Za kulisami

W nocy z wtorku na środę spałam z przerwami w sumie może jakieś cztery godziny. Tym razem ja, bo poprzedniej nocy taki sen miał mój mąż i wiadomym było, że może nie wytrwać. A wytrwać trzeba. Kiedy noce są „normalne” Franek kilka razy prosi o zmianę pozycji, kilka razy pić, kilka ambu. Wówczas wstajemy do niego pięć może sześć razy, licząc od 23.30, kiedy to przy dobrych wiatrach uda nam się położyć. Kiedyś było tak, że większość rzeczy nocą mogliśmy robić na półśpiąco. Na przykład taka zmiana pozycji- jeszcze rok temu robiłam to z zamkniętymi oczami, leżąc. Wystarczyło, że całym przedramieniem złapałam mocno Franka mocno za plecy, a on sygnalizując mi, na który bok chce, wziął zamach ręką, potem kładłam między jego uda klin, który chronił biodra, poprawiałam stopy i do spania. Teraz jest inaczej. Franio jest większy, dłuższy, słabszy, ja chyba bardziej zmęczona. Dlatego, żeby zmienić mu pozycję sama muszę uklęknąć na łóżku, wziąć go oburącz i odpowiednio ułożyć. I tak noc w noc. Mamy to ogromne szczęście, że Leoś skończywszy sześć miesięcy życia, przesypia całe noce. Dlatego mieliśmy już system spania zamiennego- to z rodziców, które chciało się wyspać, zabierało Leona do spania na poddasze, drugie spało z Francysiem i pełniło rolę przytulanki, podawacza picia, zmiennika pozycji. I tak zazwyczaj co drugi dzień.

Dlaczego to piszę? Bo to są kulisy naszego radosnego, bezproblemowego życia. Mam nadzieję, że widzicie sarkazm płynący z poprzedniego zdania. Wiele, naprawdę wiele osób myśli, że jest ciężko, ale nie aż tak. A to, co napisałam powyżej, to tylko noce. Franio ma prawie siedem lat. Wszystkie siedmiolatki, jakie znam są samoobsługowe. A u nas? No to od rana. Wstajemy, znosimy Franka do pokoju, przebieramy. Zdejmujemy piżamkę, zakładamy skarpetki (trzeba pamiętać, żeby nie podwinęły się palce), zakładamy spodnie, koszulkę, bluzkę. Robimy inhalację, odsysamy nocne zalegania, myjemy zęby. Wszystko my. Franc nawet szczotki do zębów nie jest w stanie utrzymać. Potem sadzamy go w siedzisku i zawozimy do kuchni, dajemy śniadanie (kanapki trzeba pokroić na maleńkie kawałki, jajko na miękko nabrać na łyżeczkę, parówkę podać wprost do buzi, naleśnika to samo, picie- jeśli mamy czas Franio ma w lekkim kubeczku odrobinę picie i stara się sam, jeśli nie – poranki w każdym domu bywają brutalne- dostaje kubek ze słomką i wtedy podsuwamy i odsuwamy tylko kubek). Każdą książkę, każdy klocek, każde autko trzeba Frankowi podać, otworzyć, ułożyć, włączyć, rozkręcić. Jedyną samodzielną zabawą są gry na komputerze lub you tube, nad którym też trzeba mieć kontrolę. Potem trzeba Franciowi pomóc z wypróżnianiem, czy toaletą. Niestety nie jest w stanie zrobić tego sam. W międzyczasie milion razy odessać. Poprawić pozycję- pupę, plecy, podwiniętą stopę, rękę, która nie chce się wyprostować lub dłoń, której palce nie chcą się zgiąć. Tyle z czynności codziennych, normalnych. W wielkim skrócie i uproszczeniu. A dochodzą jeszcze obowiązki lekarskie.

Kardiolog, usg brzucha, okulista, ortopeda, fizjoterapeuci, logopeda, stomatolog, badania krwi. Wszystko to regularnie. Trzeba pamiętać, żeby zadzwonić, umówić, zebrać komplety badań, dojechać, stosować zalecenia. I obowiązki biurowe.

Zorganizować papiery do fundacji, opisać rachunki, pamiętać o zamówieniu sprzętu, zawalczyć o dofinansowanie i w ostatnich tygodniach (niemal bez przerwy) o edukację. 

A jeszcze życie siedmiolatka. Ulubiony hiszpański, nieulubiona matematyka, wyjście na spacer (chociaż przez tę pseudowiosnę ciągle siedzimy w domu), jechać na zakupy, do kina, do Bola, poczytać książki, pograć w piłę z bratem, odwiedzić dziadków.

