Czarny piątek

Otóż to! Od tygodnia próbuje Matka Anka wydobyć mężczyzn swojego życia z wirusów i bakterii. Oczywiście żaden nie przyzna, że był pacjentem zero i tylko przerzucają się dolegliwościami. Najgorzej to było w piątek…

Leon postanowił zostać hafciarzem roku i zafundował nam radosny poranek i już w zasadzie wiedzieliśmy, że nie. Że jednak nie przechodzi mu to przeziębienie, co to było przeziębieniem na początku tygodnia i nie ma wyjścia, dzwonimy do pediatry. Franio był już niemal całkiem wyleczony, pozostał w domu tylko dla umocnienia formy, staraliśmy się więc braci raczej dzielić niż łączyć. Jednak to akurat piątek był dniem, kiedy to Miluś kochał swojego starszego brata najbardziej w życiu i każda próba rozdzielenia ancymonków kończyła się strajkiem generalnym. Ponieważ kaszel wzmagał na sile, co było odwrotnie proporcjonalne do matczynej cierpliwości, postanowiła Matka wyjść nieco wcześniej z domu, żeby a/ przewietrzyć zszargane tfu! umysł, umysł przewietrzyć, b/ nie spóźnić się, jak to czyni zawsze i wszędzie. I wyszło prawie idealnie, bośmy się z Milusiem wylansowali i wyszykowali z półgodzinnym zapasem, ale okazało się, że mgła i inne cuda na drodze więc Matka… zabłądziła. Musicie bowiem wiedzieć, że my nie mieszkamy w metropolii. To znaczy mieszkamy, ale na jej obrzeżach, gdzie prędzej traktor niż maybacha uświadczysz, a i Pani Doktor swój gabinet przy domu na wsi ma, a Matka nie tutejsza, tylko za mężem i przy mężu została i u Pani Doktor dwa razy w życiu tylko była, to się mogło Matce zabłądzić. Kiedy zapytałam przypadkowego wędrowca myśliciela pod sklepem osiedlowym, że którędy na gabinet, to najpierw umarł ze śmiechu, a potem, kiedy już ożył, to kumpla jeszcze wtajemniczył i chcieli Matce nawigację ufundować, bo tak w te strony, to jeszcze nikt nie zabłądził. Szczęście w nieszczęściu, że podróże to naszego Milonka wybitnie uspokajają, mogła więc Matka pod nosem sobie rzucać brzydkimi słowami, na barkach niosąc śmiech panów spod sklepu. Koniec końców wcale tak daleko nie zabłądziliśmy, bośmy się zmieścili w kwadransie akademickim i kiedy już udało się Młodszaka osłuchać i obejrzeć, okazało się, że ma… zapalenie oskrzeli. Taddam! Super, prawda?

Po powrocie do domu pozostało zapodanie leków i czekanie na efekt. W tak zwanym międzyczasie mąż zapadł na najbardziej śmiertelną męską odmianę kataru i musieliśmy na szybko notariusza, żeby testamentem buty typu cichobiegi, portfel skórzany z inicjałami i świnkę skarbonkę na odpowiednie osoby scedować, a Franiowa szyjka zaprotestowała i wdał się jakiś stan zapalny przy rurce, więc trzeba było na cito ratować.

I wszystko było już dobrze i nawet spokojnie być zaczęło. Aż nadeszła sobota. W sobotę rano puściły kołki rozporowe przy półce z książkami i niewiele brakowało, żeby to wszystko sru! na podłogę zabijając ścierającą kurze Matkę. Tak więc sobota zafundowała nam segregowanie biblioteki Frania, co najchętniej oczywiście uskuteczniał Milon. Na szczęście wszyscy zmęczyliśmy się tymi porządkami, więc tłumnie i zgodnie grubo przed 22 okupowaliśmy swoje łóżka.

Jest niedziela.

Gardło mnie coś zaczyna pobolewać…

Przygoda ze żłobkiem- odcinek 1

Od prawie dwóch miesięcy Leon jest pełnoprawnym żłobkowiczem. I pewnie, że wolałabym, żeby siedział obok mojego pracowego biureczka i przez osiem godzin kibicował mi w wyrabianiu norm, ale umówmy się- nie udałoby się to z temperamentem Leosia. Dlatego po wyważeniu wszystkich plusów i minusów postanowiliśmy, że Leo pójdzie do żłobka. To był ogromny, milowy wręcz krok w życiu naszej rodziny, dlatego z wyciąganiem wniosków z tej decyzji postanowiłam poczekać kilka tygodni.

Z szukaniem odpowiedniego miejsca dla Milusia to było tak, że obudziłam się zdecydowanie za późno. Mylnie myślałam, że no z czym jak z czym, ale z miejscami w żłobku to będzie luzik. Brak wprawy- rozumiecie. Otóż nie. Na miesiąc przed moim planowanym powrotem do pracy Leoś zajmował 31 miejsce na liście rezerwowej w pierwszym żłobku publicznym, w kolejnym pani zabiła mnie śmiechem informując, że w dniu zapisu rodzice spędzają noc w kolejce, a w trzecim pani dyrektor powiedziała, że szanse marne. Klubik malucha, który wypatrzyłam, choć piękny i przyjazny odpadał ze względu na godziny funkcjonowania, a i tam Leo był na liście oczekujących. Padło więc na żłobki niepubliczne. I przyznam szczerze, że nie należę do typu mam, które sprawdzają badana gaśnic w każdym pomieszczeniu i skład wykładziny w bawialni. Żłobek miał mieć po prostu to coś. Rzutem na taśmę i dzięki temu, że poszłam jeszcze na dodatkowy urlop Miluś rozpoczął żłobkowanie w ostatnich dniach września.

leo1

Pierwszy dzień to była jakaś masakra. Dla mnie. O ile w szatni jeszcze się jakoś trzymałam, a Leon cały w uśmiechach wskoczył w ramiona Pani, to udało mi się tylko dotrzeć do samochodu. Szloch wypełnił naszego Stasieńka po same amortyzatory. Przechodnie przyglądali mi się z ciekawością, a ja płakałam i płakałam… Kolejny był trudniejszy już dla Leosia. To był pierwszy z trzech trudnych dni. Bo dokładnie tyle trwała Milusiowa aklimatyzacja w żłobku. Młodziak rozpłakał się na widok drzwi do sali, a jego wyciągnięte rączki kroiły moje serce na pół. Stałam pod drzwiami i wrzucałam sobie, jaką to jestem złą matką. Szloch Leosia milkł po chwili, zapewne w momencie, kiedy zobaczył ogrom zabawek, ale też musicie wiedzieć, że jest to ten typ dziecięcia, które nie żywi urazy zbyt długo, żywi ją za to dość donośnie. Trzy trudne dni owocowały także trzema trudnymi popołudniami i nocami. Nie widzę powodu, żeby lukrować rzeczywistość, dlatego z ręką na sercu mogę powiedzieć, że byłam o krok od rezygnacji. Leoncjo wisiał na mnie całe wieczory, chodził ze mną nawet do toalety, a w nocy spał praktycznie na mnie. Trzy dni, popołudnia i noce. I koniec. Potem nastąpił przełom i fascynacja, która trwa do dziś. Leon chyba skumał, że nie dzieje mu się tam absolutnie żadna krzywda, że może liczyć na przytulasy, wygibasy i jedzenie (a tego nasz synek jest koneserem) i że Mama zawsze wróci. Żłobek to naprawdę fajna sprawa. Dzieciaki pieką ciasteczka, uczą się higieny, malują, tańczą, poznają zwierzątka, warzywa. Mieli też bal przebierańców, na którym Leon zachwycił wszystkich pożyczonym od starszego brata strojem policjanta.

