dla nas skarbnicą wiedzy,  kiedy przyszło nam się zmierzyć z dzieckiem pod respiratorem. Ach i zapomniałabym! Jakby co, to najpyszniejszy makaron w tym mieście powstaje w kuchni Preclowego taty. 🙂

Poniżej: Dwuruka, czyli Precel i Dziedzic na kanapie:

A dziś? A dziś główny powód naszego przyjazdu do Warszawy. Garnitur taty już przygotowany, Franciszek ucina drzemkę „przed”, mama się piekni i idziemy na ślub i wesele.

Więcej zdjęć i filmów z warszawskich wojaży Franciszka- po powrocie.

 

 

Frankowóz.

Tak jak obiecałam, głównym tematem dzisiejszego wpisu będą sprzęty, które mieliśmy w planach nabyć dla Franklina: wózek i fotelik samochodowy. Głównym wymogiem Dziedzica, co do tych urządzeń jest niezbędna w ich budowie możliwość stabilizacji ciała i niedopuszczenie do skrzywienia kręgosłupa. Tym samym odbyliśmy z Frankowym tatą podróż po wirtualnych dostawcach takiego sprzętu, poczytaliśmy instrukcje obsługi, podglądaliśmy fora internetowe i doszliśmy do następującego wniosku: nie kupujemy wózka. Dlaczego? Z kilku powodów. Frankowy wózek wygląda tak:


Wózek, który miałby być ewentualnym następcą aktualnego Frankowozu, można obejrzeć tutaj: ————> klik

Tak, jest to wypasiona wersja wózka. Tak, ma podstawę jezdną i można z nim współgrać także w domu. Tak, ma mocowania stabilizujące głowę, kamizelkę stabilizującą tułów. Ma nawet pasy mocujące klatkę piersiową (3zdj. 3 rząd), o które nam najbardziej chodziło. Słowem- ten wózek ma prawie wszystko! Ale. Ma też sporo minusów, które jestem w stanie wymienić tylko na podstawie rekonesansu wirtualnego. Przede wszystkim jest za duży. Franek nawet by nie dosięgnął swoją głową do mocowań, które miałyby ją przytrzymywać. Wszystkie pasy i mocowania także byłyby dla Franklina zbyt duże. Także podnóżek zamontowany w tym sprzęcie byłby dla Dziedzica nieosiągalny- Franek nadal jest zbyt mały. Domowa podstawa jezdna u nas byłaby zbędna, ponieważ mamy dalmatyńczyka-pionizator. Cóż jeszcze? Kosz. Kosz pod wózkiem jest niemal identyczny, jak ten w naszym wózku- czyli zmiana na plus żadna. Wózek ten producent przeznacza dla dzieci wiotkich, ale większych i cięższych od naszego. W związku z tym doszliśmy do wniosku, że nie opłaca nam się go (jeszcze) kupować. Franek na szczęście nie jest jeszcze zupełnie wiotki. Wręcz przeciwnie jego siła mięśniowa poprawia się z każdym dniem, co potwierdzić mogą nasze Ciocie Rehabilitantki i Doktor Opiekun. Dlatego porównując obydwa wozy, uznaliśmy, że przerobimy Frankowóz i poczekamy aż Franek podrośnie do nowego sprzętu.

Plan przerobienia Frankowozu na SuperFrankowóz:

1.We Frankowym dalmatyńczyku na wyposażeniu są pasy, które trzymają go w pionie. A wyglądają one tak:

2. Uszyjemy (a raczej poszukamy kogoś, kto uszyje), bądź dokupimy drugie pasy i przymocujemy je do szelek zamontowanych już we wózku.

3. Frankowy tata na spółkę z Dziadkiem Ksero dorobią podstawy pod nóżki.

4. Kosz pod wózkiem wzmocnimy o solidniejsze dno, żeby respirator był tam bezpieczniejszy.

I tym sposobem szybko, tanio i skutecznie Frankowóz zostanie zamieniony w SuperFrankowóz, a my zaoszczędzimy kilka ładnych tysięcy.

Żeby Was nie zanudzać w sobotni wieczór wspomnę jeszcze tylko o jednej absolutnie ważnej ważności!

Franklin dzisiaj SAM absolutnie SAM bez pomocy przewrócił się z pleców na lewy bok! I oczekiwał oklasków. I dostał, a jakże!

Z cykl o rodzicach:

Dzięki przecudownym Ciociom Ani i Monice- Frankowym Rehabilitantkom idziemy w poniedziałek na randkę! Ciocie zmówiły się po kątach, przysłały zarządzenie, a że Franciszka zarurkowanego obsłużyć potrafią, pod dyskretnym nadzorem Cioci M. zostawimy całą tróję samą. I pójdziemy… hm, właściwie to nie wiem, ale gdzieś na pewno! 🙂

A poniżej: Mama uczy Franklina mówić MA-MA. Ze skutkiem opłakanym, jak zobaczycie…

P.S. Pozostałe punkty z wczorajszego wpisu będę na pewno realizować. Promise! 🙂