Za dnia odciąża nas M.,to przecież wiecie. Jednak w naszym domu jest tak wiele nieprzewidywalnych sytuacji, że czasem sami nie ogarniamy. Dochodzi jeszcze przecież nasze normalne życie, jak u Was- pranie, sprzątanie, gotowanie, rachunki, zakupy, chociaż kwadrans w łazience tylko dla siebie. A mamy przecież dwóch synów. Ciągle pamiętamy, żeby Leoś miał własne sprawy, własne zabawy, własne życie. Dlatego między innymi ten żłobek. Tak jak Franio od Milusia, tak Miluś od Frania i jego kłopotliwych sytuacji życiowych muszą mieć chwilę oddechu. Cały czas więc względem naszego starszego syna symulujemy normalność. I z zewnątrz może to wyglądać tak, że jest źle, ale bez przesady. No nie jest.

I wiecie co, strasznie Wam chciałam to napisać.

Franio, nie znikaj

Pamiętam dobrze te czasy, kiedy każdy wpis mogłam zaczynać: „a dzisiaj Franio znów skopał tyłek potworzastemu”. To był ten moment, kiedy na przekór diagnozie i przewidywaniom lekarzy forma Franka wędrowała wyżej i wyżej i wyżej. Nie. Nie mieliśmy złudzeń, że chorowanie przejdzie mu ot, tak sobie. Jednak o niebo łatwiej było nam- rodzicom zmierzać się z chorowaniem naszego dziecka, a i nasz syn parł do przodu niczym taran. Od jakiegoś czasu, coraz trudniej znaleźć moment, kiedy to my pokazujemy środkowy palec potowrzastemu. Coraz częściej musimy uciekać, unikać, chować, bać się. Franio nadal jest dzielnym Dzielniakiem i chłopakiem, który ma w sobie taką siłę, że aż miło, jednak czas ciągle działa na naszą niekorzyść.

Grudzień dał nam wszystkim popalić dużo bardziej, niż pisałam Wam ostatnio. Musiałam jednak wszystko przetrawić, przemyśleć, przepłakać. I zastanowić się, jak układać teraz bloga, żeby po pierwsze nie zatracił swojej radości- bo nadal chcę, żeby to było dobre, uśmiechnięte miejsce na przekór. Takie, które teraz podczytuje sam Bohater i cieszy się, że są o nim „takie śmieszne przygody mamo”. Ale też takie, które nie będzie na siłę lukrowało rzeczywistości i Wam naszym Czytaczom da obraz naszej rzeczywistości, jednocześnie nie naruszając prawa Frania do intymności w tym publicznym chorowaniu.

Od pewnego czasu widzimy, że Francyś osłabł, głównie fizycznie. Zauważyli to też nasi fizjoterapeuci, dlatego jakiś czas temu zasugerowali zdjęcia rtg tych miejsc, które budzą ich niepokój. Niestety mieli rację. Poza kręgosłupem, na ból którego Franek narzeka coraz częściej twierdząc, że jest już chyba dorosły, bo to przecież dorośli ciągle mówią, że coś ich boli, doszły biodra i nadgarstek. Otóż Franio ma zwichnięte jedno biodro, drugie na granicy zwichnięcia i podwichnięty nadgarstek. Zapytacie, od czego? No, od wszystkiego. Franc nie chodzi, więc nie ma żadnego nacisku na stawy, nie ma żadnych mięśni, które trzymały by wszystko w ryzach i jest wątły. Poza tym choruje od sześciu lat, to ogromnie dużo i w sumie to cud, że tak długo się udawało. Póki co zdajemy się na wiedzę i umiejętności naszych rehabilitantów. Cudnych, którzy robią wszystko, żeby Franio mógł jak najdłużej i bez bólu siedzieć. Bo najgorzej to będzie, kiedy zacznie boleć. Wyobrażacie to sobie? I tak, podobno większość dzieci z chorobami mięśniowymi zmierza się z tego rodzaju problemami. Co nas więc różni? Do tej pory nawet o tym nie myśleliśmy, a to oznacza, że tego nie było, że jego nie dotyczyło. Kiedy więc zaczęło i to nagle z taką siłą, zabolało podwójnie.

Jak więc wygląda teraz życie Franka? Nadal chodzi do szkoły. Do kimby dorabiamy inną poduszkę, która trochę ustawi jego miednicę. Poza tym poprosiłam Panią Dyrektor, by w czasie przerw Franek i M. mogli pójść poleżeć na sali gimnastycznej. Po to, żeby jego plecy, nogi i ręce odpoczęły. W domu też Franio dużo więcej leży z nogami „po turecku”, żeby noga była w biodrze. Macie w domu sześciolatki? Wyobraźcie więc sobie, że zabieracie im już na zawsze jedną możliwość- na przykład biegania bez ograniczeń. Teraz po każdych dziesięciu minutach biegania, przez piętnaście musi siedzieć. Musi, bo inaczej nie dość, że będą bolały je nogi, to do tego będą coraz słabsze. No to tak mniej więcej wygląda u nas. W chwilach, kiedy Franek jest zmęczony i sam prosi, żeby go położyć jest ok. Jednak w chwilach, kiedy trochę musimy go do tego zmusić, jest niefajnie. Bardzo. I choć Franio jest już dużym chłopcem i bardzo dużo rozumie, rozumie też specyfikę swojego życia, ograniczeń i możliwości, to nadal jest kurka sześcioletnim dzieckiem! Dzieckiem, które jest odporne na racjonalne argumenty, bo teraz chce robić coś innego.