Dziś z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że Leoś jest szczęśliwy w swoim żłobku. Zdarza się, że zwieje mi do sali w jednym bucie albo jak dziś, kiedy to chciałam zabrać go jeszcze do sklepu, urządza awanturę i ucieka w kierunku wejścia do żłobka. Bywa, że muszę odczekać aż się wybawi. Bywa też, że chce zabrać do domu swoją Panią. Zjada, jak to Leoś, podwójną porcję obiadu, ze spaniem też nie ma problemu. W domu od drzwi pędzi do kanapy, sprawdzić, czy Franio na niego czeka i potrafi znieść mu wszystkie klocki, jakie tylko znajdzie w zakamarkach.

A Matka Anka? Powiem tak. Oddawało się Leosia do żłobka bardzo trudno. Byłam trochę zazdrosna, kiedy witał Panie z uśmiechem i pędził do sali gubiąc skarpetki, ale dużo, o niebo trudniej było mi wyjść z szatni, kiedy płakał. Wolę więc być zazdrosna. Teraz, kiedy widzę, że chodzi tam naprawdę chętnie, jest dobrze, bo ufam, że wybraliśmy dla niego najlepszą formę opieki.

 

Kiedy starszy brat jest niepełnosprawny

Jakim bratem jest niepełnosprawny Franio?

Najlepszym.

I to powinien być cały wpis. Ale gdzie tam! Przecież, jak zwykle mam najwięcej do powiedzenia. Kiedy urodził się Miluś i nastąpiła jego radosna prezentacja na blogu, otrzymaliśmy od Was mnóstwo wyrazów sympatii, gratulacji i miłostek. Tylko jedna osoba (dziś myślę, że z troski, wtedy się wkurzyłam) współczuła Frankowi tego, że będzie świadkiem dorastania i rozwoju swojego młodszego, sprawnego, zdrowego brata. Jakoś nigdy nam to przez głowę nie przeszło, że Franio mógłby tego zazdrościć Leośkowi. Minął rok. Z czystym sumieniem i pełną odpowiedzialnością mogę Wam więc napisać, jakim starszym bratem jest Franciszek.

Wszystko zaczęło się od testu ciążowego…

Leo był planowany. Wyczekany, wytęskniony, wymarzony. Nie wtajemniczaliśmy Frania w nasze zamiary, jednak kiedy na teście pojawiły się upragnione dwie kreski, dowiedział się w pierwszej kolejności, że oto zostanie starszym bratem. To on był najważniejszy. Tłumaczyliśmy mu, że w brzuchu Mamy pływa sobie teraz maleńki dzidziuś i kiedy urośnie pan doktor go wyjmie, a on będzie miał w domu swojego braciszka. Albo siostrzyczkę. Takiego, który go będzie kochał najmocniej, jak tylko potrafi i dla którego starszy brat będzie zawsze najważniejszy. Nie było więc innej możliwości niż ta, że to Francesco obwieszczał Babciom i Dziadkom i Ciociom i Wujkom i z rozpędu każdemu, że będzie miał młodsze rodzeństwo. Tym samym to on zbierał wszystkie gratulacje i to jego bezustannie pytano, co słychać u dzidziusia. Kiedy urodził się Miluś mądre Ciotki i Wujkowie i Babcie i Dziadkowie oszaleli na punkcie naszego drugiego synka, ale radość i szaleństwo swe obchodzili z Franciszkiem. To właśnie Franio każdemu prezentował zawartość kołyski, mówił, że to jego mały brat, który ciumka cycusia i jeszcze nie potrafi mówić. Wszyscy dookoła wiedzieliśmy, że Franek musi poczuć się pewnie na swoim nowym stanowisku, więc angażowaliśmy go w pilnowanie i opiekę nad bratem, ale także jemu poświęcaliśmy maksimum uwagi.

Wspominałam już, że największym problemem do pokonania były Franka szpitalne obciążenia. Strach przed niespodziewanym hałasem, nadmiernym dotykiem, nadwrażliwość twarzy i niemal każdej odkrytej części ciała. Dorośli to rozumieją, noworodki nie bardzo. Na szczęście okazało się, że Milonek jest dzieckiem nad wyraz grzecznym. Płakał wyłącznie z głodu. Wspólny płacz zdarza im się naprawdę rzadko i jest spowodowany jakąś rodzinną tragedią (typu wyłączenie telewizora), a nie wzajemnym żalem.

Przez ostatni rok Franek ogromnie dojrzał. Nadal jest synkiem mamusi, który lubi się tulić przed snem i uwielbia być w centrum zainteresowania. Jest też jednak mądrym prawie sześcioletnim chłopcem, który wiele rozumie, zna zasady na jakich funkcjonuje nasz dom i powoli sam zaczyna je tworzyć.

A co z Milusiem? Czy wychowujemy go w kulcie starszego brata? Nie. Milusiowi tłumaczymy, że jest młodszym bratem. Że on i Franek są dla siebie najważniejsi. Leoś jest chłopcem, który bacznie obserwuje otaczającym go świat. Wie, że z Franiem nie będzie się bawił, jak z Bolem, z którym można pojeździć samochodami. Wie, że nie wolno szarpać za rurę i wie, co to ambu. Wie także, że może się przytulić, kiedy tylko chce do Mamy, do Taty i do Frania także. To nam tak jakoś naturalnie wyszło. Jak więc wygląda braterska sztama w naszym domu? Już wyjaśniam.

Co można robić ze starszym bratem, który nie chodzi, nie oddycha i jest słabszy fizycznie?

– budujemy namiot z poduszek i koca, pod namiotem kładziemy materac, na materacu Franka. Trzy sekundy później zjawia się Miluś kładzie się obok i czeka. Franio daje sygnał i jest rozwalanie namiotu. Franek steruje, Leon szarpie, chichra się, dokazuje. I tak milion razy. Budowniczym jestem ja.

-Franio siedzi na kanapie, Leon przynosi mu siedemnaście tysięcy klocków, każdego wkłada w dłoń Frankowi i… śmieje się w głos. Bo wie, że za kilka sekund klocek poleci w niewiadomym kierunku, a Franek wystrzeli salwę dźwięków imitujących upadek. Doprawdy nie wiem, co w tym śmiesznego, ale kończy się zazwyczaj kolką. Leonową.

-u nas w domu to Franek jest realizatorem akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Kiedy na jego kolanach ląduje książka, Leon siada obok kanapy i słucha. Czasem są to trzy minuty, czasem dwanaście, a czasem cała opowieść. Franek tak potrafi czytać, że i ja czerpię z tego ogromną przyjemność, jako słuchacz.

Czy Franio zazdrości Leonowi sprawności?

Nie. Na rehabilitacji to Francesco jest gwiazdą. Jego fizjoterapeuci dopingują go, chwalą i motywują. Starszak wie, że kiedy ciężko pracuje, wsparcie jest najważniejsze. Kiedy więc Miluś próbuje wejść na szafkę pod telewizorem, to usłyszy, że Mama będzie zła, ale jak podniesie nogę, to będzie mu łatwiej. Kiedy Leon zaczął stawać, to Franek najgoręcej z nas wszystkich mu kibicował. Kiedy Młodziak zje znienawidzoną przez brata jajecznicę, zawsze słyszy- brawo Leosiu, ja bym tego nie zjadł, a ty potrafisz nawet jajko przełknąć. Dzięki temu, że w naszym najbliższym otoczeniu jest mnóstwo rówieśników naszych chłopców, żaden nie czuje się gorszy. Franek tak samo bawi się z Bartkami, jak i z Kubą i Leosiem. A Leoś nie widzi różnicy między swoim bratem, a kolegami.