Zatem po raz pierwszy w życiu jestem zmuszona napisać, że boimy się bardziej niż zwykle. Że nie jesteśmy już o krok do przodu, tylko tuż obok, a czasem nawet jeden za potworzastym. Dwa zapalenia płuc, mocno doskwierający kręgosłup, biodra, nadgarstek. A z drugiej strony jemu się chce! Uczy się angielskiego, hiszpańskiego i niemieckiego. Planuje, dokąd pojedzie, jak nazbieramy kasy na fundusz przyjemności – chce zobaczyć most u Janka  w Lizbonie, pojechać do Krakowa i spać w hotelu jak mama w delegacji i kiedyś fotografować pandy w Chinach. To jest właśnie Franio. Głowa, która marzy i chce i ciało, które mocno nie nadąża.

Codziennie więc z moim mężem prosimy. Franio, nie znikaj…*


tytuł wpisu inspirowany profilem Benia chorego na sma (Beniu, nie znikaj).

Zapaleni

Sytuacja wygląda następująco: ja mam kaszel jak stąd aż tam, Leoś ma zapalenie uszu i gardła, a Franio płuca zaognione i wisi biedak na tlenie uziemiony na kanapie. Tylko Mąż mój i ojciec rodziny płonie miłością wielką, co nie zmienia faktu, że po kilku dniach chorowania każde z nas zasypia o… tak:

milonek

Mamy zatem gremialne zwolnienie z placówek edukacyjnych oraz w przypadku Mua placówki przynoszącej kasę na frytki. Tylko część z nas chorowanie znosi z godnością. Leon na przykład codziennie udowadnia mi, że ma naprawdę sporo zabawek, a każdą z nich można rozłożyć przynajmniej na dwie części. Franek zaś już siedem razy przeczytał swoje ulubione książki i jest właśnie na etapie odrabiania zaległości bajkowych. Z kolei ja- po kilku nieprzespanych nocach, myślę sobie, że jednakowoż lubię swoje biurko w pracy i fotel i, że co ja narzekam, że mi się tam czas dłuży. W tajemnicy zaś powiem Wam, że najchętniej to weszłabym od kołdrę, wzięła kakao i książkę i poczekała aż wyzdrowieją. Znaczy wyzdrowiejeMy.

 

Tylko na chwilę

Ile rzeczy się może wydarzyć przez chwilę? Można przypalić ziemniaki (story of my life), można odkurzyć (to dłuższa chwila), można tylko na chwilę odwrócić wzrok i dziecko zje plastelinę. Dla mężczyzn chwila trwa dłużej. Za chwilę przykręcą kran w łazience i już za trzy dni jest gotów, za chwilę śmieci wyniosą i pod wieczór już ich nie ma, za chwilę przyjdą i mija upojne cztery i pół godziny później. Jak widzicie chwile są różne.

Masz lat dwadzieścia, trzydzieści siedem, czterdzieści dwa, czy równe pięćdziesiąt. Ile to dla Ciebie chwila? Piętnaście minut, dwie godziny, a może tylko trzy i pół minuty? No to wyobraź sobie, że na tę Twoją „chwilę” urywa Ci nogę. Jedną- będę łaskawa. O. Albo tracisz słuch. O. Albo na przykład masz autyzm, zespół downa, mózgowe porażenie lub „tylko” poruszasz się na wózku lub o kuli, bo noga (no bo jednak załóżmy, że masz dwie) akurat jest zupełnie nie do chodzenia. A może „na chwilę” interesuje Cię niedowład prawej ręki? Pomyśl, który z tych prezentów chciałbyś dostać od losu na chwilę.

A teraz z innej bajki. Małe, słodkie bobo. Różowe, te włoski takie mięciutkie falowane, nosek lekko zadarty, oczy to chyba po babci od strony wujka, ale usta to już dziadkowe. Śliczne, jak z obrazka. Synek? A może córeczka? W różowych tiulach. A synkowi samochody na ścianach w pokoju koniecznie. I przychodzi doktor i mówi, że to dziecko na chwilę będzie ciężko chore. Może uda się je wyleczyć, a może nie. Może będzie grało w piłkę, a może całe życie spędzi leżąc. Być może jeszcze je dziś zobaczysz. Być może nie. Dostajesz w prezencie od losu fakt, że Twoje dziecko będzie niepełnosprawne. Wylałam wiadro kamieni na głowę, co? Nie martw się, ta jego niepełnosprawność to tylko eksperyment. Tylko na chwilę. Fajne uczucie?

Założę się, że za nic w świecie nie chciałbyś mieć takiej chwili. Świadomości, że Ty lub ktoś Tobie najbliższy będzie niepełnosprawny. Nieistotne, w jakim zakresie. To dlaczego obruszasz się, kiedy zwracam Ci uwagę, że bez urpawnień parkujesz na miejscu dla niepełnosprawnych? Nie moja sprawa? Że tylko na chwilę? To którą z chwil powyżej sobie wybierasz? Naprawdę to takie straszne przejść się pięć metrów dalej, bo tam było wolne miejsce? Pomyśl! Niektórzy chcieliby mieć ten luksus od życia, że chodzą. Powiesz, że przecież jestem zdrowa, przecież to tylko moje dziecko jest niepełnosprawne. Wiesz dlaczego parkuję na takim miejscu? Bo ono jest szersze. Bo wyjmując Frania z samochodu muszę otworzyć drzwi na oścież, podjechać pod nie wózkiem, wyjąć respirator, wysadzić Franka.

Rzadko parkujemy z Frankiem na miejscu dla osób niepełnosprawnych. Uważamy, że są bardziej potrzebujący od nas. Ale czasem nie ma innego wyjścia, bo jeśli ktoś nas zastawi, blisko drzwi od pasażera, to nie przeciśniemy się z Franiem i respiratorem na ramieniu, bo wsadzenie Franka do fotelika tylko z boku wygląda na hop siup. Trzeba umieć go podnieść, uważać, żeby nie zaklinować nóg, posadzić. Jeśli nie parkuję na miejscu dla niepełnosprawnych, parkuję tak, żeby z mojej prawej strony był trawnik, słup, latarnia, żeby nikt nie stanął i nie zablokował przejścia.

Bardzo Was jednak proszę. Nie parkujcie na miejscach dla osób niepełnosprawnych, nie zajmujcie toalet dla nich przeznaczonych (bo i tak nikogo tam nie ma). Nawet na chwilę.

99a22akcja_inwalidzi_parkowanie

 

A może przekona Cię aspekt ekonomiczny?

Akcja reakcja

Bardzo, ale to naprawdę bardzo rzadko zdarza się, żebyśmy z Tatą wychodzili gdzieś tylko we dwoje. Ciocia M. pomaga przy Franku w szkole, wozi go na gumeczki i do logopedy, kiedy my nie możemy i tak naprawdę nie mamy już sumienia angażować jej jeszcze w weekendy. Dlatego, kiedy ostatnio Dziadek Ksero i Babcia Gosha zafundowali nam wolną niedzielę, cieszyliśmy się jak na tydzień w spa. Trzeba Wam wiedzieć, że poza nami i M., jeszcze tylko Babcia Gosha potrafi Frania odessać i zareagować, kiedy dzieje się coś z rurą i respiratorem. Babcia nauki pobierała niemal od powrotu Frania do domu i przypłaciła je już milionem zawałów, bo poza obciążeniem psychicznym, opieka nad Młodzieńcem wymaga także umiejętności i pokonania pewnych barier w głowie. No i ważne jest też to, że Babcia w opiece nad Frankiem nie szarżuje. Rozpieszcza go kulinarnie i zabawowo, ale respirator to świętość, więc o każdym piknięciu, które nie jest alarmem o poziomie baterii, jesteśmy zawsze powiadomieni. Dlatego, kiedy Babcia i Dziadek pojawili się w naszych drzwiach, przejęli wykropkowanego Leona i szczęśliwego Francysia, ulotniliśmy się na miasto.

W sumie to czuliśmy się, jak dzieci we mgle. Tak dawno nie byliśmy w kinie, że z całych trzech w naszym mieście mieliśmy problem, żeby wybrać to najfajniejsze. Poszliśmy więc na lody. Potem w sumie do kina też i chociaż film był naprawdę taki sobie, to bawiliśmy się całkiem nieźle. Kiedy seans się skończył, było późne popołudnie. Wyposzczeni towarzysko (kropki Leona skutecznie wystraszyły naszych dzieciatych przyjaciół), postanowiliśmy pójść coś zjeść. Było naprawdę fajnie.

Do domu postanowiliśmy wejść po cichu. Tak w ramach testu, czy na przykład nie bujają się na lampach dla rozrywki. Babcia z Franiem siedzieli na kanapie i wertowali atlas świata. Leon i Dziadek śpiewali wymyślone przez Dziadka piosenki. Tak naprawdę to Dziadek śpiewał, a Leon piszczał z zachwytu, ale wyglądało na to, że cała czwórka świetnie się bawi. No a potem się zaczęło…

Okazało się, że tuż przed naszym powrotem Franek potwornie się zatkał. Bez rodziców. Bez M.- jedynej poza nami, która w praktyce miała już zatkanie. Z Babcią. Trzy pierwsze zdania tej historii zatrzymały nam serca. Pamiętacie teorię, prawda? Kiedy wielki glut zatyka światło rurki, respirator nie daje rady wentylować Franka, Młody robi się blady, siny i odpływa. A potem to już równia pochyła w dół. Na pierwszą reakcję jest kilka sekund, na ratunek kilkanaście. Nie ma czasu na alarmy, telefony. Babcia też to wiedziała. W teorii. A jak to było w praktyce?