A kiedy zaczepia nas jakaś starowinka myślą złotą, że „zabiorę Ci brata Franku, może pomieszka ze mną” to Franio zawsze odpowiada, że tak nie można, bo Leon jest nasz.

 

Dzień Leosia

Leośku,

dzięki Tobie w naszym domu nic nie leży na swoim miejscu, schody są (nadal bez bramki- się robi) zastawione krzesłem i pożyczonym od Franka klinem do rehabilitacji- taka osobliwa domowa konstrukcja. Szuflady z Franka przydasiami zabezpieczone, schowane kable i przedłużacze, zastawiona stolikiem komoda. Klocki, samochody, grzechotki zmiksowane są w jednym pojemniku. Co chwilę znajduję na podłodze fragment chrupki kukurydzianej albo bułki ze śniadania, którą zajęty odkrywaniem świata, postanowiłeś podrzuci. W końcu nauczyliśmy się zamykać drzwi do łazienki, nie gniewaj się, to dla Twojego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa moich kosmetyków także. Twoje kolana bezlitośnie obnażają stan naszej podłogi- codziennie do mycia. Twoja pomysłowość każe nam wierzyć, że kamienie mogą być jadalne. Uwielbiasz bawić się samochodami, z których każdy nadrobił już wszystkie zapomniane kilometry. Doskonale odnajdujesz się w nomenklaturze anestezjologicznej i choć nadal rzadko mówisz „mama”, to już „ambu” idzie Ci wyśmienicie. Jesteś podróżnikiem- na schodach w domu Babci kilka razy już pewnie zdobyłeś K2. Jesteś smakoszem, a my ciągle przecieramy oczy ze zdumienia, podziwiając tempo, z jakim wsuwasz pomidorową. Jesteś śmieszkiem- rozbawia Cię tak samo kląskanie brata, jak kichanie mamy. Kochasz swojego Tatę- uwielbiasz budzić go, wkładając mu palce do nosa i oczu- to Twoja najczulsza oznaka miłości. Regularnie gubisz się pod stołem i klinujesz w siedzisku Franka.

20160717_101241

Przez ostatni rok pokazałeś, jak bardzo nam byłeś potrzebny. Jesteś cudnym, ślicznym, pogodnym, naszym kochanym synkiem. Jesteś najlepszym młodszym bratem.

Dziś kończysz rok.

Bądź zdrów Leośku. I bądź szczęśliwy.

I idź przez życie tanecznym krokiem. Tak, jak potrafisz najpiękniej.

 

Najmłodszy terapeuta świata

Wraz z narodzinami Leona do naszego domu wkroczyła nowa jakość. Wszyscy uczyliśmy się życia we czworo. Początki były zaskakujące- nie przeczę. Oto bowiem okazało się, że płacz naszego dziecka słychać u dziadków w domu obok albo, że nie można zostawić onego samego na kanapie, bo od razu przyjmuje azymut na podłogę. Powoli, powoli poznawaliśmy swoje potrzeby, uczyliśmy się organizować plan dnia już pod dwóch małych chłopców i tym sposobem już niedługo będziemy świętować pierwsze urodziny Leona. Wielu z Was martwiło się, że Franio będzie miał problem, żeby odnaleźć się w roli starszego brata, a Junior pierwsze, co zrobi to zrzuci respirator z nadmorskiego klifu. No i zupełnie niepotrzebnie! Chłopcy żyć bez siebie nie mogą. Leoncjo codziennie czeka u dołu schodów aż zniosę Franka, a potem z dopalaczem w nogach pędzi na swoje miejsce u wezgłowia kanapy. Tam sadzam Franka i odbywa się rytuał powitania- są buziaki w stopy, przytulasy i pokaz akrobacji. Wszystko dla Starszaka. A Starszy? Zawsze, kiedy budzi się w nocy, pyta, gdzie Leon. Nie pozwala izolować Młodziaka w czasie rehabilitacji i nawet, kiedy ten włazi mu na głowę (dosłownie i serio!), cieszy się jak szalony i mocno go podpuszcza. O stosunkach bratersko- braterskich i naszej sromotnej klęsce na linii rodzice-sztama braci jeszcze napiszę.

20160810_073148

Tymczasem dziś o cudownym wpływie młodszego rodzeństwa na  życie sześciolatka z respiratorem, czyli jak to Leon uczy nas obsługi brata.

Po pierwsze: nadwrażliwość słuchowa

Często pisałam Wam, że dzieci po kilkumiesięcznym pobycie w szpitalu, wracają do 20160801_092618domu wyjałowione bodźcowo. Potrzeba było wielu miesięcy prób i pracy, żeby Franio przyzwyczaił się do dźwięku pralki, odkurzacza, blendera. Do dziś nie przepada za mocno piszczącymi zabawkami, a nieznajome szczekające psy przyprawiają go o zawał serca. Niestety noworodek nie wie, co to jest sterylność słuchowa. Ba! Zdrowy noworodek, a takim był Leon, potrafił głośno i wyraźnie akcentować swoją obecność kilka razy (lub kilkanaście- kto by tam liczył) na dobę. Zdrowy niemowlak, jakim staje się Leoś, zaczyna mówić. Nie. Wróć. On nie mówi. On nadaje. To nasze kolejne obciążenie genetyczne. Wszyscy w naszej rodzinie uwielbiamy mówić. Nie mogło więc nasze najmłodsze dziecię startować w życie inaczej. Leon krzyczy, piszczy, śpiewa- i wcale nie z żalu, czy agresji. Z miłości, którą oznajmia samochodom, mopowi, drzwiom do łazienki, czy w ostatecznej ostateczności Matce własnej osobistej. Szybciusieńko więc oswoił swojego starszego braciszka z hałasami i dziś, kiedy huśtawka hormonalna Leoncja daje znać (skąd oni to biorą? radość, złość, miłość, gniew- i to ze zmienną co pięć sekund!), więc kiedy ta zmienność daje znać, Franek robi minę zblazowanego starszego pana i mówi: „maaaamo weź go, niech się ogarnie”. Bez płaczu i żalu. I z ręką na sercu Wam mówię, że w duecie płakali tylko dwa razy!

Po drugie: strong man

20160709_180108Wiecie, jak wygląda delikatność w wykonaniu Leośka? No mniej więcej tak, jakby dać mi jeden czołg, drugi mojej (kochanej!) Teściowej i kazać nam bawić się w ganianego na parkingu pełnym ferrari. No nie byłoby co zbierać. Kiedy więc upominam Milusia, że przybijanie piątki z Franiem i owszem, ale delikatnie, mogę się spodziewać, że temu drugiemu odpadnie ręka. Nic to jednak nie znaczy, bo nasz delikatny, zachowawczy Francesco rok po narodzinach brata sam go podpuszcza, wystawiając swoje chudziutkie paluszki na pożarcie. Dwa lata temu, każde zbliżające się dziecię, to był płacz nie z tej ziemi. No, ale to jest jego brat. I „brat mamo, może mnie pacnąć, bo potem pacnę go ja.” O. Taka sytuacja.

Po trzecie: sensoryka

Właściwie mogłabym to podłączyć do punktu powyżej. Ale nie. Może nie. Franio nie lubi grzebać w cieście, piasku, trawie. Nie lubi mieć rąk od plasteliny, farb, czy nawet nie przepada za pianą w wannie. Leon? Mam wrażenie, że Leon ostatni raz był czysty, kiedy wykąpano go w szpitalu. Uwielbia grzebać w ziemi, wyrywać trawki, bablać się w błotku, mieszać ciasto, pisać po rękach. I do tego uwielbia tym wszystkim dzielić się z bratem. Dlatego Franio miał już stopy obłożone trawą (jaka to była kłótnia o to!), miał ręce całe w piasku. Ma też Franio oślinione palce u stóp (od wyznań miłości), ma też wycałowane czoło, nadryziony nos, wyrwaną brutalnie książkę z dłoni i wiele wiele innych. I gdyby robiła to ja, to już pewno dawno byłabym na dywaniku u dziadków, ale robi to on- Leon. Brat. On może. I musi już naprawdę przegiąć, żeby Franek zwrócił mu uwagę. W innym wypadku tylko piszczy i woła: „no dobra Leosiu, ale już ostatni raz”.