W praktyce Babcia i Franio świetnie współpracowali. Franek wie, co robimy, kiedy się zatyka (z resztą nas też potrafi świetnie instruować) i kiedy Babcia go wentylowała, wlewała sól fizjologiczną (a nie wiedziała ile, wiedziała, że musi) i znów wentylowała i potem odsysała – Franek dzielnie mówił, gdzie ta sól leży, gdzie cewnik, co jeszcze. Instynktownie chyba chwyciła Babcia za szerszy, większy rozmiar cewnika- dzięki temu łatwiej jej było złapać gluta. Franek zaś wiedział, kiedy ten potwór oderwał się od rury i kiedy Babcia ma odsysać. Tym sposobem powrócił do kolorów, a Babcia znów stała się niskociśnieniowcem. Sama nie potrafię oddać dramatyzmu tej sytuacji, wiem, że było sino, szaro i duszno. I bardzo, bardzo straszno. Wtajemniczonym rodzicom powiem tylko, że cewnik ‚dziesiątka’ ledwo gada wciągnął- taki był sklejony i duży.

Co teraz? Babcia Gosha jest po chrzcie bojowym. Poradzić sobie z takim zatkaniem to naprawdę sztuka. My odetchnęliśmy z ulgą, bo wiemy, że Franio jest z Babcią naprawdę bezpieczny. Co by było gdyby? Nawet nie chcę o tym myśleć. Widzicie- Franek nie musi być chory, ani nawet lekko przeziębiony, żeby rurka się zatkała. To zwykle jest kwestia przypadku. Dlatego bardzo ciężko jest nam Franka zostawiać z kimś innym niż my. Dlatego także wszystkich bardzo uczulamy na to, żeby słuchali Franka, pytali czy dobrze mu się oddycha, czy potrzebuje odsysania, zwracali uwagę na respirator. Dlatego to jest wielka odpowiedzialność i obciążenie. Bo to zawsze jest kwestia przypadku.

A z Babci i Franka jesteśmy ogromnie dumni.

Leowiedza

Odkąd w Centrum Zdrowia Dziecka postawiono rozpoznanie i mądre doktorskie głowy wróżyły nam przyszłość w czarnych barwach, minęło właśnie pięć lat. Niemal od samego początku staraliśmy się, żeby Franek miał życie normalne tak, jak tylko będzie możliwe to do stworzenia. Uświadomiła nam to Pani Doktor z CZMP w Łodzi, która wręcz nakazała przywiezienie zabawek, leżaczka, książek, ubrań – wszystkiego, co w czasie wielotygodniowego szpitalnego pobytu, mogłoby dać Franiowi namiastkę normalności. Mimo ogromu pracy, jaki do tej pory my i wszyscy pomagający nam specjaliści włożyliśmy w rozwój i funkcjonowanie Franka, w dalszym ciągu obserwujemy milion deficytów, jakie są do nadrobienia. To między innymi dlatego tak przemy, żeby Franek chodził do szkoły, żeby uczęszczał na zajęcia z rówieśnikami, jeździł do kina i do wesołego miasteczka. Angażujemy go w prace domowe i te na podwórku. Odkąd pojawił się Leon, jeszcze bardziej widzimy to, czego musimy doświadczać z Frankiem, a co Leoś dostał w pakiecie ze swoim zdrowiem. Bo Leon jest zdrowy i czerpie życie tak, jak każdy noworodek.

Za chwilę skończy pięć miesięcy. Jest super ekstra Młodszakiem, który co chwilę wybucha śmiechem, potrafi zaklinować się poprzek łóżeczka i zgodnie z naturą idzie torem- najpierw masa, potem rzeźba.

I pomyślcie. W wieku pięciu miesięcy, Leon wędruje z rąk do rąk, wyżej, niżej. Od Babci do Dziadka, od Cioci do Wujka. Każdy ma inne dłonie- większe, mniejsze, ciepłe, chłodne, szorstkie, gładkie, mocne, delikatne. Każdy inaczej pachnie. Każdy inaczej jest ubrany- w bawełnianą bluzkę, dresową bluzę, sweter, jeansową koszulę. Każdy ma inny tembr głosu. Leon korzysta ze wszystkiego w pakiecie ze swoim dorastaniem. Wychodzi na spacery, buszuje w wannie, jeździ wózkiem po całym domu, słyszy radio, telewizję, pralkę, odkurzacz. Przemieszcza się z jasnej kuchni przez ciemny korytarz do oświetlonego lampką nocną pokoju. Doświadcza zaparowanej łazienki i chłodu z otwartego okna.

Tymczasem pięć lat temu, jego Starszy Brat leżał okablowany w łóżeczku szpitalnym w Łodzi. Na ręce braliśmy go kilka razy dziennie, na kilka minut. Zawsze siedząc na krześle pod oknem. Kąpały go ciotki pielęgniarki, sprawnie zajmując się toaletą ciała i rurki. Mówiliśmy do niego czuło i szeptem- zazwyczaj. Nie wiało, nie było chłodno, nie było głośno. Babcie, Dziadków, Ciotki i Wujków poznał dopiero po powrocie do domu. Długo bał się bliskości, dopiero od niedawna lubi się przytulać. Jego „pakiet” był ograniczony najbardziej, jak to możliwe.

Życie z Franiem nauczyło nas pokory, walki i radości z drobnostek. Te drobnostki właśnie jeszcze bardziej doceniamy u Leosia. Życie z Leosiem uczy nas normalności. Normalności, o którą walczymy dla Frania. To wielkie szczęście mieć synów takich, jak nasi.

 

Franciszek Doroślak.

Po prostu nic tylko usiąść i płakać. I to płakać tak głośno, coby wszyscy dookoła słyszeli. Nie zgadzam się! Protestuję! To niemożliwe! Nasz mały, malutki, drobniutki Dzielniak postanowił zrobić nam na złość i… dorosnąć. Zapytacie, jak?

Do tej pory było tak: wieczory spędzaliśmy razem. Na kanapie. Na przytulasach, przymilasach, całusach, buziakach, wyznaniach miłości, wierszykach, opowieściach, historiach. I kurczę pamiętam, jak się żaliłam, jak publicznie narzekałam, że spać nie chce, że marudzi, że nosem kręci! Ogłaszam wszem i wobec- aż tak źle nie było!

Bo teraz…

Od kilku dni nasz Franuś… nasz Franciszek wieczorem, kiedy jest już zmęczony, prosi, żeby wziąć go na ręce i zanieść na górę, do łóżeczka. Kiedy już leży w łóżeczku, chce, żeby zapalić ma żyrafową lampkę nocną, bo „ciemno mamo”, posyła buziaka NA ODLEGŁOŚĆ i mówi: „papa, dobanoc mamo!”. I zostaje sam. No z Juniorem i żyrafami, ale bez nas, beze mnie. Sam taki. Leży w tym wielkim łóżeczku, przy lekko tlącej się lampce, zasłoniętych roletach.  SAM. Taki dorosły. Taki duży. Taki samodzielny. Dzielniak Franciszek. Coś tam do siebie mówi, coś opowiada, coś cmoka, ale chce być sam.

A rodzice?

Rodzice tymczasem nie wiedzą, co począć z długim i samotnym wieczorem i tęsknym wzrokiem patrzą w stronę schodów i wzdychają i mruczą pod nosem, że ciekawe czy zaśnie, czy się nie boi… Próbujemy sobie tłumaczyć to tym, że ma nas zwyczajnie dość. Nie nas rodziców, ale nas- towarzyszy codzienności. Przecież z nim ZAWSZE ktoś jest: mama, tata, babcia, dziadzia, ciocia. Codziennie. Zawsze pod ręką, zawsze na oku. Gdyby był zdrowy, mógłby sam pójść, zobaczyć, zdobyć, spróbować. Franek chyba potrzebuje intymności. Potrzebuje nieco samotności. Jak każdy.

Ale na dziewczyny jeszcze za wcześnie!

 

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, ot co!

Z pamiętnika Franciszka T.:

wtorek, 14 sierpnia 2012r.

W swej wielkoduszności postanowiłem dać dziś pospać rodzicom do 6:30. Postanowienie owo zrodziło się w mojej głowie około 5:45 i jakieś 15 minut później, uznałem, że to nuda tak samemu leżeć i patrzeć w sufit, więc zacząłem wołać tatę. Tata niestety śpi z drugiej strony łóżka, więc muszę krzyczeć naprawdę głośno, żeby mnie usłyszał. Udało się! Obudziła się mama. Na dobry początek wystarczy i mama, ale jak znam życie, zaraz będzie szturchać tatę, że to jego wołam. Yes, yes, yes! Szturcha. Tata wie, że od rana lubię bawić się w akuku, więc otwiera jedno oko, potem drugie, potem zamyka… i znów otwiera. A potem zamyka na dłużej. Mama coś mówi, żeby nie oszukiwał i ma wstawać, ale potem sama bierze mnie do łóżka i leżymy sobie we trójkę. Na śniadanie jajecznica. Tata mówi: „ja-jo”,mama powtarza. Fajnie, że uczy się nowych słówek. Żeby zapamiętała, też mówię „ja-jo”, w końcu trening czyni mistrza! Przy śniadaniu mama zawsze śpiewa, albo opowiada wierszyki. Fajnie jest, bo możemy się powygłupiać we trójkę. Kiedy przyjeżdża Ciocia Ania, zabieram się do roboty i trenuję. Tata mówi, że jak będę trenował, to na pewno skopię tyłek jakiemuś Potworzastemu. Dobra, jak chce, mogę komuś skopać tyłek. Nikt nie będzie denerwował mojego tatusia- muszę tylko jeszcze trochę poćwiczyć. W ogóle to moi rodzice są jacyś szaleni. Kiedy ktoś im mówi, że się nie da, bo ja mam maszynkę do oddychania, to oni zaraz pukają się w czoło i mówią, że się da. Ja tam nie wiem. Ale na przykład dzisiaj tańczyliśmy z mamą w kuchni. I było fajnie. Nawet maszynka do oddychania tańczyła z nami! A potem mama powiedziała, że pora pooddychać, odłączyła maszynkę i sobie oddychałem. Chciałem jej powiedzieć, że potrafię tak długo, ale bez maszynki nie umiem, więc zacząłem wyciskać łzy z oczu i mama mnie podłączyła. Po południu, kiedy mama wróciła z pracy, pojechaliśmy do Cioci Suzi. Ciocia ma już duuuży brzuch i mówi, że urodzi Ludzika. Było tak fajnie, że zostaliśmy, aż była noc! I zjadłem Wujkową owsiankę… Była pycha. O! I słyszałem, jak mama szepcze Cioci, że znów dużo jem. Żebym tylko nie przytył, bo muszę ładnie na zdjęciach wychodzić… A jak wracaliśmy do domu, to śpiewaliśmy z mamą piosenki. A tata powiedział, że myślał, że byliśmy na Antarktydzie a nie u Cioci, bo strasznie nas długo nie było. W sumie, to mógłbym z tatą pojechać na tę Antarktydę, skoro tak bardzo chce…