20160604_165808

Po czwarte: świętość

Ma jednak Leon w naszym domu rejony zakazane. To respirator i wszystko, co się z nim wiąże. Doprawdy nie wiem, jak to się stało, ale może tylko ze trzy razy szarpnął za filtr przy szyi? Gorzej jest z rurą, obwodem do respi. Ten kusi i nęci nieustannie. Ileż ja się nagadam, ile proszę, ile upominam. Na zmianę z Frankiem powtarzamy Młodziakowi, że rury nie wolno, bo to do oddychania, a oddychanie jest najważniejsze. I w czasie którejś z naszych poważnych dysput Franio mi oznajmia: jak mamo mnie Leoś czasem odłączy, to się na niego nie gniewaj, ja przecież umiem chwilę oddychać. Dam ci tajemny znak i mnie podłączysz. A Leosiowi musimy tłumaczyć, że rury nie wolno. I kiedy Młodszak zabiera się za obwód, Franio ściska go z całych sił i tłumaczy, że to do oddychania, a oddychanie? Jest najważniejsze.

Po piąte: miłość

Dumna jestem z tego strasznie i wrzucam to sobie trochę do laurki na własną cześć, że nasi chłopcy bardzo się kochają. Czasem obaj siedzą mi na kolanach i wtedy Leon krzyczy i woła Franiowi prosto w twarz, śmiejąc się przy tym niemiłosiernie. A Franek robi najśmieszniejsze ze swoich min i nie pozwala odstawić Brata na podłogę. Czasem obaj wiszą na swoim tacie i kiedy Leon skacze mu po brzuchu, Franio z całej siły łomocze Tatulka po nosie, taka braterska sztama- przemoc w naszym domu ma mocno miłosne oblicze. Kiedy Dziadzia Greg bierze się do tańca z Leosiem, Franio upomina się, że on też chce. Kiedy zaś prosi pierwszego Franka, ten zawsze pamięta, że jeszcze taniec z bratem. Franek bardzo szybko i bardzo mądrze odnalazł się w roli starszego brata, aż serce rośnie, kiedy widać, że lubią ze sobą spędzać czas.

12647900_1007298636022499_1159937667_n

Ale, ale. Jest coś, co brat bezdyskusyjnie zabrał Franciszkowi. To uwaga.

Do tej pory wszystkie oczy, ręce i serca w naszej rodzinie skupione były wyłącznie na Franku. Wszyscy zgodnie spełnialiśmy jego prośby i co tu kryć, siedzieliśmy mu na głowie. Teraz musiało się to zmienić. Bo nie dość, że pojawił się Leon, to cztery miesiące później urodził się Kubuś- kuzyn naszych chłopców. I tym sposobem uwaga dorosłych musiała ulec ogromnemu rozdrobnieniu. Czy wyszło to Frankowi na dobre? Ależ oczywiście. Mamy wrażenie, że przez ostatni rok mocno wydoroślał, zmężniał. Stał się na miarę swoich możliwości dużo samodzielniejszy. Dziś na przykład Leon śpi w swoim łóżeczku, mój mąż z zamkniętymi oczami i chrapaniem na ustach „ogląda” olimpiadę, ja dodaję wpis, a Franio? Franio nocuje poza domem. Sam. Bez nas. Razem z Ciocią M. urządzili sobie filmowy wieczór i jak znam życie knują swoje tajemnice i zajadają się pysznościami. Pomijając fakt potworzastego, to wszystko nam się fajnie poukładało, wiecie?

5 rzeczy, które zadziwiły nas w byciu rodzicem Leona

20160508_132353Bycie rodzicem Leona to dla nas ogromny zaszczyt i wyróżnienie. Muszę Wam jednak zdradzić, że to także wielkie wyzwanie, bo w pakiecie z Leonem dostaliśmy zupełnie inny rodzaj rodzicielstwa. Wszystko, co teraz przeżywamy jest nowe. Młodszak skończy niedługo pierwszy rok życia, cały długi rok, który spędził pod naszym dachem, znosząc rozmaite fobie i fanaberie. Fakt, że jeszcze nie uciekł, oznacza, że chyba mu całkiem dobrze. Nas jednak bycie rodzicem Leona ciągle zadziwia. Dziś topowa piąteczka, czyli dlaczego rodzicielstwo bywa zadziwiające.

 

 

Szybki i zwinny, jak Bruce Lee20160618_191315

W najśmielszy snach nie przypuszczałam, że dziecko może przemieszczać się w takim tempie. Uciekać z pieluszki, wanny, spod prysznica, biegać do półek z książkami, czy naszykowanego do wyniesienia worka ze śmieciami. Leoś zaczął raczkować dość późno, jak na standardy dziecięce, ale jak już zaczął, to się nie zatrzymuje. Czasem głowa idzie szybciej, niż machają ręce, co owocuje zdartym nosem lub guzem wielkości przyprawiającej o zawał własną osobistą Matkę. Nigdy nie wiem, gdzie go zastanę, kiedy na 3 sekundy odwrócę wzrok. Aczkolwiek jak na matkę „po przejściach” jestem dość wyluzowana i zaczynam go szukać dopiero, kiedy słyszę lament lub nieznośną ciszę. Zdarzało się już, że zabłądził pod stołem (wszak nogi od krzeseł bywają takie podobne), zdarzało się także, że klinował się pod swoim łóżeczkiem (no, size zero to on jednak nie jest). Kiedy widzi rano Frania schodzącego na dół, jak szalony pędzi zająć swoje miejsce przy kanapie, pędzi tak samo, kiedy słyszy, że otwieram lodówkę, bo Leon taką samą miłością darzy brata i jedzenie… A w kwestii jedzenia.

Lepiej ubierać, czy żywić?

20160622_172309

Leoncjusz nie jest wybrednym dzieckiem. Pierś matczyną ssał z zapałem i łapczywie, jednakowoż,  jak to mawia jego brat, kiedy poczuł „ludzkie jedzenie”, uznał, że to będzie jego hobby. Marcheweczka? Ależ proszę! Nieistotne surowa, czy gotowana. Rybka? A jakże, byleby dużo. Do tego maliny, borówki, truskawki, jabłka, śliwki, morele, brokuły, kalafior, szpinak… Co kto tam ma, to Leoś chętnie zje. Nie jest otyły, do zagłodzonego też mu daleko. Uznajemy więc, że zjada dokładnie tyle, ile potrzebuje. Czasem mam wrażenie, że działa zgodnie z zasadą: „już nie mogę… o! serniczek”. Dlatego odkąd <ludzkie jedzenie> jest głównym pożywieniem Młodziaka, w czasie naszych posiłków słychać, co następuje:

-Leosiu, już naprawdę wystarczy.

-Fraaanio, ale zjedz… cokolwiek.

Franio należy do niejadków totalnych, marzą mu się mule w sosie śmietanowym albo sushi (o zgubny wpływie książek kucharskich!), a kiedy już się szarpniemy na tego typu fantazję, niczym jakiś top chef uznaje, że jest niegodne jego książecego podniebienia. A Leoś? Nie pogardzi kredką i kamieniem. Ile do tej pory już zjadł? Pojęcia nie mam. Wiem, ile wyjęłam mu z buzi- miliony!

No właśnie, a może jednak nie ubierać?

20160625_155113

Franio nie należy do brudzących się dzieci. Dlatego rozpieszczeni tym stanem rzeczy, nie mieliśmy nawet najmniejszego pojęcia, że kwestia ubierania Leona będzie wyglądała aż tak. Przebieram go minimum 5 razy dziennie, w innym wypadku wygląda, jakbym go trzymała w piwnicy. Czy się brudzi? Wierzcie mi, to zbyt mało powiedziane. Odkąd zaczął raczkować nie ma przed nim celów nie do zdobycia: trawa, błoto, piasek- żaden problem. Do tego chce jeść sam, więc po malinach wygląda, jakby nas wymordował, a jagód, to nie spiera nawet najbardziej inteligentny proszek ever. A czy w ogóle sok z wiśni, to można jakoś normalnie usunąć z bawełnianej bluzeczki? W każdym razie wrzuciłam na luz, jeśli chodzi o prasowanie (już słyszę te westchnięcia zza Waszych ekranów, coś w stylu „wiedziałam!”), no więc zarzuciłam prasowanie codziennych ubrań Leona i tylko je ładnie strzepuję po praniu i naciągam przy składaniu. Wyjściowe prasuję nadal.

Siłacz

20160505_100051

Ile to dziecko ma siły! Matuchno święta. Przyzwyczajeni raczej do tego, że z rąk własnego dziecięcia przemocy nie uświadczymy, doznajemy wiecznego zdziwienia, kiedy Leon w akcie miłości klepnie nas w nos, tudzież oko. Albo jak się wyrywa przy przebieraniu. Albo wkurza, jak się go wyjmuje z kąpieli i wścieka i pręży. Albo przełazi przez Tatę, który mylnie uznaje, że wystarczy położyć się na boku i dzieć z łóżka nie zejdzie. Otóż zejdzie. Ba! Zleci z impetem, po czym otrząśnie się, strzepnie niewidzialny pyłek z piżamki i popędzi demolować mieszkanie.

Człowiek demolka

20160624_202204

Jeszcze rok temu wszystkie książeczki były poukładane wielkością. Na górnej półce wierszyki i proza, na dolnej naukowe. Samochodziki były w fioletowym pudełku, klocki w zielonym, a pluszaki radośnie stały na komodzie. Gry i puzzle radośnie spiętrzone czekały na swoją kolej. To było rok temu… Teraz podnoszę, zbieram i układam siedemdziesiąt osiem razy dziennie. Książki są po prostu na półce, a ja zawsze szukam tej, którą aktualnie chce przeczytać Franek. Samochody i klocki tworzą radosny konkubinat we wszystkich pudełkach, jakie posiadamy, a gry i puzzle są po prostu powyżej metra nad ziemią. Dla bezpieczeństwa. Ile to dziecko ma samozaparcia i fantazji w zdejmowaniu i wyjmowaniu tego wszystkiego. Napatrzeć się nie możemy. Czy u Was pod kanapą też tworzy się alternatywna rzeczywistość z zagubionych klocków, zabawek, skarpetek i dwóch opakowań kremu bephanten?

Co wolno wojewodzie.

20160429_072841

Faktem jest, że jesteśmy dość tolerancyjnymi rodzicami. Jeśli coś nie zagraża życiu i zdrowiu któremuś z nich, to dlaczego nie. Przecież najfajniejsza jest zabawa w błocie, trawie i piasku. Ręce się umyje, ubrania wypierze, kamienie wyjmie z buzi i liście z włosów też. Są jednak świętości, których pilnie przestrzegamy: absolutny zakaz dotykania kabli, rurek i przewodów. Ani tych, z których korzysta Franek, ani tych, które są przeznaczone do wyrzucenia- trudno przecież maluszkowi wytłumaczyć, że raz się może bawić filtrem od respi, a raz nie. Zdarza się Leosiowi zapędzić w zabronione obszary, jednak zauważyłam, że od jakiegoś czasu w połowie drogi rezygnuje z zamiaru poszarpania rurą od respi, albo badawczo sprawdza moją reakcję. Franio już mu wytłumaczył: „Leosiu to jest do oddychania, a oddychanie jest najważniejsze”. Młody chrząknął na znak zgody i braterskiej sztamy, po czym poraczkował zjeść kilka kamieni.

 

Słowo na wagę złota

Dziś też o Leonie. No muszę.

Raczej zupełnie nieświadomie, bo że na pewno bez 12714068_1014584971960532_827587373_nkontekstu i że na sto procent się wypsnęło, to wiem, ale dziś po obiedzie Leon powiedział:  MAMA.

Mam dwóch świadków.

Ciocia A. stała obok i od razu zapytała, czy też słyszałam. No słyszałam.

No i mąż mój. Ojciec Rodziny znaczy. Jak tylko usłyszał, od razu zaprzeczył, że to, co powiedział Leon, to było to, co chciałam usłyszeć. Dlatego jestem na sto procent pewna, że powiedział „mama”.

Słodkie jest życie Matki Zwycięzcy…

 

Milonek

20160202_084139Mówimy na Niego Miluś, Milonek, Milon, Lejonek, Lejon, Młodszak. Nasz Leon. Drugiego lutego skończył pięć miesięcy. Waży 7,2 kg i właśnie z dumą opuszcza rozmiar 68. Pięciomiesięczny Miluś potrafi przewrócić się z brzucha na plecy, pięknie sięga po zabawki i regularnie wpada w śmiechawki głupawki. Co Leon je? Poza tym, co serwuje mu biust matczyny, wszystko. Od gryzaka począwszy, poprzez pieluszki, śliniaki, dłonie, koce, zabawki, a na szczebelkach od łóżeczka kończy. Chociaż z tymi szczebelkami, to mamy inną teorię. Mianowicie wydaje nam się, że kiedy je przegryzie, to po prostu zwieje, więc na wszelki wypadek drzwi zamykamy na siedem zamków.12696064_1013623902056639_970114498_n Odpukać w puste i niemalowane- ominął nas etap nocnych kolek (czy mogą jeszcze przyjść?). Generalnie nie jest tak, że wysypiamy się mniej, bo przecież do Frania też trzeba wstawać, więc po prostu zwiększyliśmy częstotliwość. Milon nie płacze. Nie to, że wcale, bo przecież umówmy się- czasem największe tragedie życiowe typu koniec melodii w zabawce albo koniec warczenia odkurzacza wymagają płaczu. Poza tym… to nie, nie płacze. Leon się wkurza, warczy i krzyczy (wcale nie napisze, że po Tacie to ma)- spina się wtedy maksymalnie i wydaje z siebie rozporządzenia, których nie sposób nie zrealizować, kiedy ma się hormony na wierzchu (to akurat o Mamie). Jak wszyscy w naszej rodzinie, Miluś należy do gaduł: z zabawkami z karuzeli obgada wczorajszy obiad, z żyrafą z łóżeczka podyskutuje o polityce rodzinnej w naszym domu, a z pszczołą z nosidła ponarzeka, że traktujemy go jak dziecko.