Z pamiętnika mamy Franciszka T.:

wtorek? środa?, 14 sierpnia 2012

Synu znów zrobił pobudkę skoro świt. O matko! Żeby go nieco przetrzymać, wzięłam go do naszego łóżka i zagoniłam Mężastego do zabawy. Na śniadanie jajecznica. Jaki Franklin jest już mądry! Mówi ja-jo na przykład. Strasznie jestem z niego dumna. Szczególnie wtedy, kiedy nie narzeka na moje śpiewy… Ania Rehabilitantka mówi, że Młody coraz ładniej ćwiczy. Myślę, że wzrasta mu świadomość własnego ciała i zwyczajnie zaczyna rozumieć, że to od niego zależą pewne ruchy. Dobrze, że lubi ćwiczyć. Znów staram się odłączać Dziedzica od respi. Idzie dobrze do momentu, aż zorientuje się, że odłączony nie może mówić. Wtedy płacze, a ja go podłączam. Mam nadzieję, że kiedyś przeskoczymy i to. Póki co gadanie wygrywa z oddychaniem. Odwiedziliśmy Suzi. W dwupaku jej całkiem do twarzy. Franklinowi tak bardzo podobała się wizyta, że nawet zjadł kolację w łóżku Cioci. Właściwie to dziś bardzo ładnie jadł. Poczekamy do niedzieli i go zważy. Oby choć troszkę przytył! Strasznie zasiedzieliśmy się u Suzi, aż nam się tata stęsknił. I śpią teraz na kanapie wtulone w siebie moje dwa leniwce kochane….

Kucharz.

Składniki:

1.jeden przecudnej urody synek

2.jedna mama (byłoby dobrze, gdyby przecudna uroda tu także trwała)

3.szczypta słońca

4.odrobina miłości

5.siedem buziaczków od najfajniejszego taty pod słońcem

6.tuzin przytulasów

i dwa i pół kilograma łaskotek.

Składniki należy zmieszać intensywnie, najlepiej o 5:30 rano, ponieważ istnieje ryzyko, że rozpoczęcie mieszania składników później może skończyć się płaczem, żalem i lamentem składnika nr 1. Należy bezwzględnie pamiętać, by nie pomylić kolejności: najpierw przytulasy, potem buziaczki, dopiero na końcu łaskotki. Zamiana kolejności może prowadzić do przekroczenia limitu łaskotek, co z kolei skończy się zbyt długim leżeniem w łóżku, co daje efekt kolejnej porannej gonitwy. Ważne, by „jeden przecudnej urody synek” znalazł się maksymalnie blisko mamy i taty, bowiem kiedy tylko przez okno wpadną pierwsze promienie słońca ów „przecudnej urody synek” ZOBOWIĄZANY jest wołać co niemiara tak, by mama (rano zwykle niezbyt urodziwa) oraz tata (przystojny 24h) wykrzesali z siebie po odrobinie miłości i jęli przelewać ją na stęsknionego po nocy syneczka.

Tak zmieszane składniki dadzą nam w efekcie całkiem przyjemny dzionek, uśmiechniętą mamę, zadowolonego tatę i radosnego syneczka. Składniki można mieszać codziennie o dowolnej porze. Zazwyczaj jednak dzieci preferują mieszanie o świcie, rodzice zaś wolą mieszanki okołopołudniowe. Jako posypki do całości użyć można uśmiechów i piosenek. Przy stosowaniu się do powyższych zaleceń końcowy, niezwykle satysfakcjonujący efekt murowany.

Smacznego!