20151207_162251

 

A jak kontakt ze starszym bratem, zapytacie. Otóż czego Miluś nie dopowie, to dogestykuluje- zdarza mu się więc pacnąć Frania niechcący w nos, ale uwielbia, kiedy Franc robi śmieszne miny i mu czyta… cokolwiek. Poza tym piszczy z radości, kiedy Starszak próbuje zapanować nad jego żywiołowymi rękoma i z uśmiechem przyjmuje poranne buziaki. Czy Lejon ma wady? To zależy kto patrzy. Dla Mamy oczywiście jest bez wad, ale Tata coś tam wspominał, że synek mamusi i takie tam. No co mam Wam napisać. Rozpieszczony bezgraniczną miłością Francesca Tata, który przecież od zawsze miał fory u Franklina i od lat dzierżył berło Rodzica Roku, trudno godzi się z faktem, że Leoś bez Mamy cierpi katusze. 20160202_212257Ku złośliwemu uśmiechowi Mamy, potrafi więc Młodszak dać taką szkołę Tacie przez piętnaście minut, że najgorsza żona-zołza by się nie powstydziła. Nie zmienia to faktu, że Tata próbuje i walczy, ale póki co, kto ma biust, ten ma władzę. I wiecie do jakich wniosków dochodzimy, kiedy już po wieczornej walce kąpielowo-kolacyjnej obaj śpią? Że bez nich to było jakoś bez sensu. I, że jak to możliwe, żeśmy na Leona czekali tak długo.

Wpis o Milusiu powstawał 4 dni. Nie, że z braku weny. Czasu raczej. Nigdy w życiu nie kończyłam wpisu w sobotę o 8.42. Zaczęłam go pisać w środę o 23.37. Teraz jeszcze zdjęcia, ale jest szansa, że w lutym się wyrobię. Bo z Frankiem, Leonem i Mężem to nie ma czasu na nudę.

 

 

Mów mi Cesarzowo

Ponieważ nie ma jeszcze w sieci bloga o wdzięcznym tytule mojsynleon 😉 i nie sądzę, żeby udało mi się być twórcą takowego, uznałam więc, że od czasu do czasu Franciszek odstąpi łamów swojego podwórka i padnie coś leonowego. Z resztą już jakiś czas temu Wujek P. namawiał mnie, żeby uaktualnić nazwę bloga i tytułować go mójsynfranekplus. Tymczasem dziś będzie o tym, skąd się wziął Leon. No, może nie do końca aż tak dokładnie, bo liczę, że większość z Was jednak wie, jak to jest z tymi dziećmi, bocianami i kapustą, skupimy się więc na grande finale moich chłopaków, czyli wyjściu po cesarsku. To będzie takie preludium do działki Leona.

Obu moich synów pomógł urodzić Doktor Prowadzący. Jestem mamą po dwóch cięciach cesarskich. To nie będzie wpis o tym, co lepsze- siły natury, czy cięcie. Chłopcy tak się urodzili, bo to było dla nas najlepsze i najbezpieczniejsze rozwiązanie i już. Nie ma co roztrząsać. Zatem jako doświadczona w temacie wieloródka (czy tam podwójna cesarzowa) opowiem Wam, jak to było… Macie chwilkę i mocne nerwy? No to zapraszam!

Dzień przed

Słyszałam, że normalnie to kobiety nie wiedzą, że mają rodzić. To znaczy przychodzi ten dzień, kiedy to latorośl brzuszna uznaje, że pora zobaczyć, jak to jest po drugiej stronie mamy, odchodzą wody- bywa, że w nocy i wtedy taka przyszła mama robi susa do łazienki, żeby nie pobrudzić nowego dywanu, co to go wybierała na powitanie dziecięcia, który wbrew wytycznym nie czerwony, a biały i takie wody mocno byłoby na nim widać, a wiadomo, że w czasie porodu ciężko prać dywan- więc kobiecina pędzi do szpitala i tam w towarzystwie męża lub nie, położnej  czy doktora wije dziecię w godzinę lub trzydzieści sześć. No to z cesarkami planowanymi tak nie jest. Moje obie były planowe ze wskazań medycznych. Nieco wcześniej znałam więc już datę przyjścia na świat słodkiego bobo i kiedy zbliżał się ten dzień miałam spodnie pełne strachu. Oczywiście, że w głowie to tysiąc razy umierałam w czasie tych cesarek i czyniłam męża mego przystojnego wdowcem młodym na pożarcie niezliczonej ilości kobiet. Zaparłam się więc i przeżyłam, na złość czającym się brunetkom, blondynkom tudzież rudym. Z mężem pod rękę i skierowaniem w ręku stawiałam się w szpitalu dzień przed. I w sumie nie wiem co lepsze. Taki siurprajs z wodami na dywanie, czy świadomość, że za 10, 9, 8, 7,… godzin zobaczysz swoje dziecko i już. No, ale nie ma człowiek wyjścia, bo ileż można chodzić w tej ciąży, skoro ma się wrażenie, że skóra na brzuchu zaraz puści na wysokości bioder i dziecię samo wyskoczy, bez doktorów. Dzień przed to szpitalny lajcik. Udzielasz wywiadów- o wadze, wieku, stanie cywilnym, miłości do męża i antybiotykach w ciąży. Panie mierzą, ważą, podadzą lekkostrawną kolację (to ważne, że lekkostrawną, o czym przekonasz się następnego dnia rano) i nakazują się zrelaksować. Ktg Ci podłączą kilka razy i nie staraj się go raczej interpretować w internecie, bo wyjdzie, że już rodzisz, a tego byśmy nie chcieli szczególnie, że właśnie sąsiadka z łóżka obok pojechała na cięcie na cito, bo córa nie mogła doczekać do rana. Leżysz więc, słuchasz relaksacyjnego pikania maszyny do ktg i nie możesz zasnąć. Kurczę, rano będziesz mamą. Taką od noszenia, tulenia, karmienia, dawania szlabanu na telewizor i bycia zazdrosną o pierwszą miłość. Tuż przed snem dostajesz espumisan lub inny cud na wzdęcia, bo niefajnie się będzie doktorom przebijać przez Twoje jelita i możesz iść spać. Spokojnie spać. Ha. Ha. Ha.

Przed godziną zero

Ranek przychodzi szybciej niż myśli cały świat. Z resztą świat coś wolno myśli, bo Ty od dwóch godzin masz już dzisiaj i tylko czekasz aż przyjdą i powiedzą, że Twoja kolej. Ale nie tak szybko. Najpierw to co tygryski lubią najbardziej, czyli lewatywa. No nie ma zmiłuj. Teraz już wiesz dlaczego ta kolacja była taka lekka. Może nie wchodźmy w szczegóły, jednak umówmy się, nie jest to ulubiona czynność w Twoim życiu. Potem, jak na gwiazdę poranka przystało bierzesz prysznic. Jednak zamiast ulubionego żelu o zapachu migdałów używasz środka do dezynfekcji, który sprezentowała Ci Pani Położna. Nie czujesz się z tym wyjątkowo, kiedy odkrywasz, że taki sam prezent dostały wszystkie planowane cesarzowe. Cóż począć. Kąpiesz się i zakładasz przepięknej urody koszulkę, co najmniej dwa rozmiary za małą, bo uroczo widać Ci spod niej pupę. Ach. Nie zakładaj bielizny. Nie będzie Ci już potrzebna. Z własnego doświadczenia nie polecam środkiem do dezynfekcji myć włosów. Przy pierwszej cesarce tak zaszalałam i potem przez pół roku nie mogłam ogarnąć ich matowości. Nauczona błędem niedoświadczonej cesarzowej w czasie przygotowań do drugiego cc, skonstruowałam na głowie gustowny koczek. Z reszta akurat głowa to nie będzie Ci do niczego potrzebna jeszcze jakąś chwilę. Wskakujesz na łóżko, przychodzi przemiła Położna, rzuca, że zaczynacie i tłumaczy, co będzie robiła. No nie są to przyjemności godne spa. Cesarskie cięcie to operacja, dlatego wszystko musi być przygotowane tak, żebyście Ty i Twój maluch byli bezpieczni. Najpierw cewnik. Chwilka, dwa ruchy sprawnej pielęgniarki i po krzyku. Od tej pory jesteście nierozłączni. Potem venflony. Dwa. W obie ręce. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś. Dostajesz tabletkę w porywach do dwóch od anestezjologa i pod rękę z kimś silnym idziesz urodzić swoje dziecko.