Wnioski:

Dziedzic wstaje przed szóstą. Domaga się zabaw, piosenek, zaczepek, przytulek i wszystkiego, co możemy mu dać. My wręcz odwrotnie: o szóstej próbujemy Dziedzica przekupić, utulić jeszcze, a nawet nieczule zignorować.  Nie zdarzyło nam się chyba jeszcze nigdy wygrać tej nierównej walki. Po całym dniu, kiedy to Franklin ćwiczy, podróżuje i bawi się z Ciocią M. winien był paść jak długi już około 20ej. Ale nie. On jeszcze jedzie z mamą na zakupy, potem odwiedzić Suzi, a potem jeszcze w domu pobuszuje i idzie spać o 22:30. Tym samym mama i tata po dniu w pracy i innych przygodach już o 22:45 mogą się zabrać z obiad na jutro, jakieś delikatne porządki i całe 4,5 minuty na ratowanie maminej urody. Jest 23:16 – zupełnie nie wiemy, jak się nazywamy, a jutro pobudka pewnie znów o szóstej.

Fajnie być rodzicem. 😉

Koszmar z jajem w tle.

Czy niespełna dwulatek może śnić? Nasz śni. I to od jakiegoś czasu niezwykle intensywnie. Zazwyczaj musi mu się śnić coś dobrego, bo uśmiecha się, śle buziaczki, mówi „tata”. Obstawiamy, że wtedy śni o Cioci Ani Rehabilitantce lub w ostateczności o frytkach z wiadomej sieci fast food. Jak każdemu jednak, także i Frankowi zdarzają się koszmary. Dziś w nocy byliśmy ich czynnymi uczestnikami. Franuś rozpłakał się przez sen przed pierwszą. Standardowo zmieniłam mu pozycję, próbowałam dać pić, sprawdziłam respirator. To niestety nie pomagało i biedaczysko lał łzy na potęgę. Ponieważ trwało to niepokojącą chwilę, wzięłam Franka do naszego łóżka. Tata głaskał po głowie, ja myziałam po pleckach. Zazwyczaj to pomaga, ale tym razem koszmar musiał być naprawdę straszny, bo Dziedzic za nic w świecie nie mógł się uspokoić. Im bardziej próbowaliśmy go utulić, tym większy był jego żal. Zastosowaliśmy więc inny sposób: postanowiliśmy wybudzić Francesca, rozbawić i uśpić. Jednak Młodzieniec sen miał tak bardzo twardy, że nie mogliśmy go ocucić. Płakał i żalił się, aż serce pękało…

Koniec końców Frankowy tata wziął żyrafową kołdrę, opatulił w niej syneczka i bujał się, tuląc go mocno do siebie. Trwało to dobre pół godziny, zanim Franco poczuł się bezpiecznie i wtulony w tatusia zasnął. Tym samym nie pozwoliliśmy już wrócić mu w koszmarne rejony łóżeczka i dopiero nad ranem Dziedzic na własne życzenie i z tęsknoty za Panem Żyrafem powędrował na swoje posłanie.

Jaki mógł być powód Frankowego koszmaru? W zasadzie nie wiemy. Przeanalizowaliśmy cały poniedziałek i naszym zdaniem nie wydarzyło się nic, co mogłoby doprowadzić podświadomość Franka do takiego stanu. Wręcz przeciwnie dzień był całkiem udany, a szczęścia dopełniła długa relaksująca kąpiel. Tym samym mocno niewyspani jedliśmy dziś śniadanie, ale to już opowieść na kolejny podpunkt…

Z cyklu: Śniadanie Mistrza:

-Francesco śniadanie! – zakrzyknął tata znad patelni, z której wydobywał się przecudny zapach jajecznicy ze szczypirokiem

-Błła- odpowiedział syneczek i posługując się mamą, powędrował do kuchni.

A w kuchni cuda- wianki! Jajecznica, herbatka w dorosłym kubku i fotel czekający na małego Dziedzica. Jednak co to? Protest? Łzy? Chowanie głowy? Lament? Obraza?

-Dlaczego płaczesz synku, nie smakuje Ci?- zmartwiła się mama.

-Franek, jedz nie żartuj chłopie- mobilizował po męsku tata.

-A może kaszkę? Nie? Owoc? Też nie… Kisiel? Nie.- mama jak zwykle dawała sobą sterować.

-Franek! Śniadanko. Raz.- stanowczo zażądał tata.

Na nic się zdały metody wychowawcze a’la zły i dobry policjant. Franciszek odmawiał spożywania jajecznicy i już. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa- dziecię nie zje, dojada mama. I już chwyciła za widelec i już zaczęła pałaszować śniadanko… Kiedy nagle… Co to? Ożywienie na licu Franciszka. Coś jakby na kształt apetytu zaczęło się pojawiać. Kurczę, a może ostatnia próba?- pomyślała mama. Ostrożnie nabrała jajo na widelec, z duszą na ramieniu podsunęła Dziedzicowi do paszczaka, a ten… Otworzył usta i je. I zjadł. Wszystko. Jajecznicę z dwóch jaj na masełku. Ze szczypiorkiem.

Kto zgadnie, jaki był powód protesty Młodego?

Wiem. Trudne. Zatem odpowiadam.

Dziedzic nie chciał jeść, bo jajecznicę miał podawaną łyżeczką. Jak zwykle. A on przecież dorosły jest. I jada widelcem. Jak prawdziwy mężczyzna.

O rodzicielska cierpliwości! Trwaj, proszę przy nas jak najdłużej. 🙂