Już za chwileczkę, już za momencik

Kiedy doczłapiesz do sali operacyjnej, to emocje są takie, że ja nie mogę! I to słynne kłucie w kręgosłup. Za pierwszym razem oblał mnie zimny pot ze strachu, za drugim już nie, ale trzęsłam się jak galaretka. Nie bałam się bólu, bardziej to było coś na zasadzie tak wielkiego zdenerwowania i podniecenia, jak przed pierwszą randką razy miliard. Zanim anestezjolog poda Ci właściwe znieczulenie, znieczula miejsce wkłucia. Ja mam podobno piękny kręgosłup, a skoro obydwa wkłucia poszły raz dwa, to chyba naprawdę tak jest. Potem szybko lądujesz na stole i nagle widzisz swoje nogi w powietrzu. Widzisz, a ich nie czujesz. Mówię Wam, jakie to jest doświadczenie! Potem dzielą Cię kotarką na pół. Pół od góry należy do anestezjologa, pół dolne do doktorów operatorów i Twojego dziecka. Pół górne zostaje podłączone do ciśnieniomierza, pulsoksymetru, jakiś kroplówek i hipnotyzujących oczu Twoich aniołów. Leona i Franka na świecie witała Ciocia Bożenka- położna, która pamięta przyjście na świat Matki Anki- mówię Wam, znać kogoś komu można posłać mordercze wystraszone spojrzenie (podobno taką mieszankę zafundowałam wszystkim obecnym, ale ja to zrzucam na leki) w czasie cc  to bezcenne uczucie. Kiedy górna część Ciebie jest zabezpieczona, na salę wkraczają operatorzy. Dwaj.

Ciach ciach

Doktory zaczynają. Coś tam tną, coś szarpną i niby to czujesz. To znaczy, nie bój się, nie czujesz. Tylko tak jakby wiesz, że ktoś Ci gmera w brzuchu. W tak zwanym międzyczasie po przeciwnej stronie firanki, głowa zaczyna Ci szaleć. Oznajmiasz swoim aniołom, że o matko chyba zwymiotujesz, dostajesz 500 jednostek czegoś tam i robi Ci się lżej. Ni z tego, ni z owego Doktor ogłasza ciszę w eterze, puszcza Ci oko i nakazuje wyjęcie cesarza. Potem żartuje, że jest większy niż zakładaliście (w opcji frankowej mniejszy), a Ty z zawałem czekasz na pierwszy krzyk.

Jest i cesarz

No i płacze. Ciocia Bożenka przynosi Ci go do buzi i możecie się przywitać, wycałować. Wytulić niestety nie, bo nadal jesteś przymocowana do łóżka i maszyn, ale co tam. Kochasz tego małego skrzata i kiedy zabierają go na pomiar jakości z serca spada Ci tak wielki głaz, że słyszy i mąż i mama i teściowa. Jesteś mamą.

After party

Kiedy neonatolog oznajmia Ci, że właśnie zostałaś mamą chłopca na dziesięć w skali apgar, doktorzy operatorzy naprawiają to, co pocięli. Mają niezły ubaw, kiedy pod wpływem 500 jednostek czegoś tam zaczynasz opowiadać o swoim życiu, ale zaręczam Ci, że pewno niejedno słyszeli. Kiedy kosmetyka dobiega końca, nadal nie czujesz swoich nóg. Przychodzi sprawna ekipa, przenoszą Cię na łóżko i jak prawdziwą cesarzową, zawożą na salony. Tam możesz poczekać na swojego dzidziusia. Potem tylko siup pionizacja i być może za dwadzieścia cztery godziny będziesz mogła zjeść sucharka! Teraz tylko po troszku pij i bądź dzielna. To dopiero początek.

A u Was? Jak było?

 

Tydzień po tygodniu, czyli skąd się wziął Leon

Tydzień 6:

No i jestem w ciąży. Heh. Będziemy mieli drugie dziecko. Szaleństwo, szok, hormony. Gdzie my zmieścimy dwa wózki? Moi chłopcy przeszczęśliwi. Franek mówi: „Będę karmił dzidziusia butelką z mleczkiem, a potem pójdziemy na górkę spać w moim małym łóżku.” Reklama espumisanu dla dzieci, F. na widok płaczącego maluszka: „Nie płacz już mój bracie!”

Tydzień 7:

Franio mówi do mojego brzucha: „Chodź Dzidziusiu, pouczymy się literek z szarego zeszytu, a potem pójdziesz spać.” Będzie starszym bratem. Najlepszym na świecie.

Tydzień 8:

Dziadkowie zaskoczeni, ale szczęśliwi. Babcie solidarnie zamówiły wnuczkę- nie wiem, czy się orientują, że to nie można wybierać. Franek mówi, że będzie miał siostrę. Doktor Prowadzący nie wypowiada się w temacie płci. Wszystko w porządku. Spać, śledzi, ogórków kiszonych, kebabu, wolnej toalety. Bycie w ciąży jest super.

Tydzień 9:

Byliśmy z Frankiem na zakupach. W galerii mnóstwo niemowlaków. Na widok tych odzianych na różowo, Franio z rumieńcem: „Jak moja siostra!” Zjem go, taki jest słodki.

Tydzień 10:

Śledzie są super. I żurek z kiełbasą! I bigos! Żeby tylko tak nie mdliło. Jedzenie jest super. Rosnę. Słodycze? Mogą nie istnieć. Ogórka dajcie!

Tydzień 11:

Grypa. Antybiotyk z serii lekkie. Syrop z cebuli, rosół, maliny, łóżko, gorączka, sto myśli na minutę, L4, strach.

Tydzień 12:

USG. Dwie ręce, dwie nogi, głowa, pęcherz, żołądek, cały kręgosłup, przezierność ładna, kość nosowa w sam raz, płeć nadal nieznana. Ojciec dziecka, zwany w pewnych kręgach Tatą Franka (trzeba mu będzie zmienić ksywkę!) twierdzi, że Doktor Prowadzący znacząco uśmiechał się na chłopca. Franek nadal chce siostrę.

Tydzień 13:

Któryś wieczór z rzędu Franek goni do snu Dzidziusia. Dziś zaśpiewał mu kołysankę: „pooora na dobranoc, bo już księżyc świeci, Maluszki lubią Franki, Franki lubią Maluszki”

Tydzień 14.

„Mamo, a czy Dzidziuś może jeść hot-dogi?” Teraz może. Teraz kocha hot-dogi, kebaby, pizze i inne takie i tylko resztka silnej woli Matki Jego powstrzymuje go przed taką dietą. A piwo! Piwa też by się napił Dzidziuś jeden. Łatwo nie będzie 😉

Tydzień 15.

Szukamy imienia. To nic, że Dzidziuś nie ma jeszcze płci. Trzeba się przygotować na każdą ewentualność. Franek dla siostry obstawia Lidę- imię jego jednej z największych miłości, rodzice gonią raczej w kierunku Heleny. Ewentualny Braciszek jest po prostu Braciszkiem. Bezimiennym.

Tydzień 16.

Znamy płeć! Ha! Będzie… chłopiec. Brat, braciszek. Tata zwariował ze szczęścia, Franek 12210740_963567583728938_1811608028_oupewnił się, że „ten brat” też ma siusiaka i doszedł do wniosku, że „ten Dzidziuś mamo robi wszystko tak, jak ja. Nawet został bratem.” U Matki burza hormonalna płacz i euforia na przemian. Z trzema facetami w domu, to na pewno zwariuje.

Tydzień 17

Dzidziuś stał się wybitnym smakoszem wszystkiego. Co ewidentnie widać po skurczonych ubraniach i zadyszce na schodach w pracy. Franek codziennie pyta, czy on też kiedyś mieszkał w mamowym brzuszku.

Tydzień 18.

„Bracie zjedz sobie lizaka! Bracie, a lubisz chrupiące udka z kurczaczka? Bracie, czy ty umiesz już mówić?” – Franyś codziennie zwraca się do mamowego brzucha per Bracie. Z dumą oświadcza wszystkim dookoła, że latem zostanie starszym bratem i pójdzie do zerówki. Wszyscy mamy nadzieję, że tak właśnie będzie.

Tydzień 19.

Po męsku: „Puściłeś bączka Franio?” -pytam naiwnie, choć atmosfera jest dość wyrazista w tym temacie.”To nie ja! To dzidziuś!”- odpowiada. Aha. Młodszy, to ma przerąbane.

Tydzień 20.

I w końcu się poznali! Francesco obejrzał Brata na komputerze u Pana Doktora, uznał, że całkiem miły z niego szkrab i zapytał, czy w nagrodę za to, że był grzeczny, może dostać frytki. Tymczasem Dzidziuś sfiksował lekko i zafundował mamusi dodatkowe badania, w kierunku zupełnie nie takim, jakby chcieli rodzice. Badania sprawiły kilka bezsennych nocy i przeczytane całe internety.

Tydzień 21.

12204476_963568727062157_279752517_oMądrzy doktorzy wykluczają po kolei wszystkie podejrzenia. Noce stają się łatwiejsze. Młodszy z braci ma smaki na kebaby i lody truskawkowe, Starszy zaś najchętniej jadłby chipsy potworkowe i frytki- no nie jesteśmy my rodziną marzeń dla dietetyków.

Tydzień 22.

„Mamo, a czy wiesz, że jak się dzidziuś urodzi, to mu będę czytał <Reksio. Wielka księga przygód>? ”

Tydzień 23:

Zaczynam etap bardzo poważnych rozmów:

-Dziadku, a jak się urodzi mój brat, to Ty i Babcia będziecie go kochać?-Franio pyta Dziadka Ksero i Babcię Goshę.

-Oczywiście, tak jak Ciebie, najbardziej na świecie- odpowiadają niemal chórem.

-A on też będzie Waszym wnuniuniuniem tak, jak ja?

-No jasne-odpowiada Babcia- będziemy mieli dwa słoneczka, Ciebie i Twojego brata.

-To ja się baaaardzo cieszę- odpowiada uspokojony, mądry starszy brat.

Tydzień 24:

-Mamo, jeśli mój brat będzie chciał, to będę mu pożyczał mój respirator.

Tydzień 25:

Wychodzimy z przedszkola: -Mamo! Tylko nie zapomnij o moim braciszku!

Tydzień 26.

Jesteśmy na etapie rozważań imieninowych… Jakoś z dziewczyną szło nam łatwiej. Jednak Franio od czasu do czasu wpada na coś genialnego. – Mamo? A może mój brat mógłby mieć na imię Białoruś? Byłoby śmiesznie, prawda? -Dla niego na pewno-pomyślała Matka Anka

Tydzień 27.

Matka wije gniazdo. Trochę chyba za szybko, ale niesiona gwarnym „ale masz wielki brzuch” uznaje, że może Doktor Prowadzący się pomylił i wielki dzień nastąpi nieco szybciej?

Tydzień 28.

Nasze pierwsze wakacje we czwórkę. Brat nieco zaocznie, ale wielce ucieszony. Ryba w naszej ulubionej smażalni u Juliusza smakuje, jak nigdy dotąd. Rodzice planują przyszłoroczny urlop z dwoma wózkami. Piasek jest super. Franek codziennie zabiera Brata na zapiekankę. Brat (i Mama też) są przeszczęśliwi.

12207562_963569017062128_1255951932_o

Tydzień 29.

„Mamo zrobiłem sobie siedzonko z Brata!” oznajmia Franek, kiedy niosę go do samochodu. Taaak. Ten brzuch musi być naprawdę wielki.

Tydzień 30.

Nadal Brat. Imienny. Leon. Przyklepane. We wrześniu urodzi się Leon Trzęsowski.

Tydzień 31.

12208944_963568580395505_199079166_oWalka o zerówkę Franka i nauczyciela wspomagającego nie jest ulubionym zajęciem Leona. Buntuje się, w związku z czym Matka zalega na kanapie. Blog leży odłogiem, maile nieodpisane, Franek w nadmiarze korzysta z komputera, teściowa ratuje obiadami. Wolna amerykanka.

Tydzień 32.

Od kilku dni Franio interesuje się, jak Leon zjawi się w naszym domu. Jak z tego brzucha wyjdzie. Ponieważ Doktor planuje wyjście cesarskie, tłumaczenie jest mocno ułatwione. Mama pojedzie do szpitala, doktor rozetnie jej brzuszek i wyjmie Leona. Nie wiedzieć czemu Franka najbardziej interesuje etap rozcinania.

Tydzień 33.

Jest ciężko. W sensie wielkości Matki. Brzuch przesłania cały świat. Kolejne pisma w sprawie zerówki Franka nie wpływają na niego kojąco. Telefony okraszone łzami, ale dopiero w zaciszu łazienki. Bezsenność w nocy. Senność w dzień. Franek łazikuje z Ciocią M. całymi dniami. Matka posypia w czasie rehabilitacji. Leon ma się świetnie. Rośnie, co naprawdę widać po brzuchu.

Tydzień 34.

Lojalni Czytacze zaczynają rozgryzać nieobecności blogowe Matki. Pojawiają się pierwsze zapytania mailowe i dyskretne sugestie komentarzowe. Matka idzie w zaparte. Plan jest taki, że wszystko musi pójść dobrze i jakoś publicznie Matka nie chce zapeszać. Liczy na wyrozumiałość.

Tydzień 35.

Leonku- woła Franek od rana- wyjdź już z tego brzucha, to Cię nauczę jak się je frytki.

Tydzień 36.

Różnice między ciążami widoczne są coraz bardziej. Czuje je Matka dokładnie- Franio leniwie przeciągał się w brzuchu, co jakiś czas, zmieniając wolniutko pozycję. Leon urządza wieczną macarenę. Kopie wszędzie. Tam gdzie nie kopie wysuwa pupę. Jest zdecydowanie skocznym dzieckiem. Doktory się konsultują. Leon wydaje się być chłopakiem na medal. Brzuch coraz większy.

Tydzień 37.

Coraz bliżej wielkiego dnia. Nauczyciela dla Franka nadal brak. Nerwy nie sprzyjają Leonowi. Regularnie kładzie Matkę na kanapę. Doktor Prowadzący nie jest zadowolony z trybu życia, jaki na mecie fundują Matce instytucje. Nakazuje racjonalność. Ha. Ha. Ha.

Tydzień 38.

Różnica w zachowaniach ciążowych także mocno widoczna. Z Frankiem „o tej porze” już wszystko było gotowe. Teraz po pierwszych próbach dawno temu, Matka wznowiła przygotowania. I spakowała torbę do szpitala- w końcu. Leon jest mocno pobratowy: wózek po bracie, łóżeczko po bracie, ubrania po bracie i po Bolusiu. Dzięki Ci o losie za pojemną piwnicę i poddasze.

Tydzień 39.

No to jedziemy. Franio do zerówki. Mama do szpitala. Leon jest tuż tuż.

12211062_963683050384058_1734680789_op.s. Większość „ciążowych” zdjęć zrobionych jest w czasie ćwiczeń Franka w gabinecie rehabilitacji. Czasem widać piętę, palce albo całego rehabilitanta Marka 😉 ups!